24.01.2025, 22:07 ✶
Opowieść o kobiecie zsuniętej w cień mężczyzny, funkcjonującej w patriarchalnym modelu, nie była Philomenie obca. Przeżyła tę historię w jeszcze czystszej formie niż Scarlett. Nie uczyniło jej to bynajmniej orędowniczką feminizmu. Jedyną bowiem osobą, za którą Mulciberowa wstawiała się niezależnie od okoliczności, była ona sama. Nauczyła się funkcjonować w miejscu, w którym ustawił ją los; pokierowała nim tak, aby wyjść na swoje. Alexander był panem z pozoru, żyła przesłonięta nim, lecz zawsze dostrzegała, jak żałosnym, nieszczęśliwym był człowiekiem. Spętany swoimi kompleksami i obsesją wielkości, gdy ona wyszła poza to: Philomena Mulciber była silna swoją godnością. Nawet gdy musiała schylić przed kimś karku, patrzyła na niego z kpiną, pogardą i wyższością.
Mimo że wcale nie zawsze miała rację. Mimo że nie zawsze wygrywała. Mimo że nie nad wszystkim miała kontrolę. Zawsze potrafiła wyglądać tak, jakby święciła triumfy.
— Byle nie twojej krwi. — Dodawać nie trzeba, że jedyna krew, jaka winna być przelana, to naturalnie krew ich wrogów oraz ta z mugolskimi dodatkami. — Słusznie, praktyczność jest ponadczasowa, nie wychodzi z ceny.
Obserwowała dziewczę uważnie, a obserwacje owe wzbudziły w staruszce pewne rozczulenie młodzieńczym brakiem doświadczenia i tą dopiero kiełkującą, choć już wyraźnie widoczną siłą. Tyle było w Scarlett potencjału, który czekał na oszlifowanie — zarówno przez czas, jak i odpowiedniego przewodnika. Dziewczyna starała się, okazywała szacunek i pewną przebiegłość, choć jeszcze nie dość ich było, aby oszukać starą wilczycę.
— W rzeczy samej, d o z g o n n ą. — Zaśmiała się, gdy trafiła do niej kąśliwa uwaga młodej czarownicy. — Na to za późno. Zgon mój małżonek ma już za sobą.
Gdy Scarlett złożyła swoje skromne dyspozycje podwieczorkowe, Philomena nikogo w widoczny sposób nie wezwała. Kamerdyner wślizgnął się do pomieszczenia sam, gdzieś między słowami, jakby przysłuchiwał się dyskusji, czekając na swój moment. Na srebrnej tacy wniósł imbryk parującej herbaty oraz piętrową paterę ciast i ciasteczek. Napełnił świeżą filiżankę i postawił ją przed gościem, nie czyniąc przy tym nieomal żadnego szczęku, a następnie uzupełnił tę swojej chlebodawczyni. Pozostawił ciasta, talerzyki oraz imbryk, po czym zniknął równie dyskretnie, jak się pojawił. Jeszcze nim drzwi się za nim zamknęły, Mulciberowa podjęła nowy temat:
— Wiedz, że doceniam starania, które czynisz od momentu przekroczenia moich progów. Język, pochlebstwa, to potężna broń w zjednywaniu sobie ludzi, szczególnie w rękach pięknej kobiety. — W tych pierwszych słowach słychać było rzeczywiście uznanie, lecz poprzedzały one jedynie część właściwą, wypowiedzianą w tonie surowej nagany. — Nie rób tego jednakże w stosunku do mnie. Pochwalam próbę, owszem, lecz nie staraj się mnie więcej mamić na siłę wyszukanymi słówkami. Chcę poznać moją prawnuczkę, nie to, co uważasz, że chciałabym zobaczyć. Okażesz więcej szacunku, będąc prawdziwą. Opowiedz mi zatem, kim jest Scarlett Mulciber, moja droga, bez obaw. Jakich wartości cię nauczono? Czym jesteś mocna? Czego chcesz od życia?
Stara Mulciberowa nie była w prawie oceniać rodziców zaburzających swoje dzieci. Jej własne wysiłki wychowawcze pozostawiały wiele do życzenia i synowie zapewne nie utytułowaliby jej najcudowniejszą mamusią pod słońcem. Wierzyła w dyscyplinę, zasady i hart ducha, nie akceptowała płaczu i grymaszenia, karała nieposłuszeństwo. Nie wyszli spod tej ręki najzdrowsi członkowie społeczeństwa.
Ściągnęła więc tylko brwi, pogłębiając tym grymasem zmarszczki na swoim czole, ale nie posunęła się do bezpośredniego wyrażenia niezadowolenia.
— Liczę, że ojciec wpoił wam za cenę tych zaburzeń wartościowe cnoty, nie zaś na marne straumatyzował, li dla zasady. — Oddała Richardowi ten kredyt zaufania. Kobieta uniosła filiżankę do ust, po czym, wziąwszy drobny łyczek naparu, pokręciła głową. Po raz pierwszy z tak jawną i ostrą dezaprobatą. — Słyszałam o twoim bracie, lecz nie miałam jeszcze okazji z nim mówić. Wszyscy o nim słyszeli, jak się obawiam.
