Spojrzał na nią, znając jej intencje, ale w jego duszy panowała ciemność, która nie chciała ustąpić. Z perspektywy zewnętrznej jego życie wydawało się poukładane. Mieszkanie lśniło czystością, a on sam wyglądał jak człowiek, który zdołał się pozbierać, ale to była iluzja. Skrzat domowy dbał o porządek, podczas gdy Cornelius topniał w morzu swoich myśli. Eliksiry, które zażywał, nie dawały ulgi, a jedynie pozwalały mu na chwilę zapomnieć o tym, co stracił. Wiedział, że nie da się cofnąć czasu ani wymazać wspomnień, które teraz były jak odrażające plamy na jego duszy, ich nowa rzeczywistość przypominała grę w szachy czarodziejów, gdzie każdy ruch miał swoje konsekwencje, tyle tylko, że zamiast pionków, tracili ludzi. Nie mogli przerwać tej rozgrywki, jedynie mogli próbować ją przetrwać, ale to ktoś inny miał ostatni, decydujący ruch w przebiegu gry. Słowa, które padały z jej ust, były jedynie marną próbą dotknięcia tego, co stało się nieosiągalne. Skąd w niej ta naiwna wiara? To były rany, które nigdy się nie zasklepią, a ich ból przerodził się w coś znacznie gorszego, w zgniliznę, która przenikała i ją i jego od środka, przecież widział.
Ironia, w przeciwieństwie do Geraldine, Corio był lekarzem, znał anatomię, wiedział, co kryło się pod skórą, ale nie potrafił zastosować tej wiedzy na sobie, żeby zatrzymać rozkład. Cornelius czuł, jak gnijąca prawda przenikała jego myśli. Nie tylko ciało umierało, dusza również ulegała rozkładowi. Każde wspomnienie o Amandzie było jak krew kapająca na podłogę, nieodwracalne, nie do zatrzymania. I choć Geraldine stała obok, a ich rozmowa powoli toczyła się w stronę kolejnych fraz, próbowali dać sobie spokój, on wiedział, że nikt nie zrozumie tej otchłani, w którą wpadł. Zgnilizna była jego nową rzeczywistością, a on stał się jej więźniem.
Nie mógł się powstrzymać od ironicznego uśmiechu. Większe doświadczenie? Cóż z tego, że był dwukrotnie żonaty? Przez to miał jedynie więcej ran i blizn, które nigdy się nie zagoją. Po Amandzie zostały mu jedynie wspomnienia, piękne, ale bolesne. Cornelius parsknął w myślach. Co to znaczy? Dwie żony, dwie różne historie, obie pełne miłości, a jednak teraz, w obliczu straty, nie czuł się wcale bardziej kompetentny w sprawach sercowych. Wspomnienia o żonie wciąż były żywe, a ich miłość była głęboka i szczera. Teraz, w obliczu utraty, Corio czuł, że jego serce wciąż nosiło jej ślad, a każde wspomnienie sprawiało, że ból był jeszcze intensywniejszy. Myśl o tym, że Ambroise, jego przyjaciel, mógłby być szczęśliwy z Geraldine, a jednocześnie porzucił obietnice i przywiązanie, które wydawały się tak solidne, tylko potęgowała jego frustrację.
Kutass... Po cholerę ciągnęli ten temat? Jego najlepszy przyjaciel, który przez lata gardził stałymi związkami, w końcu znalazł kogoś, w kim się zakochał. Geraldine. I chociaż Cornelius kiedyś myślał, że ich związek to coś trwałego, teraz dostrzegał tylko hipokryzję w tym, jak szybko Ambroise odwrócił się od wszystkiego, co znał. Jak mógł tak łatwo porzucić miłość, którą obiecał pielęgnować, tak samo jak wieloletnią przyjaźń i braterstwo? Jak mógł po prostu odejść, zostawiając Corneliusa i Geraldine w tej pułapce, w której utknęli? Długie rozmowy z Ambroisem, w których ten wyznawał, jak bardzo zakochany był w Geraldine, wydawały się teraz tylko pustymi słowami.
Cornelius nie potrafił tego zrozumieć, a nawet nie chciał, bo wydawało mu się, że miłość to nie tylko uczucie, ale także zobowiązanie, a on zawsze był stały w uczuciach. W tym momencie, z Geraldine naprzeciwko, czuł się jak starzejący się mężczyzna, który stracił wiarę we wszystko. Trzydzieści dwa lata. Wzdechnął głośno, a jego myśli powróciły do czasu, kiedy był szczęśliwy, kochał i był kochany, teraz czuł tylko pustkę. Nie chciał jej tego mówić, powtarzać się, ale wiedział, że ich rozmowy nigdy nie będą tak proste, jak dawniej.
