Wszystko, co działo się wokół, było surrealne. I jednocześnie boleśnie prawdziwe. Jaki to był paradoks - cieszyć się z tego, że ktoś taki jak Dante przeżył, bo wyrzuty sumienia milkły! Tylko po to, żeby przechodzić do gniewu i żalu, że jednak nie udało się go pozbyć. Patrząc na to, co działo się wtedy, teraz był mądrzejszy i bogatszy w doświadczenia. Wiedział lepiej. I chociaż znowu musiał walczyć o wolność, reguły gry zostały zmienione.
Pokręcił lekko głową przecząco, kiedy Atreus wyciągnął papierosy w jego kierunku.
- Między innymi do szantażu. - Mógłby się rozwodzić nad tym, że chodzi o to, by wygrać, by... chronić siebie i bliskich. Wiele mógł tu powiedzieć, ale nie miał ani czasu ani ochoty na gry. Sądząc po Victorii - jej by się akurat przydały. - Do zebrania dowodów wystarczających, by posłać Dante go Azkabanu. - Nikt nie będzie za nim płakał. Bo nie będzie... prawda? - Nie mogę poprosić o oficjalne śledztwo. - Być może się to samo przez się rozumiało, a być może nie. Laurent sam nie był przekonany, czy jest gotowy na to, co mógłby znaleźć w tych aktach. Czy jest gotowy na to, jakie obrzydlistwa i okrucieństwa mogłyby wypełznąć na powierzchnię przed jego oczami. Z jakimi danymi musiałby się zapoznać. Odpowiedź była zawsze taka sama: nie był, ale musiał być. Inaczej będzie do końca ofiarą tego wszystkiego. Ofiarą własnej głupoty, która usiadła Diabłu na kolanach. - Chcę to zrobić w prawidłowy sposób. Złożyć potem bogatsze teczki w wasze ręce... żebyście mogli mi pomóc. - Przy ostatnich słowach jego głos się załamał i wkroczył z powrotem w tony tego Laurenta, którym był zawsze przed rodziną. Który siedział naprzeciwko tej dwójki, palących papierosy, pijących alkohol i patrzył na tę rodzinę. Victoria nie musiała być z nim spokrewniona krwią. Atreus może nie był jego rodzonym bratem, ale w jego oczach to zawsze był ten starszy, lepszy brat, który robił super rzeczy i być najfajniejszy w całej szkole, więc chciało się do niego dorastać. A kiedy podchodził do tej rozmowy to wiedział, że mogą już nie chcieć na niego patrzeć za część tej prawdy, którą im wyjawi. To był obrzydliwe. Odrażające. Powinien był być wtedy mądrzejszy... ale sieć zaplątania zgubiła go całkowicie w swoim łonie. - Żałuję tego, co zrobiłem. Tym razem nie popełnię błędu. - Odzyskał spokojniejszy ton, chociaż to była fasada. Cała ta chłodna i zdystansowana postura była fasadą, którą musiał utrzymywać. Inaczej by zaczął płakać i już niczego z siebie nie wydusił, błagając, żeby go nie zostawiali. Dlatego, że jest całkowicie niedoskonały i dopuścił się najgorszego grzechu z możliwych. Teraz jego wzrok nie odsuwał się od Victorii i wyrażał zmartwienie, kiedy na nią patrzył. Drżała. Przez moment naprawdę drżała.