Jak mógłby się na niego gniewać zbyt długo czy myśleć o swojej pracy, kiedy ledwo mijał zakręt ściany własnego domu i widział... to? Spojrzenie, które sprawiało, że człowiek był jak kostka czekolady rzucona w garnku na płomień kuchenki. Roztapiasz się i chcesz, żeby ktoś przesunął po tobie językiem, bo przecież tylko do tego zostało twoje ciało w tych momentach stworzone. Jego uśmiech - był automatyczny. Kąciki warg same wędrowały ku górze. Flynn był śliczny, doskonały w każdym calu. Ganił się w myślach za to, że nawet te blizny na nim były teraz ekscytujące, choć wystarczyło zatrzymać się dłuższą myślą, by wywoływały smutek i współczucie. Myślenie o tych niektórych tatuażach (Fontaine znaczyła jego serce), o tych ranach dawno zadanych i tych, które zadał sobie. W tym ta jedna na udzie, która przypominała o tym, co działo się w tym domu, a potem mówienie, że to wszystko było artyzmem. Powiedział mu to i trochę żałował, bo przecież... przecież to było okrutne. Przecież wcale tak nie myślał. Przecież...
... przyjemnie uderzało mu serduszko, kiedy trzymał dłonie Flynna, kiedy czuł jego zapach, zapach tej ulizanny, która zamieniała jego włosy w cud boski i kiedy ciepło jego ciała stawało się lepsze od ciepła kota siedzącego ci na nogach.
- Mój piękny, przyrównujący mnie do matek i psów partner, wyznaje mi miłość. - Rozchylił powieki ze śmiechem zamarłym na końcu ust, kiedy delikatnie się odsunął tylko po to, by móc zajrzeć w najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział. Był pewien, że każdy dzień sprawia, że Flynn wyglądał lepiej. Nie wiedział tylko, na czym to polegało. Gdzie krył się ten sekret. Z każdym kolejnym razem był bardziej przystojny, bardziej śliczny, bardziej piękny. Nawinął sobie na paluszek jednego loczka. - Jestem prawdziwym szczęściarzem. - Albo może największym pechowcem, że akurat w takiej osobie się zakochał? I zamiast kierować się rozsądkiem, który w wolnych chwilach przychodził do jego głowy, potem widział Flynna i... wszystko diabli brali. Zapadał się w tym coraz bardziej i chciał więcej. Puścił ten kosmyk włosów i zacisnął palce na jego dłoni. - Ja również. - Pozytywne nastawienie Laurenta przyćmiewało jakąkolwiek niepewność. - Dziękuję za kwiaty. Piękne. - Uwielbiał lilie. Jak wiele kwiatów, ale chyba one dumnie walczyły o trzecie miejsce. Zaraz za różami i słonecznikami. Przynajmniej jeśli chodzi o bukiety. - Wiesz, że kwiaty mają swoje znaczenia? Co ciekawe - również kolory. Układane w bukietach ma nawet znaczenie ich ilość - dobiera się je ze względu na konkretne okazje. Nie, bez obaw, nie rozpatruję twoich bukietów pod tym kątem... może trochę. - Nieco przymrużył oczy. Ciężko było nie zauważyć, że miał dobry humor. Właściwie w przypadku Laurenta chyba się nie dało tego NIE dostrzec. - Tylko z ciekawości, nie pod względem oczekiwań. Zerwane przez ciebie mlecze z parku i stokrotki miałyby dla mnie większą wartość niż jakikolwiek bukiet od kogoś innego.