W myślach wracał do momentu, kiedy po raz pierwszy stanął na ślubnym kobiercu, pełen nadziei i marzeń, które w końcu okazały się jedynie iluzją. Dwie żony. Dwie miłości, które nie przetrwały próby śmierci. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego Ambroise, który był gotów skoczyć w ogień za Geraldine, nagle zniknął, zamiast dbać o to, co mu zostało, skoro nadal miał szansę. Dlaczego w obliczu tego, co się stało, jego przyjaciel zdecydował się na ucieczkę? A może to on, Cornelius, był tym, który nie potrafił dostrzec prawdy?
- Wiesz... - Zaczął. - Nawet największe doświadczenie w związkach nie przygotowuje na stratę, która może wywrócić całe życie do góry nogami. - Kontynuował, ale słowa ugrzęzły mu w gardle, nie chciał być tym, który narzekał, nie chciał obarczać Geraldine swoim żalem. Zamiast tego posłał jej wymuszone uśmiech i westchnął. - Może nie ma sensu mówić o związkach, skoro i tak nic już nie ma znaczenia. - Być może jego doświadczenie w związkach nie było niczym więcej, jak tylko serią porażek, które nauczyły go, że miłość była złudzeniem, które zawsze kończyło się bólem.
Lestrange, z ciężarem żalu w sercu, spojrzał na Geraldine, a w jego oczach czaiła się melancholia, gdy przypomniał sobie, jak wiele razy widział ją w towarzystwie jego żony, ich wspólne śmiechy i radości. Teraz, gdy ten mały świat legł w gruzach, musiał zmierzyć się z tym, że nie tylko on poniósł stratę, nawet, jeśli wiele razy czuł się osamotniony w swojej żałobie, i z tym jak trudne było dla niego odnalezienie się w świecie, który nagle stał się obcy. Nadal czuł się zagubiony.
- Wiem, że to, co mówisz, ma sens. Też czuję, jakby wszystko, co znałem, rozpłynęło się w powietrzu. Trudno jest zrozumieć, jak bardzo można się zagubić, nawet wśród ludzi, którzy kiedyś byli tak blisko, zanim się nie pogubi. - Odpowiedział, starając się nadać swojemu głosowi ton wsparcia, niestety, pauza, która nastała, była pełna niewypowiedzianych słów. Nie wszystkie były dobre. - Wyjazd z kraju… Może ten wyjazd pozwoli ci na nowo poczuć wolność, poczuć, że nadal jesteś częścią tego świata, to może być dla ciebie sposób na odetchnięcie, ale pamiętaj, że nie musisz stawiać wszystkiego na jedną kartę, wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. - Cornelius spojrzał na Geraldine, a w jego oczach pojawił się cień smutku, który nigdy do końca nie znikał.
A potem się nawalił...
Cornelius spojrzał na Geraldine z lekkim zmieszaniem, jego myśli wciąż krążyły wokół Amandy, żałoba była ciężkim brzemieniem, a rozmowy o przeszłości wciąż bolały jak otwarte rany. Kiedy stwierdziła, że nie czuła się zawiedziona, poczuł, jakby zrzuciła z niego część odpowiedzialności, która go obciążała.
- Wiesz, Geraldine. - Powiedział, mrużąc oczy na dym unoszący się w powietrzu. Skrzywił się na widok tandetnego produktu, marnej jakości towar, ale potrzebował chwili oddechu, w której mógłby oderwać się od myśli o stracie. Wziął papierosa z papierośnicy, czując, jak jego palce drżały lekko pod wpływem alkoholu. Zmrużył oczy, gdy włożył go do ust i podpalił, bo smak był okropny, ale zaciągnął się dymem, w tej chwili wszystko wydawało się być odległe, a on tego potrzebował. - Czasami... Odchrzaknął. - Czuję się, jakbym mógł coś zrobić, zmienić bieg wydarzeń, nie wiem, może to głupie, ale tak mi się wydaje. Może powinienem był bardziej się zaangażować, ostrzec cię wcześniej. Może wtedy nie musiałabyś przechodzić przez to wszystko. Nie chciałem, żebyś cierpiała. Nie chciałem być kolejnym dupkiem w twoim życiu. - Spojrzał na Yaxley, zaciągając się dymem z papierosa, którego jakość przyprawiała go o lekki grymas. Właściwie to nie obchodziło go, że był fatalny, w chwili takiej jak ta, liczyło się tylko to, że pozwalał mu na chwilowe oderwanie od rzeczywistości. Wciągnął dym, który podrażniał jego płuca, ale jednocześnie przynosił mu pewną ulgę. Zaciągnął się papierosem, czując, jak nikotyna wypełniała jego płuca, choć jakość tytoniu była żałosna. Nie chciał tego przyznać, ale o wiele bardziej szukał teraz wybaczenia dla siebie niż usprawiedliwienia dla innych.
