Czy miłość jaką los ich połączył, mogła przezwyciężyć wszystko? Łączyło ich taka więź, w której jedno nie widziało sensu życia bez drugiego. Podobnie postąpiłby Tristan, gdyby jego kochana Olivia, znalazła się w niebezpieczeństwie. Oddałby życie, aby była bezpieczna. Bo jedyne co w swoim życiu miał do stracenia, to tylko ją.
Zgadza się. Nie wypadało mu uderzyć kobietę awanturującą się na jarmarku, przy ich stoisku. Co innego, gdyby to była czarownica miotająca zaklęciami i niosąca chaos niczym Śmierciożerczyni. Jako auror, nie zawahałby się. Ale teraz, jako zwyczajny kowal i pracownik księgarni… Sam widok ich masek, śni mu się po nocach. Gdyby stracił wzrok, widziałby je najpewniej cały czas, popadając w paranoję psychiczną. Wtedy jedynym dla niego ratunkiem być może byłaby śmierć, albo lecznica dusz.
Faceta być może by uderzył, gdyby ten skrzywdził Olivię. Gdyby zaistniała taka konieczność. Tej na szczęście nie było. W odpowiedzi na jej słowa, które wymruczała do jego odzieży, wtulając się w klatkę piersiową, pogładził po głowie. Przyjął do wiadomości, ale słów nie pokazał.
Kiedy dała mu możliwość wyrażenia swojego zdania, poczuł jej uścisk dłoni. Spodziewał się, że to nie będzie się jej podobało. Ale taka przecież była prawda. Musiałby chyba pokonać swój lęk, aby "mówić" i myśleć inaczej.
Widząc jej postawę, zmienił spojrzenie na przepraszające. Bo urazić jej nie chciał, ale okłamywać także.
W przypadku pytania o sędzinę, postanowił wspomóc się notesem, który wyjął z tylnej kieszeni i zapisał lewą dłonią ”Lorien Crouch Mulciber". Jedno nazwisko przekreślił, gdyż po jego napisaniu przypomniał sobie podpis kobiety. Nie nazwała się już pod panieńskim. Sporo się w Ministerstwie pozmieniało, gdy nie był obecny ponad pół roku. Dopiero niedawno docierały do niego informacje, kto z kim, co, gdzie, jak i tak dalej. Choćby taki jarmark odkrywał przed nim stare znajomości.
Nazwisko wypisane w notesie, pokazał Olivii. To, że jej tata pracuje w Ministerstwie, może być coś pomogło. Ale Ward nie chciał walczyć. Czyżby słabł? Poddawał się coraz bardziej?
Schował notes, kiedy jego ukochana zarzuciła, że powinni pokazać swoje miejsce a nie poddawać się. Nie ukrywała swojego gniewu, nawet słysząc jego odpowiedzi w postaci języka migowego. Przy stoisku, do którego dotarli w parku, od razu zgodził się skinieniem głowy na kawę do picia. Jakby nie chciał bardziej drażnić swojej tygrysicy. Odebrał także wciśniętą mu do dłoni torebkę z orzeszkami.
Na jej żarty, czy dogryzające teksty, uśmiechnął się niejako może z ulgą. Kobieta zmienną jest, ale i tak ją kochał. Uśmiechnął się szerzej, gdy wspomniała o fortecy z poduszek. Forteca. Nie jednokrotnie wracał myślami do dnia, kiedy mieli dobę dla siebie w wynajmowanym domku. Gdzie byli sam na sam. Mieszkali. Niejednokrotnie chodziło mu po głowie to jej zaproponować. Tylko nie wiedział, czy ona była na to gotowa.
Udali się na ławeczkę, w miejsce gdzie znajdowały się wiewiórki, a jedna właśnie gdzieś przebiegła. Ta niepewność wciąż ściskała go w środku. Musiał zaryzykować. Dotknął jej ramienia, kiedy miała uwagę skierowaną gdzie indziej. Chcąc aby na niego spojrzała. I wtedy, mając jedną wolną rękę, dał jakoś radę ułożyć i pokazać w języku migowym pytanie:
"- Chciałabyś, zamieszkać ze mną?"Spodziewałby się odrzucenia. Zrozumiałby. Ale te czasy, kiedy oboje martwili się o siebie wzajemnie. Mieszkali daleko od siebie.