To nie był łut szczęścia, mogła sobie myśleć, że wyjątkowo wszystko jej dzisiaj wychodziło, ale prawda była taka, że Yaxleyówna poświęciła wiele lat na to, aby faktycznie radzić sobie wyśmienicie podczas takich starć. Jasne, zaczynała raczej od zaklęć, które rzucała w dużej mierze na zwierzęta, ale czasy się zmieniły, więc ona próbowała się dostosować.
Wiele wolnego czasu poświęciła na doszkolenie swoich umiejętności, aktywnie uczestniczyła w spotkaniach klubu pojedynku, nawiązywała tam znajomości i spotykała się z jego członkami po godzinach oficjalnych ćwiczeń. Podchodziła do tego poważnie, zależało jej na tym, aby mieć pewność, że będzie w stanie chociaż stanąć do walki z najróżniejszymi przeciwnikami. Niekoniecznie wygrać, bo nie zawsze wygrywała, ale nie dać się zabić - to było najistotniejsze.
Nie dało się ukryć, że była obyta z różnymi zaklęciami, sięgała po różne metody, niekoniecznie po jedną, właściwie to łączyła wszystko w całość. Kiedy dochodził do tego jej bardzo wysoki poziom aktywności fizycznej, swoją drogą ćwiczony niemalże przez całe życie, mogła się okazać naprawdę twardym orzechem do zgryzienia.[ Była z tego powodu zadowolona, chyba mogła być, wiedziała, że nie jest łatwym przeciwnikiem. Może w ten sposób uda jej się udowodnić Ambroisowi, że potrafi o siebie zadbać, że to raczej jej powinni się bać. Wspominała mu o tym przecież od dawna, tyle, że nigdy tak naprawdę nie dał jej szansy na to, aby w pełni mogła mu zaprezentować to co potrafi.
Jasne, chodzili razem na polowania, właściwie to jako jej chłopak nosił za nią po prostu jej torbę i dotrzymywał towarzystwa, ale to było coś zupełnie innego. Stanęła na przeciwko niego i pokazała na co ją stać, nie hamowała się, błyszczała jak to miała w zwyczaju. Reagowała odruchowo i szybko, widać było, że dosyć często robiła podobne rzeczy, miała w tym doświadczenie.
Bez najmniejszego problemu więc udało jej się odskoczyć nim tylko poruszył różdżką, spodziewała się tego, nie mogła pozwolić sobie na stanie w miejscu, nie w momencie, s którym nie miał skrępowanych rąk. Jasne, powinna była go najpierw rozbroić, ale wtedy zupełnie nie mógłby reagować na jej zaklęcia.
Usłyszała dźwięk, najwyraźniej Ambroise postanowił się ponownie deportować, tyle, że tym razem był skrępowany liną. Nie dowierzała, że to zrobił, tym bardziej że minęła chwila, a on nie pojawił się nigdzie obok. Musiał znaleźć się w okolicy, bo nie spodziewała się, że w takim stanie udałby się gdzieś dalej, rozejrzała się po okolicy, ale nigdzie go nie dostrzegła. Nie miała pojęcia, gdzie wylądował, w sumie czy powinna go szukać? Czy skończyli ten sparing? Zdecydowanie to ona wygrała, była takiego zdania. Patrzyła się chwilę na morze które znajdowało się niedaleko i wzruszyła ramionami sama do siebie. Cóż, jak kocha to wróci? Czy coś...
Postanowiła wejść do domu, i wziąć prysznic, zmyć z siebie zapach lasu i błota, nim weszła do środka wzięła jeszcze w dłoń swój płaszcz.
Gdy tylko weszła do domu zsunęła że stop swoje buty i ruszyła w stronę łazienki, w której zrzuciła z siebie wszystkie ubrania. Od razu weszła pod prysznic, gdzie stała kilka minut. Stwierdziła, że zacznie szukać Roisa jeśli nie wróci za jakieś pół godziny, tyle chyba powinno mu wystarczyć na to, żeby się ogarnąć.