Wrażenie, jak wiele ta kobieta może mieć mu za złe, nie mijało. Pozostawał fakt: skrzywdził ją. Oengus mu świadkiem, że nie chciał, że nie miał takiego zamiaru... ale Pan Kłamstw mógłby zajrzeć, uśmiechnąć się szyderczo i szepnąć do uszka: ale mogłeś się spodziewać. Pryzmat niebieskich oczu Olivii był pryzmatem jego własnego błękitu. Poczucie winy potrafiło gryźć o wiele skuteczniej niż jakiekolwiek inne doznania i malować świat na niebiesko. Jaka szkoda - przecież kochał go w jego wszystkich kolorach. A teraz, dzięki jednej osobie, te kolory nieco odzyskiwał.
- Och, proszę... - Chciał się uśmiechnąć dokładnie tak, jak potrafił - w ten najbardziej filuterny sposób, chociaż żadnej intencji prawdziwego flirtu z nią nie miał. O zgrozo, przecież stał się jej gejowskim kolegom... chociaż z tego nie do końca panna (jeszcze panna) Quirke zdawała sobie sprawę. Planował to zmienić. Planował wiele zmienić, nawet jeśli był świadom, jaką może to wywołać lawinę braku akceptacji. Tak jakby było za mało problemów... ale przecież całe życie o tym marzył. A teraz miał mężczyznę, który brał go za dłoń i prowadził ulicą. Coś, co sądził, że będzie już niewykonalne. Stanie się snem, który należy tylko śnić. - Teraz się zawstydziłem, że nie zasypałem cię komplementami tak, jak powinienem. - Więc chciał się dokładnie tak uśmiechnąć, ale zdawał sobie sprawę z tego, że brakuje w tym dawnej siły i dawnego błysku. To tylko chwilowe. Tylko chwilowe. Dopóki cały kurz i pył nie opadną, dopóki stajnia nie zostanie odbudowana. Cud. Każdy czeka na swój mały cud i na wymknięcie się z ramion problemów. - Określenie "promieniejesz" staje się wulgaryzmem określenia do rozkwitu kobiecości, jaki widzę przed sobą. - Przesunął dłonią tak, by lekko musnąć jej włosy, ale nie dotknąć skóry. Podłapał żart, łatwo poprawił mu humor. Ale ta kropla niepewności zaraz za tym się pojawiła. Bo to był żart... prawda? Ludzka niepewność potrafiła być zaskakującym mordercom. - Słońce powinno brać z ciebie przykład, jak odbijać na księżycu swoje własne piękno. - Swój blask. Aha! Wystarczyła ta chwila, żeby Laurent sam odrobinę bardziej zajaśniał i nawet jego uśmiech stał się bardziej przekonujący.
Przysłonił dłonią usta, unosząc brwi, kiedy usłyszał te mądrości. Pierwsze skonfundowanie przemieniło się właśnie w to - ciche zaśmianie i odrobinę niedowierzania. Przesłyszałem się? Ale patrzył na Olivię i widział, że nie. Bynajmniej. W przypadku kogoś innego pewnie udawałby aniołka i bardziej poprawił swoją reakcję. Ale znali się od drugiej strony. Od... wielu stron. Olivia nie była pruderyjną damą, oj nie. Co wcale nie sprawiało, że Laurent jej jak damy nie traktował.
- Bardzo ładnie. - Pochwalił i wyciągnął dłoń po miętówkę. Laurenta nie trzeba było zazwyczaj długo przekonywać do rzeczy nowych. Zazwyczaj wystarczyło mu je tylko pokazać. - Lista jest tutaj. - Popukał palcem w swoją skroń. - Musimy odwiedzić Camdem... chyba tak się to nazywa. Jest tam jeden stragan, na którym muszę kupić ubrania... nie uwierzysz, co to za miejsce. Straszne dość. - Niby trochę żartował z tego, że straszne... ale w sumie nie do końca. - Poza tym - potrzebuję książek o fizyce. I ogólnie takich... rzeczach technicznych? Och, jeszcze muszę kupić gramofon, ale to chyba już u czarodziei... natomiast potrzeba mi płyt winylowych. Mugolskich. - Odetchnął, opierając dłoń na biodrze. - Zostawmy Camdem na koniec. Po tej mordędze akurat zaproszę cię na obiad. - Chociaż już bardziej na kolację. Ale pojęcie obiadu bywało u Laurenta bardzo szerokie. Z jego brzydkiego nawyku pomijania posiłków. - Jestem z ciebie dumny. - Dodał ni z tego ni z owego. - Palenie. - Dodał. - Naprawdę rzuciłaś.