Sukces!
Akcja nieudana
Corio stał w korytarzu swojego mieszkania, światło lampy rzucało ciepły blask na jego twarz, podkreślając zmarszczki, które pojawiły się na czole w wyniku długich godzin pracy. Słowa Ambroise'a brzmiały w jego uszach jak echo. Mężczyzna kiwnął głową, nie przerywając przyjacielowi, ale w głębi duszy czuł narastającą frustrację.
- Brujería. - Powtórzył cicho, jakby próbował wymazać to słowo z umysłu. - Liczyłem, że może coś wiesz, ale zawsze, kiedy sprawa wydaje się niemożliwa do rozwiązania, pojawia się jakieś dodatkowe gówno. Czy tam, jak może powinienem powiedzieć, „la mierda”. - Jego myśli wróciły do ostatnich dni, ciał, które leżały na stole sekcyjnym, spojrzeń świadków, które skrywały więcej, niż mogły ujawnić. W każdej z tych spraw był fragment prawdy, który czekał na odkrycie. Patrzył na przyjaciela, widząc zmęczenie w jego oczach, wiedział, jak ciężko było mu zmagać się z podobnymi sprawami, gdy był w nie uwikłany. Cornelius wiedział, że jego przyjaciel miał rację, gdy mówił o trudności w zrozumieniu i przetłumaczeniu starych tekstów. Tłumaczenie było jednym z najtrudniejszych zadań. Każdy znak i pojedyncza fraza mogła być kluczem do zrozumienia tego, co się wydarzyło, albo wręcz przeciwnie, mogła to wszystko bardziej skomplikować, jeśli byłaby niepoprawna.
Odruchowo przejechał dłonią po brodzie, zastanawiając się nad ciężarem, jaki niosła ze sobą brujería, ta enigmatyczna, mroczna siła, która od wieków pociągała i przerażała ludzi, ale jej tajniki były znane nielicznym. Dostanie tłumaczeń było niemal niemożliwe, równie dobrze mógłby walnąć głową o ścianę i liczyć na to, że obudzi się ze śpiączki, znając hiszpański. Tyle tylko, że wtedy mógłby stracić znajomość angielskiego, więc znowu byliby w kropce, albo w tej charakterystycznej, hiszpańskiej kresce nad í, „brujería”.
Jego myśli krążyły wokół słów Ambroise’a, które brzmiały równie prawdopodobnie i nieprawdopodobnie. Wzrok Lestrange miał utkwiony w podłogę, której deski były lekko zniszczone, co przypominało mu o upływie czasu i o tym, jak wiele rzeczy mogło się zmienić, gdyby tylko los zechciał być łaskawszy... albo Ambroise i Geraldine trochę bardziej suchszy, Cornelius nie mógł patrzeć na wodę kapiącą z płaszcza ze skóry. Nie dość, że puchła mu podłoga, to ciuchy Yaxley, będąc zbrodnią na stylu, od zawsze, wzbudzały w nim głęboki sprzeciw. Dopiero możliwość przywłaszczenia koszul Ambroise'a przez Geraldine, nieważne, że w wątpliwych okolicznościach, ratowała oczy Lestrange'a. Cornelius, wbrew pozorom stwarzanym przez zawód, był estetą - albo pedantycznym krytykiem, chamem i burakiem, w zależności od tego, kogo by spytać - i mimo, że uwielbiał tę dziewczynę, to jej styl wypalał mu kubki smakowe w oczach.[/b]
[a]Wzrok Corneliusa przesunął się ku salonowi, gdzie siedziała. W dalszym ciągu nie rozumiał, czemu ta dwójka znalazła się tu razem. Jednocześnie słuchał słów Ambroise'a, wydawało mu się, że z każdą chwilą jego przyjaciel coraz bardziej tonął w bagnie własnych myśli, a temat Inez nie pomagał wcale. Niebieskie oczy Corneliusa skupiły się na przyjacielu, dostrzegając w jego oczach blask niepokoju, który z trudem skrywał. Ambroise, z wyraźnym napięciem na twarzy, snuł swoje teorie, a każda z nich wydawała się wciągać ich obu głębiej w labirynt niepewności.
