25.01.2025, 18:45 ✶
Uśmiech Crowa momentalnie nabrał innego wyrazu. Był inny? Nie, był taki sam - taki jak zawsze, chociaż ta prawdziwość dnia dzisiejszego mogła wydawać się inna - bo dusił w sobie te wszystkie krzywe zagrywki burzliwej osobowości. Dzisiejszy dzień miał być idealny - więc i on był idealny, dokładnie taki, jakim napisała go Matka, lepiąc go z gliny rzeczywistości i gwiazd i decydując się na to, że przyjdzie na świat w ciepły, sierpniowy dzień, w którego słońcu miał się opalać.
Kim by był, gdyby nie to wszystko? Gdyby nie kochał - byłby trupem - to już zostało powiedziane, ale gdyby... Gdyby go nigdy nie porzucono, tylko dano mu wyrosnąć na tego, kim miał być - czy byłby dobrym człowiekiem? Czy... różniłby się aż tak bardzo od człowieka, którego zaprzysiągł zamordować?
Z pewnością byłby człowiekiem, którego pożądano. Bo to gorąco było dla niego naturalne. Lubił gwiazdy i mówienie o nich, ale gdyby musieć mu przypisać kartę, to jednak byłoby to konkretnie Słońce. Słońce, którego mu na pewnym etapie zabrakło. Nie stworzono go do kąpania się w migotliwym blasku martwych od lat gazowych gigantów, których blask docierał do Ziemi z opóźnieniem - on lubił być blisko, on lubił żar, namiętność. On się wyszczerzył, przechylił twarz w bok i przesunął językiem od kła do kła, pokazując mu wyraźnie, co myślał o czymś tak skromnym i pozornie niewinnym jak zaczepianie się nogami. Myślał o sobie często w podły sposób, częstował się epitetami, jakich by mu nie powiedzieli nawet najwięksi wrogowie, a jednak posiadał w sobie ten element zarozumiałości mówiący, że gdyby chciał, to ten słodki chłopak chcący wprawić w zazdrość leśne widma mącące mężczyznom w głowach, błagałby go o bliskość, owijając ręce wokół jego szyi, wciskając nos w obojczyk, sapiąc i układając mu się wygodniej na kolanach.
Mógłby...
To było dobre słowo. Posiadanie możliwości i wybieranie jednej z nich było czymś, o czym marzył jako dziecko wyjeżdżające do wielkiego miasta za marzeniami. Wybór. Rzadko go miał. Przywykł do wydawania mu poleceń i przyjmowania ich. Ale teraz miał wybór, wybierał i wybrał, że tę historię chciał napisać inaczej - opowieść jego i Laurenta nie miała być streszczana niestosowną bliskością, od której nie da się uciec. Napisał ją z Cainem, z wieloma innymi osobami i nie zamierzał wykorzystywać ponownie tych samych rękopisów w kółko i w kółko. Oczywiście, że go chciał od siebie uzależnić. Laurent Prewett miał niedługo nie wykonać żadnej czynności bez myślenia o nim. Będzie go nawiedzał w snach i na jawie. Całe jego życie będzie kręciło się wokół Crowa. Jednym z fundamentów będzie taki dobry dzień. Dzień, do którego się wraca i uśmiecha.
- Przecież ja nie przesadzam - zamrugał oczami, wyciągając się na tym krześle. Widząc pytające spojrzenie, pokiwał głową twierdząco. - Inny? - Nie mógł teraz skłamać, bo jeżeli odwróci to teraz w jakiś sposób, podważy jego spostrzegawczość, to wyjdzie na fałszywego lub ujmującego jego inteligencji. - A może jednak przesadziłem z flirtem? Nie, nie da się z nim przesadzić. Zasługujesz na każde śliczne słowo, które padnie z moich ust dzisiejszego dnia. I każdego następnego. Chcesz usłyszeć najsłodsze z nich? - Teatralnie powachlował się kartą dań. Nawet jej nie otworzył. Tak naprawdę wybrał już, umawiając to spotkanie. - Oh i jak coś, to powiedziałem im, że lubisz „owoce morza”. - Skinął w kierunku idącej do nich kobiety. Tajka faktycznie zbliżała się, żeby zrealizować rzuconą jej prośbę. Crow nawijał jeden z loków na swój palec, Laurent zaś mógł poczuć tego efekt. Delikatne mrowienie sunące od łydki w górę. Zupełnie jakby ktoś przesuwał po jego ciele paznokciami. Bardzo delikatnie i z wyczuciem, piął się dotykiem coraz wyżej. Za chwilę miało zrobić się niezręcznie.