Skandal wywołał w niej głęboki niesmak, nie kryła tego. Zdawała sobie sprawę, że podobne wybryki i głupstwa towarzyszą młodości, lecz nie łagodziło to jej oceny. Młodzieńcem należało w pewnym momencie przestać być i ojciec winien był to synowi uświadomić z całą stanowczością.
Mimo że wcale nie zawsze miała rację. Mimo że nie zawsze wygrywała. Mimo że nie nad wszystkim miała kontrolę. Zawsze potrafiła wyglądać tak, jakby święciła triumfy.
— Byle nie twojej krwi. — Dodawać nie trzeba, że jedyna krew, jaka winna być przelana, to naturalnie krew ich wrogów oraz ta z mugolskimi dodatkami. — Słusznie, praktyczność jest ponadczasowa, nie wychodzi z ceny.
Obserwowała dziewczę uważnie, a obserwacje owe wzbudziły w staruszce pewne rozczulenie młodzieńczym brakiem doświadczenia i tą dopiero kiełkującą, choć już wyraźnie widoczną siłą. Tyle było w Scarlett potencjału, który czekał na oszlifowanie — zarówno przez czas, jak i odpowiedniego przewodnika. Dziewczyna starała się, okazywała szacunek i pewną przebiegłość, choć jeszcze nie dość ich było, aby oszukać starą wilczycę.
— W rzeczy samej, d o z g o n n ą. — Zaśmiała się, gdy trafiła do niej kąśliwa uwaga młodej czarownicy. — Na to za późno. Zgon mój małżonek ma już za sobą.
Gdy Scarlett złożyła swoje skromne dyspozycje podwieczorkowe, Philomena nikogo w widoczny sposób nie wezwała. Kamerdyner wślizgnął się do pomieszczenia sam, gdzieś między słowami, jakby przysłuchiwał się dyskusji, czekając na swój moment. Na srebrnej tacy wniósł imbryk parującej herbaty oraz piętrową paterę ciast i ciasteczek. Napełnił świeżą filiżankę i postawił ją przed gościem, nie czyniąc przy tym nieomal żadnego szczęku, a następnie uzupełnił tę swojej chlebodawczyni. Pozostawił ciasta, talerzyki oraz imbryk, po czym zniknął równie dyskretnie, jak się pojawił. Jeszcze nim drzwi się za nim zamknęły, Mulciberowa podjęła nowy temat:
— Wiedz, że doceniam starania, które czynisz od momentu przekroczenia moich progów. Język, pochlebstwa, to potężna broń w zjednywaniu sobie ludzi, szczególnie w rękach pięknej kobiety. — W tych pierwszych słowach słychać było rzeczywiście uznanie, lecz poprzedzały one jedynie część właściwą, wypowiedzianą w tonie surowej nagany. — Nie rób tego jednakże w stosunku do mnie. Pochwalam próbę, owszem, lecz nie staraj się mnie więcej mamić na siłę wyszukanymi słówkami. Chcę poznać moją prawnuczkę, nie to, co uważasz, że chciałabym zobaczyć. Okażesz więcej szacunku, będąc prawdziwą. Opowiedz mi zatem, kim jest Scarlett Mulciber, moja droga, bez obaw. Jakich wartości cię nauczono? Czym jesteś mocna? Czego chcesz od życia?
Stara Mulciberowa nie była w prawie oceniać rodziców zaburzających swoje dzieci. Jej własne wysiłki wychowawcze pozostawiały wiele do życzenia i synowie zapewne nie utytułowaliby jej najcudowniejszą mamusią pod słońcem. Wierzyła w dyscyplinę, zasady i hart ducha, nie akceptowała płaczu i grymaszenia, karała nieposłuszeństwo. Nie wyszli spod tej ręki najzdrowsi członkowie społeczeństwa.
Ściągnęła więc tylko brwi, pogłębiając tym grymasem zmarszczki na swoim czole, ale nie posunęła się do bezpośredniego wyrażenia niezadowolenia.
— Liczę, że ojciec wpoił wam za cenę tych zaburzeń wartościowe cnoty, nie zaś na marne straumatyzował, li dla zasady. — Oddała Richardowi ten kredyt zaufania. Kobieta uniosła filiżankę do ust, po czym, wziąwszy drobny łyczek naparu, pokręciła głową. Po raz pierwszy z tak jawną i ostrą dezaprobatą. — Słyszałam o twoim bracie, lecz nie miałam jeszcze okazji z nim mówić. Wszyscy o nim słyszeli, jak się obawiam.
Skandal wywołał w niej głęboki niesmak, nie kryła tego. Zdawała sobie sprawę, że podobne wybryki i głupstwa towarzyszą młodości, lecz nie łagodziło to jej oceny. Młodzieńcem należało w pewnym momencie przestać być i ojciec winien był to synowi uświadomić z całą stanowczością.
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia