23.01.2025, 20:03 ✶
Nie była dobra w wyrażaniu emocji w poprawny sposób, w taki, aby było to zarówno zdrowe dla niej, jak i nieszkodliwe dla adresata. Nie potrafiła znaleźć złotego środka, więc stała tam niesamowicie spięta, marszcząc nos w niezarejestrowanej jeszcze przez świadomość frustracji, wodząc spojrzeniem po całej osobie Charliego, jakby miała się w ten sposób doszukać przyczyny.
Nie była sprytna, ale nie była też głupia. Wiedziała, jakie plotki krążą o jej rodzinie, zdawała sobie sprawę, że nazwisko Greyback jest tożsame ze słowem wilkołak. A jednak spychała to gdzieś na granicę podświadomości, bo rodzinę uważała za nierozwiązywalny problem, którego ani nie mogła się pozbyć, ani nie mogła stać się częścią. Była przecież wyjątkiem potwierdzającym regułę, białym kaczątkiem na tle tych czarnych od plugawej magii. Wolała więc nie musieć nigdy adresować kwestii likantropii, bo kiedy ją ignorowała, prawie wierzyła, że kłopot nie istniał.
- Nie jestem - powtórzyła raz jeszcze, żeby umieścić ten koncept w głowie Charliego na stałe. Nie robiła tego ze wstydu, bo wilkołactwo to nie trąd, nie musiałaby przecież unikać ludzi jak parszywy potwór, ale ostatnie czego chciała, to mylny obraz własnej osoby w jego głowie. - Kiedy otworzyło się moje trzecie oko, wiele innych dróg się równocześnie zamknęło - dodała gwoli wyjaśnień, czemu rodzinna klątwa nie pogrążyła również jej. Musiała przyznać, że dalej nie wiedziała, czy to błogosławieństwo czy przekleństwo.
Wyraz twarzy Scylli złagodniał jednak, kiedy usłyszała dalszą część wyjaśnień. Nie była pewna, czy Charles nie miał jakichś złych intencji, próbując się malować jako wyrozumiały bohater, ale nie mogła odmówić, że sam fakt chęci zrozumienia był miły. Było to zdecydowanie o wiele więcej, niż zwykle otrzymywała od ludzi, więc nie mogła mieć mu za złe podjęcia próby. Westchnęła z ciężkością, splatając ze sobą własne ręce. Nie wiedziała, od której strony to ugryźć.
- Cóż... tak, znaczna część osób z tym nazwiskiem to wilkołaki, ale nie ja. Ja zawsze byłam odmieńcem, nawet wśród przeklętych - powiedziała to z dziwnym wyrzutem w głosie, jakby nadal nie wybaczyła komuś, że jest, jaka jest. Może sobie, może losowi. Może matce. - Następnym razem, proszę, zapytaj najpierw mnie. Nie okłamię cię, nie potrafię. - Uśmiechnęła się wręcz zawstydzona faktem, że nie potrafiła oszukiwać, a potem oplotła się ramionami. Dotarło do niej, że znowu namalował sobie mylny obraz jej osoby, ale znowu to nie była do końca jego wina, bo przecież obiecała ostatnim razem, że sama naniesie poprawki, a pozostawała enigmatyczna na temat własnej osoby.
- Nie wiem, co chciałam usłyszeć. Spodziewałam się jakiejś dziwacznej wymówki, która pozwoliłaby ci się wykręcić z naszej znajomości. - Wzruszyła ramionami, jakby zdarzyło się to wielokrotnie. - Zwykle ludzie mówią mi, że muszą ze mną porozmawiać właśnie wtedy, kiedy mają dla mnie przykre wieści. Skargę lub odmowę. -
Nie była sprytna, ale nie była też głupia. Wiedziała, jakie plotki krążą o jej rodzinie, zdawała sobie sprawę, że nazwisko Greyback jest tożsame ze słowem wilkołak. A jednak spychała to gdzieś na granicę podświadomości, bo rodzinę uważała za nierozwiązywalny problem, którego ani nie mogła się pozbyć, ani nie mogła stać się częścią. Była przecież wyjątkiem potwierdzającym regułę, białym kaczątkiem na tle tych czarnych od plugawej magii. Wolała więc nie musieć nigdy adresować kwestii likantropii, bo kiedy ją ignorowała, prawie wierzyła, że kłopot nie istniał.
- Nie jestem - powtórzyła raz jeszcze, żeby umieścić ten koncept w głowie Charliego na stałe. Nie robiła tego ze wstydu, bo wilkołactwo to nie trąd, nie musiałaby przecież unikać ludzi jak parszywy potwór, ale ostatnie czego chciała, to mylny obraz własnej osoby w jego głowie. - Kiedy otworzyło się moje trzecie oko, wiele innych dróg się równocześnie zamknęło - dodała gwoli wyjaśnień, czemu rodzinna klątwa nie pogrążyła również jej. Musiała przyznać, że dalej nie wiedziała, czy to błogosławieństwo czy przekleństwo.
Wyraz twarzy Scylli złagodniał jednak, kiedy usłyszała dalszą część wyjaśnień. Nie była pewna, czy Charles nie miał jakichś złych intencji, próbując się malować jako wyrozumiały bohater, ale nie mogła odmówić, że sam fakt chęci zrozumienia był miły. Było to zdecydowanie o wiele więcej, niż zwykle otrzymywała od ludzi, więc nie mogła mieć mu za złe podjęcia próby. Westchnęła z ciężkością, splatając ze sobą własne ręce. Nie wiedziała, od której strony to ugryźć.
- Cóż... tak, znaczna część osób z tym nazwiskiem to wilkołaki, ale nie ja. Ja zawsze byłam odmieńcem, nawet wśród przeklętych - powiedziała to z dziwnym wyrzutem w głosie, jakby nadal nie wybaczyła komuś, że jest, jaka jest. Może sobie, może losowi. Może matce. - Następnym razem, proszę, zapytaj najpierw mnie. Nie okłamię cię, nie potrafię. - Uśmiechnęła się wręcz zawstydzona faktem, że nie potrafiła oszukiwać, a potem oplotła się ramionami. Dotarło do niej, że znowu namalował sobie mylny obraz jej osoby, ale znowu to nie była do końca jego wina, bo przecież obiecała ostatnim razem, że sama naniesie poprawki, a pozostawała enigmatyczna na temat własnej osoby.
- Nie wiem, co chciałam usłyszeć. Spodziewałam się jakiejś dziwacznej wymówki, która pozwoliłaby ci się wykręcić z naszej znajomości. - Wzruszyła ramionami, jakby zdarzyło się to wielokrotnie. - Zwykle ludzie mówią mi, że muszą ze mną porozmawiać właśnie wtedy, kiedy mają dla mnie przykre wieści. Skargę lub odmowę. -
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga