20.01.2025, 21:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.01.2025, 21:40 przez Brenna Longbottom.)
Brenna owszem, miewała skłonności do analizowania cudzych zachowań czy charakterów, ale jednocześnie nie lubiła myśleć za wiele o rzeczach, na które nie miała żadnego wpływu. Klątwa była jedną z nich. Gdyby się nad tym zastanowiła, pewnie też doszłaby do wniosku, że trafiła naprawdę nieźle. Nawet z czysto pragmatycznego punktu widzenia, Basilius był uzdrowicielem, co w sytuacji, gdy prześladował cię pech, okazywało się przydatne: jakby nie było, przynajmniej raz uratował jej życie, a ocalenie go przed Francescą chyba nie do końca ten fakty wyrównywało. A tak poza tym, był po prostu miłym towarzyszem – zwykle dość sympatycznym, a gdy nie próbował być poważnym uzdrowicielem, okazywał się też zabawny i momentami złośliwy, tą złośliwością, która raczej bawiła niż wywoływała gniew.
Jeżeli jednak coś w kontekście ich klątwy rozważała, to raczej to czy faktycznie to jej wina, że wokół nich działy się takie dziwne rzeczy, czy może po prostu przyciągała ich w jakiś sposób do kłopotów.
– Koni? A nie abraxanów? – spytała. – Wiesz, mogę to zawsze połączyć. Zostać clownem z nożami. Jestem pewna, że bym coś wymyśliła, w sensie taki zabawny występ z ostrzami… tylko nie w piątek trzynastego. To byłby zły dzień na rzucanie nożami.
Nie miała jednak okazji podzielić się z Basiliusem swoimi pomysłami na zabawne występy, w których brałyby udział ostre, śmiertelnie niebezpieczne przedmioty, bowiem ledwo odsunęła płachtę namiotu, całą jej uwagę pochłonęło jego wnętrze. Patrzyła w pewnym zdumieniu na ludzi, niektórych pląsających w miejscu, innych dobierających się w pary i na tanecznego węża, który powstał gdzieś w pierwszych rzędach, bo ludzie wiedzieni magią wspaniałego Mateo, czy jak zwał się wykonawca, chwytali się za ręce i pląsali do rytmu.
Brenna niby wiedziała, że czarodzieje potrafią nasycać utwory muzyczne magią, jeśli są bardzo utalentowani. Ale tutaj to albo mieli do czynienia z mistrzem nad mistrzami, albo użył jakiegoś magicznego instrumentu, albo… albo poszło coś bardzo, bardzo nie tak… i sądząc po kłótni, to mogło być to ostatnie…
– Do licha – powiedziała trochę oszołomiona, spoglądając ku scenie, kłócącym się i magicznym instrumentom, które same wciąż wygrywały melodię. Spojrzała na Prewetta pytająco, jakby liczyła, że on zdoła jej wyjaśnić, co tutaj dokładnie się stało. – Eeeem… Jakiś pomysł, w jaki sposób to przerwać? Możesz to rozproszyć? Albo jeśli to przestanie grać? Znaczy się te instrumenty?
Brenna nie zawsze była najrozsądniejszą osobą pod słońcem.
Prawdę mówiąc zwykle nią nie była. Teraz też nie wykazała się rozsądkiem.
Być może powinna się odwrócić, teleportować i wezwać jakichś specjalistów. Zamiast tego jednak zrobiła parę kroków, ruszając w dół, ku scenie. Nie była pewna, co chce zrobić, ale występujący chyba wiedzieli, co tu się działo, a publika została tak mocno zaczarowana, że na razie nikt nie robił niczego rozsądnego. I nawet nie zauważyła, kiedy te kroki stały się jakoś dziwnie taneczne, bo przecież wcale nie miała ochoty tańczyć, a potem… potem to jakoś odruchowo, opętana melodią, złapała Basiliusa za rękę i pociągnęła za sobą. Wciąż próbując iść w dół – co wcale nie było łatwe, kiedy chciałeś tańczyć na schodach.
Cóż, przynajmniej tym razem ich dłonie nie zostały niczym sklejone.
Jeżeli jednak coś w kontekście ich klątwy rozważała, to raczej to czy faktycznie to jej wina, że wokół nich działy się takie dziwne rzeczy, czy może po prostu przyciągała ich w jakiś sposób do kłopotów.
– Koni? A nie abraxanów? – spytała. – Wiesz, mogę to zawsze połączyć. Zostać clownem z nożami. Jestem pewna, że bym coś wymyśliła, w sensie taki zabawny występ z ostrzami… tylko nie w piątek trzynastego. To byłby zły dzień na rzucanie nożami.
Nie miała jednak okazji podzielić się z Basiliusem swoimi pomysłami na zabawne występy, w których brałyby udział ostre, śmiertelnie niebezpieczne przedmioty, bowiem ledwo odsunęła płachtę namiotu, całą jej uwagę pochłonęło jego wnętrze. Patrzyła w pewnym zdumieniu na ludzi, niektórych pląsających w miejscu, innych dobierających się w pary i na tanecznego węża, który powstał gdzieś w pierwszych rzędach, bo ludzie wiedzieni magią wspaniałego Mateo, czy jak zwał się wykonawca, chwytali się za ręce i pląsali do rytmu.
Brenna niby wiedziała, że czarodzieje potrafią nasycać utwory muzyczne magią, jeśli są bardzo utalentowani. Ale tutaj to albo mieli do czynienia z mistrzem nad mistrzami, albo użył jakiegoś magicznego instrumentu, albo… albo poszło coś bardzo, bardzo nie tak… i sądząc po kłótni, to mogło być to ostatnie…
– Do licha – powiedziała trochę oszołomiona, spoglądając ku scenie, kłócącym się i magicznym instrumentom, które same wciąż wygrywały melodię. Spojrzała na Prewetta pytająco, jakby liczyła, że on zdoła jej wyjaśnić, co tutaj dokładnie się stało. – Eeeem… Jakiś pomysł, w jaki sposób to przerwać? Możesz to rozproszyć? Albo jeśli to przestanie grać? Znaczy się te instrumenty?
Brenna nie zawsze była najrozsądniejszą osobą pod słońcem.
Prawdę mówiąc zwykle nią nie była. Teraz też nie wykazała się rozsądkiem.
Być może powinna się odwrócić, teleportować i wezwać jakichś specjalistów. Zamiast tego jednak zrobiła parę kroków, ruszając w dół, ku scenie. Nie była pewna, co chce zrobić, ale występujący chyba wiedzieli, co tu się działo, a publika została tak mocno zaczarowana, że na razie nikt nie robił niczego rozsądnego. I nawet nie zauważyła, kiedy te kroki stały się jakoś dziwnie taneczne, bo przecież wcale nie miała ochoty tańczyć, a potem… potem to jakoś odruchowo, opętana melodią, złapała Basiliusa za rękę i pociągnęła za sobą. Wciąż próbując iść w dół – co wcale nie było łatwe, kiedy chciałeś tańczyć na schodach.
Cóż, przynajmniej tym razem ich dłonie nie zostały niczym sklejone.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.