- Inez... Tak, zgadzam się, była nieprzewidywalna. - Odpowiedział Cornelius, starając się zachować spokój w obliczu rosnącego napięcia. - Ale to właśnie czyni ją tak niebezpieczną w tej sytuacji. Jeśli to ona mogła być zamieszana w czyszczenie miejsca zbrodni w taki sposób, to nie możemy tego zignorować. - W jego głosie brzmiała nuta niepokoju, bo wiedział, jak blisko tej sprawy był Ambroise, a także, jak blisko serca tej historii znajdowała się Geraldine, z uwagi na powiązania z Greengrassem, a był jeszcze Astaroth, o którego zaangażowaniu jeszcze nie wiedział. - Praktyki honorowania zmarłych, o których wspominasz... W takich środowiskach mogą się zdarzyć dziwne praktyki. Mogą być dla niej hołdem, ale równie dobrze, mogą być sposobem na zatarcie śladów albo na przekazanie informacji, albo na chuj wie co. Znamy Inez. Czasami nie przewiduje konsekwencji swoich działań, wizje Iteti pomagały jej panować nad sytuacją. To też może być coś, co ją przerasta. - Mówiąc to, z trudem próbował zrozumieć, co mogło kierować decyzjami kobiety, która zawsze była enigmą. Niezależnie od przemyśleń, Cornelius nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ten medalion, wyrwany z kontekstu przedmiot, był istotnym, ale tylko fragmentem znacznie większej układanki, której sens wciąż im umykał.
Z lekkim uśmiechem, który nie schodził mu z twarzy, spojrzał na nią z wyraźnym rozbawieniem. Owszem, zawartość szklanek była istotna, lecz nie można było ignorować oprawy. W eleganckim salonie, przy blasku kryształowych żyrandoli, każda kropla wykwintnego trunku w krysztale nabierała szczególnego znaczenia, w norze to byłoby smutne, godne pożałowania pijaństwo w środku dnia. Nie byłby sobą, gdyby nie doceniał harmonii między zawartością a oprawą, która tworzyła pełnię przyjemności.
- Wiesz, że jestem zwolennikiem harmonii w życiu. Dlatego wolę, aby wszystko wokół mnie było tak samo starannie dobrane, jak to, co leje się do tych szklanek. - Powiedział, jego ton był lekko prześmiewczy, a zarazem pełen wdzięku, Corio czerpał satysfakcję z wytrącania Geraldine z równowagi byciem tak bardzo „ąę”, szczególnie, że później nie miewał problemu, żeby brodzić butami w łajnie, wsadzać palce pomiędzy jelita, albo jeść kanapki w obecności rozciętych zwłok. - Ale oczywiście, jeśli preferujesz picie byle jak i z byle czego, nie zamierzam ci tego zabraniać. - Odpowiedział, starając się przybrać ton, który mógłby wydać się lekko wyniosły, ale w rzeczywistości miał w sobie nutę żartu.
Geraldine - bez cienia wątpliwości, które mógłby mieć, gdyby nie znali się tak dobrze - wiedziała, co zamierzało paść z ust mężczyzny. Cornelius, patrząc na nią z mieszaniną zrozumienia i frustracji, westchnął głęboko, próbując znaleźć odpowiednie słowa.
- Nie zesraj się.
Niestety „twoja stara” nie wchodziła w grę, nawet, jeśli stara Geraldine była tak zabawna jak stare pozostałego dwojga ludzi. A szkoda, bo Cornelius miał w repertuarze całkiem sporo tekstów o starej Yaxley i dementorach rzucających w nią patronusami.
Było też wakacyjne pierdolenie twojej starej na basenie, którego nie oszczędzał Roise'owi, tworząc ku temu playlistę na winylach.
Jego stara, tak dla odmiany, była tak martwa, że jej ulubionym napojem była formalina.
