Te wszystkie smutne rzeczy, Dante, pieniądze, Śmierciożercy, te traumy i przeszkody - wszystko to zostało za drzwiami. Po której stronie? Tam, zamknięte w domu, z którego zniknęli, czy może na ulicy, za szybami restauracji z magicznie rosnącymi roślinami? Gdyby nie to, jak nie mógł się napatrzeć na człowieka przed sobą to właśnie spoglądałby na te rośliny z ciekawością i próbował odgadnąć, co to za gatunek. Zagadałby kelnerkę, może by wiedziała? Podpytał o tę herbatę. Miał okazję podobną oglądać, ale przecież ta była wyjątkowa, tak? Coś podobnego pokazywała mu Olivia - ta sama postać, dzięki której udało się zdobyć wszystkie te wszystkie tajemnicze przedmioty, które czekały na Flynna z rana. No, nie wszystkie. Poza tym, co kazał uszyć krawcowi... Matko, błogosław Migotka, który zdjął miary z ubrań czarnowłosego. I to jak sprawnie.
Zachichotał, przymykając przy tym oczy, unosząc dłoń ze zgiętymi palcami przed usta, jakby był jakikolwiek powód do tego, by pruderyjność wychodziła tutaj na wierzch. Nie było. I nawet nie było to też celowe udawanie czegokolwiek. Raczej odruch, kiedy roztapiał się w tej słodyczy, bo nawet słowa, których użył Flynn brzmiały jak wyjęte z pudełka jego zwyczajności. Było po prostu dobrze. Niebo mogły przecinać chmury, ale chwila była dla niego bezchmurna. O..? Na pewno..? A ta jedna chmurka..? Jeszcze biała, chociaż powinna być czarna jak węgiel. Dokładnie tak, jak te loki przywodzące na myśl wymyślne ornamenty wyrzeźbione na dachu Kaplicy Sykstyńskiej. Coś świętego w całym grzechu, które jasne oczy mogły podziwiać. Chmurka... Bo przecież nagle wydawało się, że coś jest nie tak. Bo Flynn był... prawie jakby nie był sobą.
- Bez przesady, panie Bell... - Spojrzał na chwilę na ten piękny kwiat, jak herbata już miała swój kolor. Oparł na nim palce, by poczuć to przyjemne ciepło. Mimo, że mówił o przesadzie i chwilę przeciągnął kontynuację tej wypowiedzi, to nadal utrzymane było w żartobliwym tonie. - Przynajmniej z tą inteligencją. Chwałę syreniego piękna zgarniam dla siebie, niechaj wiły mi pozazdroszczą. - Sam lekko przesunął nogą o nogę Flynna, rzucając mu spojrzenie spod rzęs. Sięgnął w końcu po ucho dzbanka, żeby nalać sobie herbaty - i wzrokiem zapytał, czy Flynnowi nalać również. Ach, Flynn... tak spojrzał na ten stoliczek. Flynn i herbata, hmm... - Przepraszam! - Uniósł lekko rękę po nalaniu tej filiżanki i obejrzał się na kelnerkę. - Mógłbym prosić miód. I łyżeczkę. Dziękuję. - Jakkolwiek dziwne by to nie było w takiej restauracji. A może nie było dziwne wcale? Może byli przyzwyczajeni, że dosładzano tu herbatę? Obrócił się znów do czarnowłosego.
Akurat, żeby kolejny raz dać się zaskoczyć. Schlebia mi, ALE..? To brzmiało, jakby tam miało być jakieś ale. Nie padło jednak. Wpatrywał się w niego przez moment w milczeniu z ciekawością i uwagą.
- Wydajesz się być dzisiaj... inny. - Nie, nie wydawał się. BYŁ inny. Powiedział to łagodnie i spokojnie. Ot - spostrzeżenie. - Cieszę się. Dziękuję, że to powiedziałeś. - Może to było krótkie i proste zdanie, a słowo "schlebia mi" znaczyło nieco więcej niż "lubię to". I jakże było motywujące, żeby starać się dalej.