Potrafił poniżyć się, uwłaczyć sobie na tak wiele różnych sposobów. Oh, tracą na wartości, bo kiepsko przy nich wyglądam? I przez to jak źle czuł się przez ostatnie tygodnie, naprawdę przeszło mu przez myśl, żeby nie pozostawić tych chorych myśli głuchej ciszy. Ale nie mógł tego zrobić, prawda? Tak samo jak nie mógł zauważyć głośno, że te tajniki fizyki, o których mówił Laurent, wcale nie były tak wesołe. Po pierwsze - to były żarty opowiadane komuś innemu, a Crow próbował te dwa światy wyraźnie rozdzielić. Po drugie - oboje przyznali się sobie do smutnych wspomnień. Laurent do bycia wykorzystywanym wbrew własnej woli. Crow do tego, że ta wola bardzo szybko zmieniała się na niekorzyść jego wierności. Tak, faktycznie. Tracił na oporze, kiedy tylko ktoś naparł na niego, przypominając mu, jak łatwo było wsadzić rękę do cudzych spodni i dać mu to, czego chciał. Oboje chcieli? Bo to tak działało, prawda? Faktycznie, najważniejsze prawo fizyki.
Nie mógł tego zrobić.
Żadnych złych słów. Żadnego zbaczania na tematy, które mogłyby ich poróżnić.
Bo naprawdę chciał, żeby ten dzień był idealny, nawet kiedy wzbierało się w nim napięcie. Nie kłamał mówiąc, że porywczość była na stałe wpisana w repertuar jego przykrych zachowań i ta porywczość nie opuściła go tylko dlatego, że coś sobie postanowił. Frustracja już tliła się gdzieś w środku. Zaczynał się gotować, ale przykrył prawdę pokrywką i zamierzał to dusić. Na pewno było warto - pokazać swoją kochającą, delikatną stronę, zamiast tej, która miała ochotę rzucać butelkami z benzyną w te nieruchomości i obrazy każdego, kto go wkurwiał. Jego delikatna, kochająca strona była wciąż czymś, co uchroniło go od stania się kolejną z wielu ofiar protestów. Każda rewolucja zbierała swoje żniwa, a on miał charakter typowego wykonawcy.
- Muszę być naprawdę dobrym złodziejem - jego uśmiech się poszerzył. - Ukradłem najśliczniejszą i najmądrzejszą perełkę Prewettów, teraz jeszcze kradnę blask wszystkich dzieł sztuki. - Zmrużył oczy, wpatrując się w niego. I co ty z tym zrobisz, Laurencie? Wyglądał na tak dumnego z siebie, tak szczęśliwego... Jak mógłby... Zgasić to światło, które przed nim siedziało? Srak. Mógłby to zrobić. Cios nożem bolał i zostawiał po sobie szkaradne blizny, nawet jeżeli nie zniszczył kogoś zupełnie, ale cios słowem nie był wcale gorszy. Potrafiłby jednym zdaniem zgasić te iskry w jasnoszarych tęczówkach. A może i nie zdaniem. Czasami wystarczyły miny. Jego twarz nie wyrażała teraz dużo wiele poza uznaniem i miękkością, ale gdyby ściągnąć ku sobie brwi...
- Laurent... - wydał z siebie krótkie mhm - schlebia mi to, co dla mnie robisz...
Nic poza tym. Nie pojawiło się dziękuję, ale zwerbalizował wreszcie wdzięczność za to, że ktoś coś dla niego kupował, myślał o nim, uczył się go. Bo to wcale nie było takie oczywiste.
Nie mógł tego zrobić.
Żadnych złych słów. Żadnego zbaczania na tematy, które mogłyby ich poróżnić.
Bo naprawdę chciał, żeby ten dzień był idealny, nawet kiedy wzbierało się w nim napięcie. Nie kłamał mówiąc, że porywczość była na stałe wpisana w repertuar jego przykrych zachowań i ta porywczość nie opuściła go tylko dlatego, że coś sobie postanowił. Frustracja już tliła się gdzieś w środku. Zaczynał się gotować, ale przykrył prawdę pokrywką i zamierzał to dusić. Na pewno było warto - pokazać swoją kochającą, delikatną stronę, zamiast tej, która miała ochotę rzucać butelkami z benzyną w te nieruchomości i obrazy każdego, kto go wkurwiał. Jego delikatna, kochająca strona była wciąż czymś, co uchroniło go od stania się kolejną z wielu ofiar protestów. Każda rewolucja zbierała swoje żniwa, a on miał charakter typowego wykonawcy.
- Muszę być naprawdę dobrym złodziejem - jego uśmiech się poszerzył. - Ukradłem najśliczniejszą i najmądrzejszą perełkę Prewettów, teraz jeszcze kradnę blask wszystkich dzieł sztuki. - Zmrużył oczy, wpatrując się w niego. I co ty z tym zrobisz, Laurencie? Wyglądał na tak dumnego z siebie, tak szczęśliwego... Jak mógłby... Zgasić to światło, które przed nim siedziało? Srak. Mógłby to zrobić. Cios nożem bolał i zostawiał po sobie szkaradne blizny, nawet jeżeli nie zniszczył kogoś zupełnie, ale cios słowem nie był wcale gorszy. Potrafiłby jednym zdaniem zgasić te iskry w jasnoszarych tęczówkach. A może i nie zdaniem. Czasami wystarczyły miny. Jego twarz nie wyrażała teraz dużo wiele poza uznaniem i miękkością, ale gdyby ściągnąć ku sobie brwi...
- Laurent... - wydał z siebie krótkie mhm - schlebia mi to, co dla mnie robisz...
Nic poza tym. Nie pojawiło się dziękuję, ale zwerbalizował wreszcie wdzięczność za to, że ktoś coś dla niego kupował, myślał o nim, uczył się go. Bo to wcale nie było takie oczywiste.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.