Wszystko zależy od sytuacji, jak i czy Nicholas chciałby być znaleziony. Jeżeli nie byłoby go w mieszkaniu, najpewniej zostawiłby Rodolphusowi wskazówkę, gdzie go szukać, gdyby za długo go nie było. Gdyby Lestrange’owi nie zależało, pewnie nie odwiedzałby go w te ostatnie dni, jak zdecydował się już nie nocować. Dzisiejsze przybycie było też dowodem na to, że interesował się zdrowiem Traversa.
Nicholas nie tyle co był uparty, posiadając cechę dziedziczoną wraz ze swoją siostrą, co nie chciał zbytnio mówić o swoich lękach. Lękach, które niestety przekładały się na jego stan zdrowia. Jeszcze parę miesięcy temu, kiedy wszedł do Boginowego Zakątka, przeżył i zniósł go lepiej, niż po wypiciu trucizny w Mauzoleum Fawleyów.
Rodolphus nie odpuszczał. Wciąż naciskał. Nie wystarczyło mu to, co Nicholas poczuł po wypiciu nieznanej im substancji. Tylko to, gdzie się obudził. Co się działo, że nie podołał misji. Nie pozwalał nawet na ucieczkę spojrzeniem.
Blondyn milczał, kiedy z ust byłego współlokatora padały pytania. Kiedy niebieskie oczy wpatrywały się w stalowe. Czując dotyk jego palców na swoim podbródku. Zamknął oczy. Przed oczami znów miał celę. Kamienne ściany, stalowe drzwi bez klamki, z lekko uchylonym okienkiem. Samotność... głód... pragnienie... w końcu śmierć... Pocałunek… Dementor…
- W Azkabanie…Po tym pocałunku, Nicholas odpowiedział tak szybko, jak też otworzył oczy i pochwycił dłoń Rodolphusa, chcąc odsunąć od swojej twarzy. Oddech przyspieszył. Lęk wzrastał. Nicholas się wręcz odsunął, odwrócił plecami do blatu, aby oprzeć tyłkiem i podeprzeć jedną ręką. Drugą przyłożył w okolice klatki piersiowej. Lęk powrócił. Pocałunek Rodolphusa był jakby widział Dementora, przez zamknięte oczy. Koszmar senny, który powracał. Ewoluował z tym piekłem, w jakim przegrał życie.
- W celi…
Dokończył po kilku szybkich oddechach, próbując się uspokoić. Patrząc przed siebie, następnie na podłogę. Droga bez wyjścia. Bez wolności. Który z nich miał gorsze piekło?