Kim by był, gdyby nie to wszystko? Gdyby nie kochał - byłby trupem - to już zostało powiedziane, ale gdyby... Gdyby go nigdy nie porzucono, tylko dano mu wyrosnąć na tego, kim miał być - czy byłby dobrym człowiekiem? Czy... różniłby się aż tak bardzo od człowieka, którego zaprzysiągł zamordować?
Z pewnością byłby człowiekiem, którego pożądano. Bo to gorąco było dla niego naturalne. Lubił gwiazdy i mówienie o nich, ale gdyby musieć mu przypisać kartę, to jednak byłoby to konkretnie Słońce. Słońce, którego mu na pewnym etapie zabrakło. Nie stworzono go do kąpania się w migotliwym blasku martwych od lat gazowych gigantów, których blask docierał do Ziemi z opóźnieniem - on lubił być blisko, on lubił żar, namiętność. On się wyszczerzył, przechylił twarz w bok i przesunął językiem od kła do kła, pokazując mu wyraźnie, co myślał o czymś tak skromnym i pozornie niewinnym jak zaczepianie się nogami. Myślał o sobie często w podły sposób, częstował się epitetami, jakich by mu nie powiedzieli nawet najwięksi wrogowie, a jednak posiadał w sobie ten element zarozumiałości mówiący, że gdyby chciał, to ten słodki chłopak chcący wprawić w zazdrość leśne widma mącące mężczyznom w głowach, błagałby go o bliskość, owijając ręce wokół jego szyi, wciskając nos w obojczyk, sapiąc i układając mu się wygodniej na kolanach.
Mógłby...
To było dobre słowo. Posiadanie możliwości i wybieranie jednej z nich było czymś, o czym marzył jako dziecko wyjeżdżające do wielkiego miasta za marzeniami. Wybór. Rzadko go miał. Przywykł do wydawania mu poleceń i przyjmowania ich. Ale teraz miał wybór, wybierał i wybrał, że tę historię chciał napisać inaczej - opowieść jego i Laurenta nie miała być streszczana niestosowną bliskością, od której nie da się uciec. Napisał ją z Cainem, z wieloma innymi osobami i nie zamierzał wykorzystywać ponownie tych samych rękopisów w kółko i w kółko. Oczywiście, że go chciał od siebie uzależnić. Laurent Prewett miał niedługo nie wykonać żadnej czynności bez myślenia o nim. Będzie go nawiedzał w snach i na jawie. Całe jego życie będzie kręciło się wokół Crowa. Jednym z fundamentów będzie taki dobry dzień. Dzień, do którego się wraca i uśmiecha.
- Przecież ja nie przesadzam - zamrugał oczami, wyciągając się na tym krześle. Widząc pytające spojrzenie, pokiwał głową twierdząco. - Inny? - Nie mógł teraz skłamać, bo jeżeli odwróci to teraz w jakiś sposób, podważy jego spostrzegawczość, to wyjdzie na fałszywego lub ujmującego jego inteligencji. - A może jednak przesadziłem z flirtem? Nie, nie da się z nim przesadzić. Zasługujesz na każde śliczne słowo, które padnie z moich ust dzisiejszego dnia. I każdego następnego. Chcesz usłyszeć najsłodsze z nich? - Teatralnie powachlował się kartą dań. Nawet jej nie otworzył. Tak naprawdę wybrał już, umawiając to spotkanie. - Oh i jak coś, to powiedziałem im, że lubisz „owoce morza”. - Skinął w kierunku idącej do nich kobiety. Tajka faktycznie zbliżała się, żeby zrealizować rzuconą jej prośbę. Crow nawijał jeden z loków na swój palec, Laurent zaś mógł poczuć tego efekt. Delikatne mrowienie sunące od łydki w górę. Zupełnie jakby ktoś przesuwał po jego ciele paznokciami. Bardzo delikatnie i z wyczuciem, piął się dotykiem coraz wyżej. Za chwilę miało zrobić się niezręcznie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.