20.01.2025, 23:19 ✶
Głębszy wdech miał pozwolić uspokoić emocje. Spojrzenia rzucane na boki, nerwowe ruchy dłoni, oblizywanie ust: to wszystko, co zdradzało zdenerwowanie, dla kogoś obytego z zachowaniem Charlesa było ewidentne. Ojciec mógł z niego czytać jak z otwartej księgi, więc ucieczka była jedynym wyjściem, oznaczającym jeszcze więcej, niż te subtelne gesty.
- Tak, tato. Postaram się. - Skinął głową, obiecując poprawę tak przed sobą, jak i przed ojcem. Nie mógł nic powiedzieć na ojca i jego palenie, więc tylko przywołał płaskie naczynie, które równie dobrze mogło być popielniczką. Gładko wylądowało przed Richardem. - Tato, czy ty... Czy ty naprawdę rozumiałeś wuja? - Pytanie było niewinne. Nie miało kryć się za nim powątpiewanie, ale gdzieś tam było, jawiło się jak plamka krwi na białym płótnie. - Staram się zrozumieć waszą więź. Wiem, że była szczególna. Nigdy nie zastanawiałem się nad nią tak naprawdę... chyba byłem zazdrosny. Przepraszam, tato. - Kajał się znów, a poczucie winy pchało go do Richarda, by wcisnąć się pod jego bok. Mimo to, Charles pozostał w miejscu, walcząc z prymitywną potrzebą bliskości, bezpieczeństwa i akceptacji.
Złapał za kubek i podmuchał na ciecz, starając się jak najszybciej ostudzić herbatę.
- Leonard ciągle się rozgląda. To tutaj, to tylko na chwilę. - Wyjaśnił, bo i sam tak uważał. Nie chciał korzystać z uprzejmości Rolpha dłużej, niż było to konieczne. Kolejna rewelacja sprawiła jednak, że młody Mulciber odstawił kubek na stolik i spojrzał na ojca szeroko otworzonymi oczyma, jak wystraszona sarna, która tylko czeka na śmierć pod kołami mugolskich pojazdów. - Plotki z... wujem Anthonym?
Tego było za wiele. Charles ożywił się na nowo, tym razem ze złych powodów. Lorien nie tylko zabrała mu rodzinę, jej jedność, jej integralność; teraz zamierzała zrobić to samo z wujem Shafiqiem?! Niedoczekanie!
- Na Odyna...
Poderwał się z miejsca, by z szuflady wyciągnąć ten kawałek pergaminu, który otrzymał poprzedniego dnia. Prześledził litery po raz kolejny.
- Tato, ona do wysłania tego listu użyła harpii wuja! - Podniósł lekko głos, gdy emocje narosły. Układanka składała się w całość. - Posłuchaj tego... Zapewne powiedziano Ci już, że to ja poleciłam, aby Cię wydziedziczyć. Jest to prawda, której nie zamierzam zaprzeczyć, a dalej teraz, gdy mój mąż nie żyje, nie czuję się w obowiązku ukrywać przed tobą rzeczy, które działy się za zamkniętymi drzwiami naszego domu. Słowa, które odebrałeś jako mój atak, nigdy nim nie były. Wypowie działam je, bo gdyby padły z ust Roberta - nie miałbyś szans. Tato, ona mąciła od samego początku! - Czytał i komentował, gniotąc pergamin w palcach, pozostawiając w nim brzydkie wgniecenia, na wzór tych, które poprzedniego dnia powstawały w tych samych miejscach. - Odseparowałam braci na tyle na ile byłam w stanie, by każdy mógł przez chwilę myśleć samodzielnie. By Richard przypomniał sobie, że jesteś jego synem. Tato, ona sądzi, że gdyby wuj Robert nakazał ci wyrzec się mnie, zrobiłbyś to.
Przerwa w słowach Charlesa wybrzmiała o sekundę za długo. W końcu oderwał wzrok od słów ciotki i spojrzał znów na ojca. Zrobiłbyś to, tato?, padło niewypowiedziane pytanie.
- Tak, tato. Postaram się. - Skinął głową, obiecując poprawę tak przed sobą, jak i przed ojcem. Nie mógł nic powiedzieć na ojca i jego palenie, więc tylko przywołał płaskie naczynie, które równie dobrze mogło być popielniczką. Gładko wylądowało przed Richardem. - Tato, czy ty... Czy ty naprawdę rozumiałeś wuja? - Pytanie było niewinne. Nie miało kryć się za nim powątpiewanie, ale gdzieś tam było, jawiło się jak plamka krwi na białym płótnie. - Staram się zrozumieć waszą więź. Wiem, że była szczególna. Nigdy nie zastanawiałem się nad nią tak naprawdę... chyba byłem zazdrosny. Przepraszam, tato. - Kajał się znów, a poczucie winy pchało go do Richarda, by wcisnąć się pod jego bok. Mimo to, Charles pozostał w miejscu, walcząc z prymitywną potrzebą bliskości, bezpieczeństwa i akceptacji.
Złapał za kubek i podmuchał na ciecz, starając się jak najszybciej ostudzić herbatę.
- Leonard ciągle się rozgląda. To tutaj, to tylko na chwilę. - Wyjaśnił, bo i sam tak uważał. Nie chciał korzystać z uprzejmości Rolpha dłużej, niż było to konieczne. Kolejna rewelacja sprawiła jednak, że młody Mulciber odstawił kubek na stolik i spojrzał na ojca szeroko otworzonymi oczyma, jak wystraszona sarna, która tylko czeka na śmierć pod kołami mugolskich pojazdów. - Plotki z... wujem Anthonym?
Tego było za wiele. Charles ożywił się na nowo, tym razem ze złych powodów. Lorien nie tylko zabrała mu rodzinę, jej jedność, jej integralność; teraz zamierzała zrobić to samo z wujem Shafiqiem?! Niedoczekanie!
- Na Odyna...
Poderwał się z miejsca, by z szuflady wyciągnąć ten kawałek pergaminu, który otrzymał poprzedniego dnia. Prześledził litery po raz kolejny.
- Tato, ona do wysłania tego listu użyła harpii wuja! - Podniósł lekko głos, gdy emocje narosły. Układanka składała się w całość. - Posłuchaj tego... Zapewne powiedziano Ci już, że to ja poleciłam, aby Cię wydziedziczyć. Jest to prawda, której nie zamierzam zaprzeczyć, a dalej teraz, gdy mój mąż nie żyje, nie czuję się w obowiązku ukrywać przed tobą rzeczy, które działy się za zamkniętymi drzwiami naszego domu. Słowa, które odebrałeś jako mój atak, nigdy nim nie były. Wypowie działam je, bo gdyby padły z ust Roberta - nie miałbyś szans. Tato, ona mąciła od samego początku! - Czytał i komentował, gniotąc pergamin w palcach, pozostawiając w nim brzydkie wgniecenia, na wzór tych, które poprzedniego dnia powstawały w tych samych miejscach. - Odseparowałam braci na tyle na ile byłam w stanie, by każdy mógł przez chwilę myśleć samodzielnie. By Richard przypomniał sobie, że jesteś jego synem. Tato, ona sądzi, że gdyby wuj Robert nakazał ci wyrzec się mnie, zrobiłbyś to.
Przerwa w słowach Charlesa wybrzmiała o sekundę za długo. W końcu oderwał wzrok od słów ciotki i spojrzał znów na ojca. Zrobiłbyś to, tato?, padło niewypowiedziane pytanie.