Cornelius, słuchając słów Geraldine, przyglądał się jej uważnie, starając się wyłapać każdy szczegół w jej opowieści. Nie był zdziwiony, że weszła do Kniei, bo znał Yaxley i jej skłonność do podejmowania ryzykownych decyzji. W końcu, kto inny mógłby zignorować ostrzeżenia i wejść tam, gdzie czaiły się niebezpieczne widma?
Jego twarz była nieco zamyślona, a w oczach można było dostrzec cień niepokoju, mimo że sam nie był zdziwiony jej działaniami. To w końcu Yaxley, wszyscy w ich gronie zdawali się być w jakiś sposób przyciągani do niebezpieczeństw, które inni uznaliby za szaleństwo. Widma, które zaczęły wychodzić z Kniei, były niebezpieczne, a ich pojawienie się w Dolinie mogło wywołać chaos. Słuchał, jak opowiadała o kamiennym kręgu, o runach, które mogły ochronić ją przed niebezpieczeństwem. Zamknął oczy na moment, starając się wyobrazić sobie tamtą sytuację. Kamienny krąg, runy, które mogłyby chronić… Znał dobrze moc symboli runicznych, choć sam nie był biegły w ich odczytywaniu. Miał jednak świadomość ich mocy. Po chwili milczenia, z jego ust wydobył się niski, stonowany głos.
- Kamienny krąg? - Powtórzył, mrużąc oczy. Zaraz jednak jego umysł zaczął się kręcić wokół potencjalnych konsekwencji. Geraldine wydawała się zdeterminowana, ale on czuł, że nie wszystko jest takie hop siup, nie tylko trudności z myślodsiewnią, wiele więcej. - To może być kluczowe. Jeśli runy rzeczywiście mogą nas ochronić, to musimy je zbadać. Widma w Kniei to dramat, jeśli pojawiło się ich parędziesiąt, to sprawa jest poważniejsza, niż myślałem.
Zaraz jednak jego umysł zaczął się kręcić wokół potencjalnych konsekwencji nie widm, a posunięć Yaxley. Geraldine wydawała się zdeterminowana, ale on czuł, że nie wszystko jest takie proste. Podniósł wzrok znad rysunku, który szkicował na ławie, i spojrzał na Geraldine. Kiedy podniosła kwestię myślodsiewni, skinął głową. Wiedział, że jego znajomości w Ministerstwie mogłyby się przydać, ale podchodził do tego z ostrożnością. W jego oczach mogli dostrzec mieszankę zrozumienia i nieufności, które od lat towarzyszyły mu w relacjach z ministerstwem. W końcu, po chwili milczenia, wyraził swoje przemyślenia na głos.
- Myślodsiewnia… Tak, może być to trudne do znalezienia, tym bardziej, że jeśli chcesz uzyskać te wspomnienia, musimy działać ostrożnie. Zgłaszanie tego do Ministerstwa… Fakt, to nie jest najlepszy pomysł, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak się tam pojawiłaś. - Powiedział, zerkając na nią przenikliwie. Wiedział, że władze nie tolerowały takich incydentów.
