20.01.2025, 22:41 ✶
Uczucia to była jednak śmieszna sprawa. Człowiek się uzbrajał na dziesiątki okoliczności, budował te wszystkie mury chroniące najbardziej wrażliwe elementy jego charakteru, męczył się, stroił, próbował, starał się... Stresował. I nagle ten stres znikał. Zamiast tego pojawiała się ręka za plecami Laurenta i prowadzenie go przed siebie jak trofeum, którym niewątpliwie był. W sposobie bycia Crowa nie dało się nie zauważyć zadowolenia z takiego towarzystwa - na próżno w tym było szukać zwątpienia lub wstydu, jeżeli w cokolwiek wątpił to w samego siebie - własne kroki i poczynania. Nie w niego. Nie w to, że pokazywanie się razem było dobre.
Piękna bajka z niezliczoną liczbą pęknięć na fasadzie.
Nie skłamał. Naprawdę go kochał, albo się w nim zakochiwał, ale to wcale nie pomagało zamaskować tego, jak łatwo było skruszeć i obsypać się temu co razem budowali. Wielkie słowa, czyny, gesty. Branie wszystkiego za szybko i za poważnie. Może to by działało, gdyby byli gotowi przyjąć to i zmieniać się pod swoim wpływem, zamiast wracać do korzeni, do najgorszych przyzwyczajeń, jakie tylko mieli. Crow mówił sobie, że to wszystko przez głowę. Taak, to głowa była winna większości jego porażek - popsuty mózg, który zdaniem lekarzy produkował za mało tego, czego potrzebował i za dużo tego, czego nie powinien. Nawet gdyby starał się o tym nie myśleć, na nic się to zdawało, bo miał przez sobą zawsze namacalny dowód swoich dysfunkcji - czerń i biel, szarość pożerającą wszystkie kolory. Była w świecie czarodziejów klątwa, która to czyniła, ale on nie był jej ofiarą - nie rozumiał do końca, w jaki sposób to działało, ale znał swój wyrok. Nawet magia nie mogła odtworzyć braków, nie potrafiono stworzyć czegoś z niczego. Nigdy nie będzie widział kolorów.
A kolory w tej restauracji były piękne. Kolejny niepozorny budynek bez żadnego szyldu ani witryny zachęcającej do wejścia. Żeby to zrozumieć, trzeba było znaleźć się w środku. To miejsce było całkowicie nowe - nowe stoły, nowy blat, świeżo odmalowane ściany, wypolerowane łyżeczki. Ciemnobrązowe, drewniane elementy zestawione z zielenią i złotem. Przytulne, eleganckie miejsce z nutką magii. Ktoś, kto się na tym nie zna, nie wiedziałby od razu - palma to przecież palma, może sobie rosnąć gdziekolwiek. Mugole by się tym zachwycili - bo jak to mieć tu tyle egzotycznych roślin przy tak nastrojowym, nieco ubogim oświetleniu, przy tych temperaturach. W takim stanie? A jednak - bo te rośliny magicznie pędzono i wspomagano je w utrzymaniu liści tak pięknymi i jak tylko się dało.
Otworzył przed nim drzwi i wpuścił go do środka jako pierwszego. Poza jedną młodą dziewczyną i obsługą nie było tu innych osób, a już na wejściu średniego wieku Tajka przywitała ich jak starych przyjaciół, od razu prowadząc do miejsca w osobnej sali. Na uboczu, wśród tych wielkich liści.
- Ploszę baldzo - powiedziała, kładąc przed nimi dzbanek z kwitnącą herbatą i dwie karty.
Wnętrze urządzone z gustem. Dobrze rozplanowana karta dań z tajskimi potrawami w tym coś, co wiedział już, że Laurent lubił - krewetki. Czysta łazienka. Brak tłumu. To miejsce było jeszcze zamknięte, niemożliwe, żeby inni ludzie nie chcieli wejść do środka i zjeść obiadu w takim otoczeniu. A jednak byli tu sami. Na stole pojawiła się świeczka. To było oczywiste, ze względu na czyje upodobania znaleźli się tu dzisiaj.
- Zostawi was samych, jak coś zamówita, to ja si przejde tu. A nie mówił mi, że ksiażę Edynbugga tu pszyjcie a nie z cyyku ktosi. - Pokręciła głową z rozbawieniem i odeszła w stronę lady, gdzie usiadła obok tamtej dziewczyny, co ją zauważyli wchodząc. Córka. Pomrukiwały coś do siebie o tym, żeby Laurenta później zapytać o to, jak mu smakowało, bo (chociaż ciężko to było dosłyszeć przez muzykę i fakt, że mówiły bardzo cichutko) wygląda na kogoś, kto się chociaż trochę zna na rzeczy.
