Cornelius stał na nabrzeżu w Devon, zaciśnięty w ramionach chłodnego wiatru, ściskającego także jego gardło, patrzył na morze, gdzie łodzie kołysały się na falach. Mocny wiatr huczał w jego uszach, a fale uderzały o brzeg z nieustępliwą siłą. Powietrze miało w sobie coś lodowatego, niemalże nieprzyjemnego, ale mężczyzna nie zwracał uwagi na warunki atmosferyczne. Był zbyt pochłonięty swoimi myślami, zbyt zaabsorbowany nadchodzącym spotkaniem z Ambroise’em. Nie widzieli się od kilku tygodni, od momentu, gdy Cornelius stracił swoją żonę. To wydarzenie zmieniło wszystko, a w jego sercu zagościła pustka, której nie potrafił wypełnić. Mimo, że majowy dzień był ładny, słońce świeciło jasno, a niebo miało odcień błękitu, on nie potrafił cieszyć się tym widokiem. Czasami zastanawiał się, czy kiedykolwiek jeszcze mógł poczuć radość. W powietrzu czuł tylko chłód i osamotnienie. Miał w sobie mnóstwo emocji, ale żadna z nich nie była radością. Po śmierci żony, pustka, którą pozostawiła, zdawała się wypełniać jego życie coraz bardziej i bardziej. Nie potrafił się odnaleźć w codzienności. Wszędzie widział jej ślad, na książkach, które leżały otwarte na stoliku, w zaschniętych kwiatach w wazonie w sypialni, na ubraniach, których nie zdążył jeszcze posegregować. Każdy zakątek ich wspólnego mieszkaniu przypominał mu o chwili, gdy jeszcze wszystko wydawało się normalne, a ich plany na przyszłość były pełne nadziei. Musiał wyrwać się z Londynu, Devon wydawało się naturalnym krokiem, bo spędził tu część młodości.
Otulił się mocniej płaszczem, kiedy wiatr znów zawiał, przynosząc ze sobą chłód, który wdzierał się pod skórę. Spojrzał na wskazówki zegarka, obserwując ruch po tarczy, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego czas działał inaczej, odkąd stracił Amandę. Każda minuta przeciągała się do absurdu. Zimny wiatr smagał jego twarz, mężczyzna zaciągnął się głęboko powietrzem, próbując znieść ten nieprzyjemny chłód, który zdawał się być odbiciem jego wewnętrznego stanu. Patrzył na przechodniów po drugiej stronie deptaku, którzy z uśmiechem na twarzy spieszyli gdzieś, ignorując jego obecność, bo było za zimno na kąpiel, więc nikt nawet nie patrzył w kierunku plaży, nie na dłużej niż na kilka sekund. Czuł się jakby był w innym świecie, w którym radość i beztroska istniały daleko od niego. Nieszczęście, które spadło na niego kilka tygodni temu, wykluczyło go z normalnego życia.
Cornelius spojrzał w stronę horyzontu, gdzie morze łączyło się z niebem. Czekał. Czekał na przyjaciela, którego nie miał teraz ochoty widzieć, a jednak wiedział, że to spotkanie jest konieczne. Cornelius wciąż pamiętał, jak kilka dni temu, w przygnębiającej atmosferze, Geraldine odwiedziła go po długiej nieobecności. Od tego momentu był świadomy, że drugie z kolei spotkanie też musiało nadejść. Faktycznie, kilka dni później Ambroise napisał do niego list, w którym zaproponował spotkanie. Był to moment, na który Cornelius czekał z niepokojem i niechęcią zarazem. Z jednej strony pragnął usłyszeć głos przyjaciela, z drugiej zaś, złościł się na niego za jego wybory. Musiał zrozumieć, co się wydarzyło w ich życiu, a także to, co wydarzyło się między nimi. I choć czuł złość, w głębi serca wciąż pragnął, aby ich przyjaźń przetrwała, dokładnie tak, jak w przypadku jego i Yaxley, nawet, jeśli już nie mogli mówić o „ich czwórce” ani nawet o „ich trojgu” ze względu na decyzje będące poza jego kontrolą.
Zatopiony w swoich myślach, stał nieruchomo, aż wiatr znów uderzył w jego twarz, przynosząc mu odrobinę słono wilgotnego chłodu, który mogło przynieść tylko morze. Cornelius wciągnął głęboko powietrze, próbując odgonić czarne myśli. Mimo gniewu, który tlił się w jego sercu, czuł, że potrzebował tej relacji. W końcu, w obliczu straty, czyż nie powinno się pielęgnować tego, co pozostało? Chyba tak.