- Wiesz, Geraldine, jeśli miałbym wskazać najbardziej naturalne miejsce, gdzie mogłabyś znaleźć myślodsiewnię, to bez wątpienia byłoby to ministerstwo, zwłaszcza w Departamencie Tajemnic. Departament Tajemnic z pewnością korzysta z takich narzędzi. W biurze koronera czasami mamy możliwość użyczenia myślodsiewni, zwłaszcza, gdy są one niezbędne do prowadzenia śledztw, ale musisz wiedzieć, że nie ufam nikomu z ministerstwa w takich sprawach, nawet najbliższym współpracownikom. Mogliby cię wydać w mgnieniu oka. Uważam, że co najmniej połowa z tych dupków, którzy mnie otaczają, działa dla Voldemorta i bez wahania mogliby dać mu cynk o wszystkim, co tam się dzieje. Dlatego twoje unikanie ministerstwa jest jak najbardziej uzasadnione. Jasne, może Mulciberowie się wynieśli, z całym szacunkiem dla rodzinki Ambroise'a, ale w Departamencie Tajemnic nadal kręcą się węże o różnych intencjach. Nie ma sensu ryzykować, kiedy nie wiadomo, kto może być twoim wrogiem. Dystans, który zachowujesz, jest całkowicie uzasadniony. Wiesz, jak jest. Lepiej trzymać się z dala od ministerialnych układów, bo w końcu nikt nie jest tam całkowicie czysty. Nie ma co ukrywać, że po wszystkich latach, moje zaufanie do ludzi tam pracujących jest... Delikatnie mówiąc, wątpliwe. Nikt tam nie jest całkowicie godny zaufania, nawet ja sam mam swoje za uszami, o czym, chyba, wszyscy wiemy. - Urwał, z namysłem rozważał, gdzie można by znaleźć myślodsiewnię. W końcu przypomniał sobie, że skoro istniał odbiorca, istniał dystrybutor i producent. Wiedział, że twórcami tych niezwykłych urządzeń byli Bagshotowie, rodzina znana ze swoich skomplikowanych wynalazków. Z pewnością mieli myślodsiewnie w swoim posiadaniu, przeznaczone do prywatnego użytku, ale z racji ich statusu i ochrony, którą otaczał ich Departament Tajemnic, Geraldine musiałaby podchodzić do sprawy z dużą ostrożnością. Zorganizowanie spotkania z Bagshotami mogło wymagać nie tylko dyplomacji, ale również ostrożnych kroków, aby nie narazić się na nieprzyjemności ze strony władz.
- Wiesz, jeśli chodzi o myślodsiewnie, to jest jeszcze jedna możliwość. Bagshotowie są ich twórcami. Można je u nich pozyskać, na pewno mają kilka tych urządzeń do swojego prywatnego użytku, ale wiesz, oni są również pod protekcją Departamentu Tajemnic, więc trzeba to załatwić ostrożnie, żeby nie narobić sobie kłopotów, sprawa nie jest taka prosta. Szczerze mówiąc, nie wiem, która opcja byłaby mniej ryzykowna. Osobiście stawiałbym na Bagshotów, choć z drugiej strony, zawsze istnieje ryzyko, że ministerstwo się o tym dowie. Tak czy inaczej, musimy działać z głową. - Cornelius zdecydował się włączyć w sprawę, nie pytając, czy powinien dać im coś więcej niż tylko informację. Spoglądał po twarzach pozostałej dwójki, intensywnie myśląc o kolejnych krokach. Jego ręka wciąż szkicowała pentagram na kartce, odwzorowywał symbol, mając zamiar pokazać go swojemu przyjacielowi.[/a]Cornelius, z nieco zmarszczonym czołem, przyglądał się pokracznie naszkicowanemu pentagramowi, to było najlepsze, na co było go stać, jeśli chodzi o jego zdolności artystyczne. Miał nadzieję, że to miało wystarczyć. Nie mógł zrozumieć, dlaczego ten symbol, którego znaczenie wydawało się oczywiste i nieoczywiste, miałby być związany z tą sprawą. Doszli do dwojakich wniosków, oba były tak samo prawdopodobne, to mogła, ale nie musiała, być wiadomość do Inez, jak i sama Inez, składająca hołd martwej siostrze. Odpowiedź najprawdopodobniej kryła się w samym znaku i tym, co miał przedstawiać stylizowany pentagram, jego zdaniem latynoamerykański. Gdy pokazał rysunek Ambroise'owi, nie pozostało mu zbyt wiele do powiedzenia. Czekał na reakcję przyjaciela, mając nadzieję, że ten, z uwagi na swoje związki z tematyką, mógł rzucić jakieś światło na sytuację. Cornelius odczuł ulgę, że mógł liczyć na pomoc przyjaciela w tej zagadkowej sprawie, ale dopóki nie wiedział, na czym stali, i czy Ambroise mógł coś powiedzieć, nie pozwalał sobie na zbyt wiele nadziei.
