Ameryka wiedziała już lepiej - nekromancja nie była zbrodnią. Nie w całym swoim szerokim zastosowaniu. Być może udostępnianie jej tłumom nadal nie było najlepszym pomysłem. Ludzie robili głupoty, bo wydawało im się, że wiedzą, co robią. Kiedy coś było zakazane, szersze pole ludzi miało... węższy zasięg. Niektórzy się bali konsekwencji, inni nie mogli znaleźć źródeł nauki. I tak to się ciągnęło. Zaraz możemy powędrować w drugą stronę - że zakazane owoce smakują najlepiej. Och tak, o tym wiedziałeś doskonale - sam mógłbyś być nauczycielem. O tym i o tym, jak miłość do złota, błyskotek i piękna rujnowała życie. Niestety dziedziczne obciążenie nie pozwalało przestać zachwycać się tym, co naprawdę lśniło. Nie pozwalało poddać się nawet tam, gdzie walka wydawała się z góry przegrana.
- Na dobry początek o tym. - Plany były przecież takie wielkie! Motywacja zaś wcale nie spadała, pomimo tego, jak ta walka się przeciągała już na... miesiące! A problem Doliny Godryka wcale nie znikał. Przez moment wpatrywał się w Anthony'ego, zastanawiając się, czy to prowokacja, to jego wypowiedziane zdanie, zaczepka, czy może zachęcenie do spowiedzi świętej przed jego majestatem. Och, z całą pewnością nie brakowało tych, którzy składali przed nim modły. Nie brakowało mu niczego, aby odbierać mu tytuł Króla Londynu. - Nie wie Pan o zagrożeniach z Doliny Godryka? - Dało się w ogóle o tym nie wiedzieć? Może jak się przegapiło jedno czy dwa wydania Proroka Codziennego... W zasadzie Laurent sam nie był w stanie nadążyć za wszystkimi wydarzeniami tego kraju. Być może Dolina po prostu nie interesowała pana Shafiqa. Tutaj jednak następowało kolejne grząskie pole. Przecież gdyby się zaczął wypowiadać teraz szeroko o patronusie mógłby zostać posądzony o zainteresowanie wiedzą zakazaną. Słusznie. Nie znaczyło to, że tę słuszność chciał wykładać. - Zaklęcie to odstrasza nie tylko dementorów. Istoty im podobne właśnie sieją terror w Dolinie. - O tym akurat wiedziało niewiele osób. Chyba tylko ci zainteresowani magicznymi istotami... albo czarną magią. - Aurorzy muszą posługiwać się tym zaklęciem, tymczasem w każdej chwili ktoś może ich podać do sądu. I wygrać sprawę. Nawet jeśli robili to w ochronie życia. - Dopowiadanie tutaj, że to tworzyło dysbalans prawny nie musiało przecież zabrzmieć, tak? To, że ktoś mógł to wykorzystać, żeby pozbyć się niewygodnych aurorów. Albo to, że ludzie tam mieszkający nie mogli nawet próbować się bronić. - Być może nie każdy jest w stanie wyczarować silnego patronusa. Ale wystarczy chociaż jedna osoba, której uratuje to życie. O to warto walczyć. - Niezależnie od tego, co myślał o tym Shafiq. Tylko czy każde życie warto chronić..? Kiedyś Laurent powiedziałby, że tak. Dzisiaj powiedziałby... też, że tak... tylko wcale nie byłby co do tego przekonany. Więc i odpowiedź przyszłaby później, bardziej opieszała.
- Być może dziwić nie przestają, ale przecież działanie jest jasne. - Dla takich, jak Pan. Jak ja. Jak wszyscy, którzy wiedzieli, co powiedzieć, żeby zaskarbić sobie sympatię tłumów. - Można wierzyć w Boga, Matkę, albo Nimue. Można też wierzyć w człowieka. Nie ma religii bez krwi na rękach. Nie ma tłumów, które nie uwierzyłyby w słuszność wojny, obwieszczonej płomiennym przemówieniem. - A wystarczy nadal tylko to - wiedzieć, czego ludzie pożądają. Jak działa społeczeństwo. Czego potrzeba przeciętnej Julii i przeciętnemu Braianowi. - Wybór własnej wygody zbliża nas do wywołanych socjopatów. - Uśmiechnął się delikatnie, z zainteresowaniem badając to zamyślenie, jakby Shafiq się zamyślił. Jakby właśnie w tym momencie jakaś decyzja szarpała jego sercem, wbijała się w nie powoli. I ta strzała wcale go nie bolała. Była witana jak przyjaciółka, której od dawna potrzebował. - Oczywiście. - Nabrał odrobiny podejrzliwości przy tym pytaniu, ale nie okazał tego. Biały wąż o łuskach mieniących się barwami tego świata wystawił swój czujny język i naprężył ciało. - Nawet o tych bardziej drastycznych... - Przesunął wzrokiem po twarzy Shafiqa, na jego szyję, ramiona, ale zaraz wrócił do kontaktu wzrokowego. Co mu chodzi po głowie? - Mam jednak przeczucie, że i tak jestem krok za panem.