20.01.2025, 19:38 ✶
Flynna przez dłuższą chwilę w domu nie było. Owszem, przeczytał ten liścik zostawiony na stole, kiedy tylko wszedł do środka i zaznaczył swoją obecność przewróceniem go do góry nogami i przystawieniem na nim wazonu z białymi kwiatami (liliami... o ile kobieta w kwiaciarni nie zrobiła sobie z niego żartu, na kwiatach nie znał się wcale). Nie było żadnego krzyku, ale nie było też dziękuję. Cisza, pustka, nieobecność - musiał to wszystko jakoś przetrawić i za bardzo bał się zrobić to na miejscu, bo ostatnio Laurent nie zareagował dobrze na jego wybryki i nawet jeżeli przyczyną gniewu i niechęci była właśnie skłonność Crowa do izolowania się, to nie wyzbył się tego - wciąż traktował to jako priorytetową metodę rozwiązywania problemów wszelakich. Ostatecznie... to był dobry wybór (chyba), bo nieco ułożyło mu to w głowie i teraz, kiedy Aria szyła wstępny projekt stroju na jesienne występy, przeprowadził z nią taki oto uroczy dialog:
- Jemu najwyraźniej zależy na tym, żebym się czasem ubrał inaczej.
Aria wykonała dziwny gest rękoma i zrobiła minę z kategorii „no tak, pewnie tak jest”.
- Ale jak pójdę w tym co mi kupił i to będzie gryzące, to rozpierdolę całe wyjście.
Aria pokiwała głową, wzruszając ramionami.
- I co, tak to kompletnie zignoruję i przyjdę w tym? - Naciągnął swój crop top, tępo wpatrując się w odbicie w lustrze, na którym jego siostra unosiła od góry czarną koszulę wyszywaną białą nicią. - Nie no, jak przyjdę w czymś nowym w dzień, w którym on mi dał coś nowego to też chyba przypał wielki... kurwa sam nie wiem.
Aria wzruszyła ramionami. You do you.
- Masz rację - powiedział, obserwując, jak ta rzuca koszulę na kanapę i wraca do szycia - dzięki wielkie, jesteś niezastąpiona. - Zbliżył się, żeby pocałować ją w policzek i zniknął wraz z głośnym świstem powietrza.
Może gdyby zastanowił się nad tym wszystkim lepiej, nie zostawiłby swojej kurtki na oparciu jej krzesła. Z drugiej strony - lepiej było zgubić ją tutaj niż w innym miejscu. Ha... Nie oszukujmy się, nie miał przewidzieć tego, co miało nadejść. Nie rozważał tego w żadnym ze scenariuszy.
Kiedy Laurent wyszedł ze swojej garderoby, Crow wyglądał... jak Crow. Był ubrany w to samo co zawsze (minus kurtka), ale (co sam uważał za bardzo zabawne) umył się i naprawdę dobrze ułożył swoje włosy. Ładny zapach szamponu wymieszanego z Ulizanną roznosił się po pomieszczeniu, a on wyglądał jakoś... blado. No bo nic sobie w głowie nie ułożył, co mógłby mu powiedzieć. Nic a nic. Nawet ostatnie chwile na to przypudrowanie noska, które dla Crowa było oczywiście dodatkową przestrzenią na starcie ze swoimi myślami i czarnowidztwo, nie pozwoliły mu zebrać się na poruszenie tematu ogromnego prezentu, jaki czekał u na niego po powrocie z występów. Myślał, że będą rozmawiali o zamknięciu przedstawienia, a będą... O tym? Nie wiedział. Znał za to leki na wszystkie zmartwienia - parę delikatnych dłoni, słodkie pełne usta. Oczy, od których spojrzenia rozpalało go jak nastolatka. Nic więc dziwnego, że pierwszą jego reakcją było przylgnięcie do wystrojonego chłopaka i złączenie ich warg pierwszy raz dzisiaj. I miał nadzieję, że nie ostatni. Bo chciał więcej - jak mógłby nie chcieć? Liżąc jego wargę i zapraszając do postania tak dłużej, cofnął się nawet na krok w stronę łóżka, ale zanim komukolwiek przyszło do głowy zamienienie wspólnego obiadu w kolejną próbę zrujnowania Prewettowi pieczołowicie ułożonej fryzury - kolejny świst powietrza.
I nie stali już w New Forest. Drzwi ich (?) domu były zamknięte, w czym upewnił się kilka razy (miał czas...), pies wielkości konia był na dworze, bonusowy pies przygryzał wargę swojego właściciela wsparty plecami o mur budynku przy Charing Cross Road. Nie oddalili się bardzo od Pokątnej. Znajdowali się w przeciwnym kierunku drogi niż z Magicznych Dzielnic do cyrku, ale to wciąż było znane wszystkim czarodziejom Westminster.
