Czasami żadna z odpowiedzi nie była poprawna. Bywało tak, że poprawne były wszystkie. Albo tylko te wybrane, pojedyncze z postawionebo wyboru ABCD. Test niejednokrotnej odpowiedzi - ciekawe, czy Astaroth by go zdał. Człowiek, który bardziej niż do urody w swoim dzieciństwie, przywiązywał się do tego, jak dobrze złapać włócznię, by na odległość sięgnąć nią syrenę. Jeszcze zanim ta zacznie śpiewać. Laurent nie uganiał się za miotłami, nie wysilał się na łapaniu z całych sił różdżki na zajęciach Obrony przed Czarną Magią. Stał przed lustrem i wybierał sałatę w Wielkiej Sali, żeby wyglądał idealnie. Wszystko, czym był spisywany, w swojej głowie, stało się wartością tego, jak wygląda i co będzie sobą prezentował, kiedy opuści te mury. Gdy już stanie przy ojcu, który w oczach dziecka rządził wręcz całym krajem! Ba! Światem! Był bogiem zesłanym nam tu z niebios! Chyba większość chłopców nie mogła się napatrzeć na swojego ojca. Chyba większość z nich chciała stać się takimi, jak oni.
- W twoich ustach brzmi to jak komplement. - Oparł łokcie na blacie i uniósł ręce, by palcami jednej dłoni zacząć bawić się pierścionkami na tej drugiej. Wzroku teraz od Astarotha nie odrywał. Było... miło. Zaskakująco. Mogli uwierzyć w stworzenie jakiejś normy? Braku obaw przed tym, by ukąszenie Astarotha było koniecznością? Karą? Czcze pragnienia. Wampir pozostanie wampirem, a on nie oczekiwał od niego niczego więcej poza byciem sobą. Musiał trzymać dystans - ten fizyczny. Musieli - bo przecież żaden z nich nie powinien go przełamywać. Uśmiech towarzyszył jego ustom, a teraz stał się rozbawiony, podłapując nastrój mężczyzny siedzącego przy nim. Ten drobny żarcik, jaki ich połączył. - Może właśnie dlatego, że jestem bogatym dzieciakiem, ich mam. - Teraz dopiero zerwał kontakt wzrokowy i spojrzał na swoje palce ciągle kręcące się w tej automatycznej zabawie. Była to odpowiedź lakoniczna, ale Astaroth dalej nie pytał. - Jestem wdzięczny za dyskrecję. - Warto było to powiedzieć na głos. Bo był. Że mężczyzna na razie nie dopytywał, nie pchał granicy zaufania dalej. To wręcz wydawało się niesprawiedliwe, w którym kierunku go pchał, a jednocześnie nie mógł podzielić się wszystkim, co wiedział. Nie, to nie było sprawiedliwe. Dlatego ta wdzięczność wcale nie była udawana. A Astaroth miał pogląd na to, na co się pisze.
Zaskoczenie po tej propozycji (jak dobrze zaoferować komuś śmierć) było również nieudawane. A przerodziło się w delikatny uśmiech. Spojrzał na Astarotha z czymś, co można było określić jako docenienie. Uznanie? Jakby dorósł do oczekiwanej miary. Nie, Laurent nie pomyślał nawet o spaleniu tego miejsca.
- Podoba mi się twój tok rozumowania. - Niestety obawiał się, że wtedy ta wolna na wyniszczenie przesunęłaby się dalej. - Lecz nie. Żadne z wymienionych. - Umoczył wargi w tym barwnym drinku, który został dla niego przyrządzony. - Potrzebuję informacji, więc potrzebuję... kogoś w środku. - Szczura w środku - dokładnie tego słowa chciał użyć. Ale nawet nie był pewien, czy Astaroth by ten slang zrozumiał. - Do Rose Noire trudno się dostać. Aby tam wejść potrzebne jest zaproszenie, specjalne monety. I bardzo duża suma gotówki, żeby kupić tam swoje wymarzone niebo. - Czegóż tam nie oferowali... - Nie chcę cię narażać na żadne niebezpieczeństwo. Potrzebuję znaleźć słabe ogniwo w środku, żeby była informatorem od wewnątrz. Którąś z pań do towarzystwa, pracownika... potrzebuję się zorientować, kto z bogatych tego świata sprzedaje tam swoją duszę diabłu. - Laurent nie chciał wygranych bitew. Chciał wygranej wojny.