21.01.2025, 14:22 ✶
Każdy chyba czasem udawał – i ona nie była wyjątkiem. W jej podejściu do ludzi rzadko był fałsz, i po prostu zwykle czuła się swobodnie niezależnie od okoliczności, ale drobne kłamstewska, w rodzaju „wszystko w porządku” gościły na jej ustach równie często, jak wypowiadali je inni, i nigdy nie była tym naprawdę dobrym charakterem w bajce. Laurent był lepszym człowiekiem od niej, mimo całej swojej przeszłości, o której Brenna zresztą nie miała pojęcia. Tak samo jak i o tym, że miał wkrótce współpracować z kimś innym, i stąd te wszystkie myśli o Zakonie – jeśli nie powiedziała od razu więcej, bardziej wprost, to głównie dlatego, że powstrzymała ją myśl, jak Laurent by się czuł działając za plecami rodziny i Victorii. Sama działała za plecami krewnych i przyjaciół, i cóż, miała tego pełen pogląd, a on właśnie… zawsze zdawał się jej utkany ze światła, i tylko świat czarodziejów wprowadził w to światło za wiele cieni.
– I nie powinieneś. Mamy rok 1972, nie 1872 – mruknęła, spoglądając na niego i bardzo starając się, by w jej tonie nie zabrzmiało przypadkiem współczucie, bo nie sądziła, aby go chciał i potrzebował.
I tym bardziej by nie pokazać pewnej irytacji.
Edward uwielbia Pandorę, więc nie chce jej do niczego zmuszać. Drobne, niewinne zdanie, w którym może mylnie od razu szukała dodatkowych znaczeń. Ją tak, jego nie? Jego wolno do czegoś zmuszać?
Rozumiała pchanie ku małżeństwu, rozumiała nadzieję rodziców na to, że partner będzie „odpowiedni”, bo wychowała się w takim, a nie innym środowisku, i takich, a nie innych czasach, ale mimo wszystko świat szedł do przodu i zdecydowanie nie uważała, że rodzina powinna po prostu oznajmiać komuś, że ma poślubić taką, a nie inną osobę.
Aydaya Prewett mogła poczekać na wnuki.
– Zresztą, Prewettowie akurat nie mogą narzekać na brak młodszych członków rodu, prawda? – spytała lekko, niepewna, czy chciał w ogóle ciągnąć ten temat zaręczyn, dość ciężki przecież. – Hm. Potrafisz rozmawiać z duchami, hodować dzikie zwierzęta, śpiewem tworzyć różne rzeczy, prowadzisz rezerwat… – Nie była pewna, jak dokładnie to działa: była świadkiem tylko raz, wtedy w New Forest, i trochę zajmowały ją inne rzeczy, ale dźwięk jakoś utkwił jej w głowie. - … i mówisz, że nie masz za wielu talentów, tak? Bogowie, Lauri, to brzmi okropnie dla całej reszty śmiertelników, wyznaczasz straszliwie nierealne standardy – stwierdziła, trochę żartobliwie. – Pewnie. Jeśli będziesz podtrzymywał, i pojawi się coś takiego… może przyjdę żebrać o pomoc.
Spytała go o to, czy czegoś nie potrzebował wiedziona właściwie impulsem, bo zdawał się zmęczony – a może przygnębiony? Nie była pewna, bo wspomniał w końcu tylko tyle, że jest zajęty wieloma sprawami, a i podejrzewała, że słynny wywiad i tamta sytuacja w New Forest go przygnębiały. I miała tym bardziej wyrzuty sumienia, że ściągnęła go tutaj z powodu kilku jaszczurek.
– Obawiam się, że w tym nie pomogę, nie z braku chęci, ale wątpię, by Duma zechciał mnie słuchać.
– I nie powinieneś. Mamy rok 1972, nie 1872 – mruknęła, spoglądając na niego i bardzo starając się, by w jej tonie nie zabrzmiało przypadkiem współczucie, bo nie sądziła, aby go chciał i potrzebował.
I tym bardziej by nie pokazać pewnej irytacji.
Edward uwielbia Pandorę, więc nie chce jej do niczego zmuszać. Drobne, niewinne zdanie, w którym może mylnie od razu szukała dodatkowych znaczeń. Ją tak, jego nie? Jego wolno do czegoś zmuszać?
Rozumiała pchanie ku małżeństwu, rozumiała nadzieję rodziców na to, że partner będzie „odpowiedni”, bo wychowała się w takim, a nie innym środowisku, i takich, a nie innych czasach, ale mimo wszystko świat szedł do przodu i zdecydowanie nie uważała, że rodzina powinna po prostu oznajmiać komuś, że ma poślubić taką, a nie inną osobę.
Aydaya Prewett mogła poczekać na wnuki.
– Zresztą, Prewettowie akurat nie mogą narzekać na brak młodszych członków rodu, prawda? – spytała lekko, niepewna, czy chciał w ogóle ciągnąć ten temat zaręczyn, dość ciężki przecież. – Hm. Potrafisz rozmawiać z duchami, hodować dzikie zwierzęta, śpiewem tworzyć różne rzeczy, prowadzisz rezerwat… – Nie była pewna, jak dokładnie to działa: była świadkiem tylko raz, wtedy w New Forest, i trochę zajmowały ją inne rzeczy, ale dźwięk jakoś utkwił jej w głowie. - … i mówisz, że nie masz za wielu talentów, tak? Bogowie, Lauri, to brzmi okropnie dla całej reszty śmiertelników, wyznaczasz straszliwie nierealne standardy – stwierdziła, trochę żartobliwie. – Pewnie. Jeśli będziesz podtrzymywał, i pojawi się coś takiego… może przyjdę żebrać o pomoc.
Spytała go o to, czy czegoś nie potrzebował wiedziona właściwie impulsem, bo zdawał się zmęczony – a może przygnębiony? Nie była pewna, bo wspomniał w końcu tylko tyle, że jest zajęty wieloma sprawami, a i podejrzewała, że słynny wywiad i tamta sytuacja w New Forest go przygnębiały. I miała tym bardziej wyrzuty sumienia, że ściągnęła go tutaj z powodu kilku jaszczurek.
– Obawiam się, że w tym nie pomogę, nie z braku chęci, ale wątpię, by Duma zechciał mnie słuchać.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.