- Kocham cię - szepnął mu cichutko, z nadzieją na to, że to wystarczy na rozładowanie napięcia, a przynajmniej wymienienie go na nowe, to związane z obściskiwaniem się dwójki facetów w ślepym zaułku dosyć obleganej ulicy. Dłonie zaczepione o jego kark, powoli zsunęły się w dół, zahaczając nieświadomie o tej naszyjnik z pereł. Co by o tym powiedział? Pewnie jak zwykle nic. Ale gdyby wiedział, to byłaby jedna z tych nocy, kiedy zasypia autem po dużej dawce odurzającego narkotyku. - Chodź - złapał go za dłoń, splatając ciasno ich palce i ruszył w kierunku głównej ulicy. - Mam nadzieję, że ci się spodoba.
- Jemu najwyraźniej zależy na tym, żebym się czasem ubrał inaczej.
Aria wykonała dziwny gest rękoma i zrobiła minę z kategorii „no tak, pewnie tak jest”.
- Ale jak pójdę w tym co mi kupił i to będzie gryzące, to rozpierdolę całe wyjście.
Aria pokiwała głową, wzruszając ramionami.
- I co, tak to kompletnie zignoruję i przyjdę w tym? - Naciągnął swój crop top, tępo wpatrując się w odbicie w lustrze, na którym jego siostra unosiła od góry czarną koszulę wyszywaną białą nicią. - Nie no, jak przyjdę w czymś nowym w dzień, w którym on mi dał coś nowego to też chyba przypał wielki... kurwa sam nie wiem.
Aria wzruszyła ramionami. You do you.
- Masz rację - powiedział, obserwując, jak ta rzuca koszulę na kanapę i wraca do szycia - dzięki wielkie, jesteś niezastąpiona. - Zbliżył się, żeby pocałować ją w policzek i zniknął wraz z głośnym świstem powietrza.
Może gdyby zastanowił się nad tym wszystkim lepiej, nie zostawiłby swojej kurtki na oparciu jej krzesła. Z drugiej strony - lepiej było zgubić ją tutaj niż w innym miejscu. Ha... Nie oszukujmy się, nie miał przewidzieć tego, co miało nadejść. Nie rozważał tego w żadnym ze scenariuszy.
Kiedy Laurent wyszedł ze swojej garderoby, Crow wyglądał... jak Crow. Był ubrany w to samo co zawsze (minus kurtka), ale (co sam uważał za bardzo zabawne) umył się i naprawdę dobrze ułożył swoje włosy. Ładny zapach szamponu wymieszanego z Ulizanną roznosił się po pomieszczeniu, a on wyglądał jakoś... blado. No bo nic sobie w głowie nie ułożył, co mógłby mu powiedzieć. Nic a nic. Nawet ostatnie chwile na to przypudrowanie noska, które dla Crowa było oczywiście dodatkową przestrzenią na starcie ze swoimi myślami i czarnowidztwo, nie pozwoliły mu zebrać się na poruszenie tematu ogromnego prezentu, jaki czekał u na niego po powrocie z występów. Myślał, że będą rozmawiali o zamknięciu przedstawienia, a będą... O tym? Nie wiedział. Znał za to leki na wszystkie zmartwienia - parę delikatnych dłoni, słodkie pełne usta. Oczy, od których spojrzenia rozpalało go jak nastolatka. Nic więc dziwnego, że pierwszą jego reakcją było przylgnięcie do wystrojonego chłopaka i złączenie ich warg pierwszy raz dzisiaj. I miał nadzieję, że nie ostatni. Bo chciał więcej - jak mógłby nie chcieć? Liżąc jego wargę i zapraszając do postania tak dłużej, cofnął się nawet na krok w stronę łóżka, ale zanim komukolwiek przyszło do głowy zamienienie wspólnego obiadu w kolejną próbę zrujnowania Prewettowi pieczołowicie ułożonej fryzury - kolejny świst powietrza.
I nie stali już w New Forest. Drzwi ich (?) domu były zamknięte, w czym upewnił się kilka razy (miał czas...), pies wielkości konia był na dworze, bonusowy pies przygryzał wargę swojego właściciela wsparty plecami o mur budynku przy Charing Cross Road. Nie oddalili się bardzo od Pokątnej. Znajdowali się w przeciwnym kierunku drogi niż z Magicznych Dzielnic do cyrku, ale to wciąż było znane wszystkim czarodziejom Westminster.
- Kocham cię - szepnął mu cichutko, z nadzieją na to, że to wystarczy na rozładowanie napięcia, a przynajmniej wymienienie go na nowe, to związane z obściskiwaniem się dwójki facetów w ślepym zaułku dosyć obleganej ulicy. Dłonie zaczepione o jego kark, powoli zsunęły się w dół, zahaczając nieświadomie o tej naszyjnik z pereł. Co by o tym powiedział? Pewnie jak zwykle nic. Ale gdyby wiedział, to byłaby jedna z tych nocy, kiedy zasypia autem po dużej dawce odurzającego narkotyku. - Chodź - złapał go za dłoń, splatając ciasno ich palce i ruszył w kierunku głównej ulicy. - Mam nadzieję, że ci się spodoba.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.