Crow nie spoglądał ani na nie, ani na kartę dań, ani na herbatę rozkwitającą w dzbanku. Cały czas patrzył się na Laurenta. Siedząc naprzeciwko, nie miał jak go objąć, ale znalazł na to sposób - wyciągnął się i nagle stykały się ich nogi. Uśmiechnął się do niego słodko i skinął głową. Chciał usłyszeć o tym, jak minął mu weekend.
Piękna bajka z niezliczoną liczbą pęknięć na fasadzie.
Nie skłamał. Naprawdę go kochał, albo się w nim zakochiwał, ale to wcale nie pomagało zamaskować tego, jak łatwo było skruszeć i obsypać się temu co razem budowali. Wielkie słowa, czyny, gesty. Branie wszystkiego za szybko i za poważnie. Może to by działało, gdyby byli gotowi przyjąć to i zmieniać się pod swoim wpływem, zamiast wracać do korzeni, do najgorszych przyzwyczajeń, jakie tylko mieli. Crow mówił sobie, że to wszystko przez głowę. Taak, to głowa była winna większości jego porażek - popsuty mózg, który zdaniem lekarzy produkował za mało tego, czego potrzebował i za dużo tego, czego nie powinien. Nawet gdyby starał się o tym nie myśleć, na nic się to zdawało, bo miał przez sobą zawsze namacalny dowód swoich dysfunkcji - czerń i biel, szarość pożerającą wszystkie kolory. Była w świecie czarodziejów klątwa, która to czyniła, ale on nie był jej ofiarą - nie rozumiał do końca, w jaki sposób to działało, ale znał swój wyrok. Nawet magia nie mogła odtworzyć braków, nie potrafiono stworzyć czegoś z niczego. Nigdy nie będzie widział kolorów.
A kolory w tej restauracji były piękne. Kolejny niepozorny budynek bez żadnego szyldu ani witryny zachęcającej do wejścia. Żeby to zrozumieć, trzeba było znaleźć się w środku. To miejsce było całkowicie nowe - nowe stoły, nowy blat, świeżo odmalowane ściany, wypolerowane łyżeczki. Ciemnobrązowe, drewniane elementy zestawione z zielenią i złotem. Przytulne, eleganckie miejsce z nutką magii. Ktoś, kto się na tym nie zna, nie wiedziałby od razu - palma to przecież palma, może sobie rosnąć gdziekolwiek. Mugole by się tym zachwycili - bo jak to mieć tu tyle egzotycznych roślin przy tak nastrojowym, nieco ubogim oświetleniu, przy tych temperaturach. W takim stanie? A jednak - bo te rośliny magicznie pędzono i wspomagano je w utrzymaniu liści tak pięknymi i jak tylko się dało.
Otworzył przed nim drzwi i wpuścił go do środka jako pierwszego. Poza jedną młodą dziewczyną i obsługą nie było tu innych osób, a już na wejściu średniego wieku Tajka przywitała ich jak starych przyjaciół, od razu prowadząc do miejsca w osobnej sali. Na uboczu, wśród tych wielkich liści.
- Ploszę baldzo - powiedziała, kładąc przed nimi dzbanek z kwitnącą herbatą i dwie karty.
Wnętrze urządzone z gustem. Dobrze rozplanowana karta dań z tajskimi potrawami w tym coś, co wiedział już, że Laurent lubił - krewetki. Czysta łazienka. Brak tłumu. To miejsce było jeszcze zamknięte, niemożliwe, żeby inni ludzie nie chcieli wejść do środka i zjeść obiadu w takim otoczeniu. A jednak byli tu sami. Na stole pojawiła się świeczka. To było oczywiste, ze względu na czyje upodobania znaleźli się tu dzisiaj.
- Zostawi was samych, jak coś zamówita, to ja si przejde tu. A nie mówił mi, że ksiażę Edynbugga tu pszyjcie a nie z cyyku ktosi. - Pokręciła głową z rozbawieniem i odeszła w stronę lady, gdzie usiadła obok tamtej dziewczyny, co ją zauważyli wchodząc. Córka. Pomrukiwały coś do siebie o tym, żeby Laurenta później zapytać o to, jak mu smakowało, bo (chociaż ciężko to było dosłyszeć przez muzykę i fakt, że mówiły bardzo cichutko) wygląda na kogoś, kto się chociaż trochę zna na rzeczy.
Crow nie spoglądał ani na nie, ani na kartę dań, ani na herbatę rozkwitającą w dzbanku. Cały czas patrzył się na Laurenta. Siedząc naprzeciwko, nie miał jak go objąć, ale znalazł na to sposób - wyciągnął się i nagle stykały się ich nogi. Uśmiechnął się do niego słodko i skinął głową. Chciał usłyszeć o tym, jak minął mu weekend.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.