Kiedy Ambroise, z wyrazem twarzy, który sugerował głęboką znajomość tematu, stwierdził, że pentagram nie ma nic wspólnego z latynoamerykańskimi wierzeniami, lecz wywodzi się z tradycji celtyckiej, Cornelius uniósł brwi, zaskoczony tą informacją. Na moment wstrzymał oddech, próbując zrozumieć, co to mogło oznaczać w kontekście sprawy, nad którą pracował.[/a]- Rzeczywiście? To nie brujería? - Zapytał, gdy zaskoczenie ustąpiło miejsca chęci rzucenia przekleństwa, przed którym powstrzymał się. - Muszę przyznać, że nie miałem pojęcia, to zmienia stan rzeczy. - Niechętnie, bo niechętnie, przyznawał się do przeoczenia. Szczególnie, że w końcu w jego zawodzie, wiedza o symbolach i ich znaczeniu mogła okazać się nieoceniona, więc niewłaściwe założenia były dla niego potwarzą dla samego siebie. Nie kwestionował oceny, bo wyszła z ust kogoś z głęboką wiedzą w temacie.
Już wiedział, że sprawa zmieniła tor, teraz była tak samo zagmatwana, jak wcześniej, ale nie dlatego, że musiał szukać kogoś, kto potrafił przekazać mu informacje na temat meksykańskiej czarnej magii, a kogoś, kto znał się na zwyczajach Celtów. Takich osób było więcej, ale nie do końca to byli ci właściwi ludzie, bo najwłaściwsi nie obracali się w wyższych sferach, prawdę mówiąc, nieczęsto wychodzili z podziemi. W bardzo dosłownym znaczeniu, czekała go wycieczka na dół, bo istniało zbyt duże prawdopodobieństwi, że spece od dochodzeń, których wysłało ministerstwo, teraz to już by nie wrócili.
- Potrzebne mi to jak kurwie pantalony. - Mruknął sam do siebie, mimo tego, że zdawał sobie sprawę z wymowności tych słów, szczególnie dla kogoś takiego, jak Ambroise, bo o obecnych powiązaniach Geraldine z podziemnymi ścieżkami, Cornelius nie wiedział i nie pytał. Wziął sobie do serca pamiętną rozmowę z kumplem i nie poruszał z nią, ani przy niej, tego tematu. Przyjął tę informację do wiadomości, wiedząc, że jego przyjaciel potrafił oceniać ryzyko, nawet, jeśli czasami błędnie. Ufał mu, bo Ambroise dostarczał mu częstych wskazówek i informacji.
- Roise. Zaczął w odpowiednim momencie, kiedy Yaxley zamilkła. - Czy znajdziesz niedługo czas, może być tak jak zwykle, żeby przybliżyć mi coś więcej na ten temat? Albo może masz jakąś literaturę, idealnie tu na górze, bo sprawa, jak wiesz, jest nagląca, która mogłaby mi pomóc? - Dodał, z nadzieją w głosie, podczas, gdy ich towarzyszka dopijała alkohol. Nie czuł się winny tej lekkiej dygresji, jaką zrobili, bo sytuacja była złożona i wymagała jednoczesnego poruszania kilku tematów. Jego myśli pędziły, starając się połączyć wszystkie wątki, które w tym momencie wydawały się chaotyczne, zawartości szufladek w głowie Corneliusa zaczęły się przegrupowywać, analizując nowe okoliczności.
W międzyczasie jego wzrok przesunął się na Geraldine, słowa o paranoi u młodszego brata dotarły do niego, jasne i wyraźne.
[a]- Co dokładnie się z nim dzieje, jakie ma podstawy, żeby tak myśleć? To wzięło się znikąd, pierwszy raz, czy kiedyś też tak było? To może być to samo, co u waszego ojca? - Zapytał, starając się zrozumieć sytuację i jednocześnie odłożyć na bok swoje własne zmartwienia na chwilę.