Jakieś dziecko omal nie wbiegło w niego, kiedy wychodził z cukierni, i nawet nie zwróciło na to uwagi, i Jessie może zwróciłby dzieciakowi uwagę, że powinien patrzeć, jak biega, ale chłopiec miał na głowie czapkę z rogami renifera, co wyglądało całkiem uroczo. Jasper przewrócił uwagi i nie, wcale nie uśmiechnął się na ten widok, i wyszedł z cukierni. Wszedł tam, pomimo kolejki, tylko dlatego, że zobaczył w witrynie czekoladki w kształcie śnieżynek i postanowił je kupić dla rodziny. Może im się spodobają...
Czarodziejom udzielał się nastrój zbliżającego się Yule, ale Jessiemu udało się uniknąć największego przedświątecznego szaleństwa. Oczywiście, święto wciąż sprawiało radość, nawet jeśli w podobny sposób można było spędzać czas z bliskimi również w inne dni i wcale nie trzeba było do tego specjalnej okazji. Yule po prostu... nie było już takie samo, jak wtedy, gdy on i jego rodzeństwo mieli po te kilka, kilkanaście lat. Z pewnością duży wpływ miała na to śmierć ich ojca, ale nie dało się ukryć, że święta wyglądały dla dzieci inaczej, niż dla dorosłych.
Oczywiście, Jessie nie odgrywał roli Niszczyciela Świąt - pomagał przygotowywać wszystko w domu, w pracy pozwalał sobie nakładać na głowę ozdoby i nie grymasił, gdy jego przełożeni (a czasem nawet gobliny) obsypywali go śniegiem i starał się czerpać z tego jak najwięcej radości. To nie był dobry czas na rozmyślanie, jak bardzo zmieniał się świat i zmieniali się ludzie.
Świąteczne drzewko było naprawdę piękne. Imponujące. Lśniące, niczym kryształ, a jednak nie różniło się niczym od zwykłej jodły, gdy dłoń młodego czarodzieja odnalazła jedną z gałęzi. Jakaś dziewczyna po drugiej stronie zachichotała i odbiegła od drzewka, a jej bombka w kształcie kotka obróciła się, machając powoli długim ogonem.
Coś, co kryła jego dusza... Bombka, która dopiero nabierała kształtu nad jego dłonią, lśniła coraz mocniej, gdy skupiał się na życzeniu, które powoli kiełkowało w jego głowie.
Mały słonik na jego dłoni uniósł wysoko trąbę, otworzył pyszczek i zdawać by się mogło, że rozległ się cichy śmiech. Słonik... Kształt bombki wcale go nie zaskoczył, bo tak samo, jak stado słoni tworzyło "rodzinę", tak samo Jessie pragnął, by jego rodzina, nawet ta niezwiązana krwią, nigdy się nie rozpadła. Nowa bombka zajęła swoje miejsce na pustej gałęzi drzewka, które zalśniło jakby mocniej i wydało z siebie dzwoniące echo.
Czego mógł sobie życzyć?
Z pewnością miał wiele życzeń, ale w tym momencie jego największymi życzeniami było, by jego bliscy byli cali i zdrowi. Jego matka, rodzeństwo, wujkowie i przyjaciele - by nikogo nie zabrakło. Żeby byli szczęśliwi.
Życzył sobie, by jego koledzy z pracy nie okazali się dupkami, zafiksowanymi na punkcie czystości krwi. Współpracującymi z nim stażystami byli mugolak i czystokrwisty, więc istniała taka obawa.
I może trochę życzył sobie, żeby Theo znalazł sobie w końcu dziewczynę, a Rita spotkała godnego siebie mężczyznę.
A dla siebie? Dla siebie nie chciał wiele. Może psa? To była całkiem miła myśl.
Tego wieczoru nie mógł przestać się uśmiechać.