Chciałby być teraz w New Forest. Wziąć z Laurentem nieznośnie długą kąpiel, poczas której chłopak znów byłby zachwycony, że nie musi bać się czyjejś obecności i rąk wędrujących za daleko bez pozwolenia. Chciałby się z nim położyć w czystej, ale znanej sobie pościeli. Pachnącej czystością, krochmalem, nim. Nie potrzebował już nawet seksu, chociaż zawsze używał go jako wspaniałego remedium na wzbierający się w ciele stres. Chciałby się do niego zwyczajnie przytulić. Wypłakać to wszystko co spotkało go przez trzy ostatnie dni. Okropne, paskudne dni, których nie chciał pamiętać. Geraldine prawie go tam zabiła. Chyba... Chyba oszalała już zupełnie, prawda? Laurent miał rację. Ten skończony frajer i... Thoran. Nawet jeżeli Crow na początku mógł mieć jakieś wątpliwości czy trafili do odpowiedniego miejsca, to wspomnienie pokazane mu podczas starcia w jaskini dobitnie utwierdziło go w przekonaniu, że to musiało być jego leże. Scena szarpaniny, kiedy ten oblech wciskał się pomiędzy jego uda i dociskał go do hotelowej kanapy był prawdopodobnie pierwszym razem w jego życiu, kiedy odmówił zbliżenia. Bo Yaxley nie przypominał mu wtedy człowieka, przypominał mu... Zwierzę. Istotę. Niech to nazywają i klasyfikują jak tylko chcą, ale to na pewno nie był brat Geraldine.
Nie powinien stać tu w półmroku, ale nie widział co zrobić. Nie mógł tutaj spać, chciał wrócić do siebie, jednocześnie zbycie Nory liścikiem wydawało się skrajnym skurwysyństwem. Uratowała mu życie. Będzie jej wdzięczny do jego końca. Takich ludzi... Przyjaciół, nie traktowało się w ten sposób. Nie mógł wiecznie uciekać. Był tak cholernie bezużyteczny, ale mógł przynajmniej starać się być dobrym człowiekiem.
Wyczulony słuch zabójcy szybko uświadomił go w tym, że do domu Figgów wszedł ktoś jeszcze. Jednocześnie nie nastroszył się tak bardzo jakby mógł - bo nie mieszkały tutaj tylko Nora i jej córka. Właściwie to nieobecność Thomasa martwiła go odkąd jakkolwiek oprzytomniał. Może dlatego właśnie, kiedy czarodziej przekroczył próg pomieszczenia, brązowe, skrzące się w świetle lampy oczy Crowa rozbłysły jeszcze mocniej, uważnie badając stan jego ciała, mimikę, chód.
- To ty... - powiedział cicho. Jego głos brzmiał teraz bardzo naturalnie, zupełnie jakby mówienie miękkim i ciepłym półszeptem było mu bliższe niż nieprzyjemny, zadziorny ton, jakim posługiwał się w podziemiach. Wyciągnął ku niemu dłoń i przesunął palcami od policzka do obojczyka, trochę jakby chciał upewnić się, że to co widział jest prawdziwe. I wydawało mu się, że takim jest. - Martwiłem się, kiedy cię tu nie zastałem. - Nie rozwodził się nad tym, dlaczego tu jest. - Wszystko ok?
Cieplutki jak rozżarzony węgiel Edge spoglądał na niego z dołu spod woalki grubych, czarnych rzęs. Rozpalona na blacie świeca wydała z siebie dziwny dźwięk, na moment przygaszając i tak ledwo tlące się światło.
Nie powinien stać tu w półmroku, ale nie widział co zrobić. Nie mógł tutaj spać, chciał wrócić do siebie, jednocześnie zbycie Nory liścikiem wydawało się skrajnym skurwysyństwem. Uratowała mu życie. Będzie jej wdzięczny do jego końca. Takich ludzi... Przyjaciół, nie traktowało się w ten sposób. Nie mógł wiecznie uciekać. Był tak cholernie bezużyteczny, ale mógł przynajmniej starać się być dobrym człowiekiem.
Wyczulony słuch zabójcy szybko uświadomił go w tym, że do domu Figgów wszedł ktoś jeszcze. Jednocześnie nie nastroszył się tak bardzo jakby mógł - bo nie mieszkały tutaj tylko Nora i jej córka. Właściwie to nieobecność Thomasa martwiła go odkąd jakkolwiek oprzytomniał. Może dlatego właśnie, kiedy czarodziej przekroczył próg pomieszczenia, brązowe, skrzące się w świetle lampy oczy Crowa rozbłysły jeszcze mocniej, uważnie badając stan jego ciała, mimikę, chód.
- To ty... - powiedział cicho. Jego głos brzmiał teraz bardzo naturalnie, zupełnie jakby mówienie miękkim i ciepłym półszeptem było mu bliższe niż nieprzyjemny, zadziorny ton, jakim posługiwał się w podziemiach. Wyciągnął ku niemu dłoń i przesunął palcami od policzka do obojczyka, trochę jakby chciał upewnić się, że to co widział jest prawdziwe. I wydawało mu się, że takim jest. - Martwiłem się, kiedy cię tu nie zastałem. - Nie rozwodził się nad tym, dlaczego tu jest. - Wszystko ok?
Cieplutki jak rozżarzony węgiel Edge spoglądał na niego z dołu spod woalki grubych, czarnych rzęs. Rozpalona na blacie świeca wydała z siebie dziwny dźwięk, na moment przygaszając i tak ledwo tlące się światło.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.