- Wiesz, te papierosy to straszna tandeta. Powinnaś przestawić się na coś lepszego, coś z klasą. Nie zasługujesz na te tanie gówno. - Dodał, zerkając na papierośnicę, którą mu podała. - Roise to… No, dupek. - Uśmiechnął się gorzko, spoglądając na kobietę. Zaciągnął się ponownie, starając się znaleźć w tym wszystkim sens, ale im dłużej o tym myślał, tym bardziej chaotyczne stawały się jego myśli. Przypomniał sobie Amandę, jak uśmiechała się do niego, jak bezwarunkowo kochała ich syna. - Nie zasługuje na twoje myśli ani na twoje wspomnienia. Powinnaś wyrzucić te papierosy do kosza, ogarnąć sobie coś lepszego. Zasługujesz na lepsze rzeczy. Na lepsze papierosy, lepsze życie. Wyrzuć to gówno do kosza, jeśli chcesz palić, to przynajmniej rób to ze stylem. - Obrócił papieros w palcach, spojrzał na jego taniość i zniechęcenie zagościło w jego oczach. - Wiesz, że to gówno, które teraz palimy, nie ma żadnego sensu. Zasługujesz na coś, co naprawdę smakuje. Wiesz, co mówię? Wydaje mi się, że powinnaś znaleźć coś lepszego. Coś, co nie będzie ci przypominać o tych wszystkich pierdolonych rzeczach. - Zaciągnął się papierosem jeszcze raz, a potem spojrzał w jej oczy, skrzywił się na myśl o fatalnej jakości tytoniu, który teraz trzymał w palcach. Nie mógł się powstrzymać przed westchnieniem, gdy przypomniał sobie, jak Amanda zawsze wybierała tylko te najlepsze marki.
Cornelius opierał się o ławę, jego wzrok był rozmyty, a myśli krążyły jak oszalałe. Geraldine mówiła, a on tylko kiwał głową, czując, jak gniew pulsuje w jego żyłach, z trudem przyswajając słowa Geraldine, poczuł, jak gniew i ból mieszają się w jego umyśle. Patrzył na nią, widząc, jak jej oczy błyszczą od emocji i goryczy. Dobrze wiedział, co czuła, bo sam przeżywał coś podobnego, utratę, żałobę, tęsknotę. Ale tym razem nie dotyczyło to tylko jego.
- Geraldine, przestań. - Powiedział, opierając głowę na dłoniach. - Naprawdę nie sądzę, żeby on cię porzucił, bo mu się znudziłaś. To nie ma sensu. Widziałem, jak wygląda ktoś, kto traci zainteresowanie. Zobaczyłem, jak to wygląda, kiedy się kimś znudził, i przyrzekam ci, to nie był ten przypadek. - Zamknął oczy, próbując zebrać myśli, choć alkohol przeszkadzał mu w jasnym myśleniu. - Wiesz, ja go dobrze znam. - Zaczął gestykulować, zdenerwowany, a whisky w szklance lekko się przechyliła.
- Nie ma chuja, że się tobą znudził. Wiesz, co widziałem? Widziałem, jak się zachowywał, gdy był z tobą. Poznałem go na tyle, żeby wiedzieć, że on naprawdę cię kochał. Coś musiało się wydarzyć, bo ten facet nigdy by nie odszedł od kogoś, kogo kochał. To nie jest w jego stylu, ale nie mów mi, że to dlatego, że mu się znudziłaś.
Głos Corio był nieco chropowaty od alkoholu, ale Lestrange starał się być stanowczy.
- Wiesz, że znam Roise'a już dwadzieścia jeden lat? To tyle, ile legalne picie w Stanach, wiesz? A my zaczęliśmy chlać razem od trzynastego roku życia, bo ja miałem talent do podrabiania dokumentów. Już w pociągu, zanim jeszcze dotarliśmy do zamku, wymienialiśmy się spojrzeniami pełnymi nienawiści. On siedział naprzeciwko mnie, z tą swoją przekorną miną, zasrany bufon, a ja nie mogłem się powstrzymać od rzucania w niego wszystkim, co miałem pod ręką. A potem, na ceremonii przydziału, kiedy okazało się, że obaj trafiliśmy do tego samego domu, myślałem, że oszaleję, ja pierdolę, jakby los chciał nas jeszcze bardziej wkurzyć. Mieliśmy wspólny pokój, więc musieliśmy znosić siebie nawzajem, a to była prawdziwa męka. Na początku to się nienawidziliśmy, wszędzie, gdzie poszliśmy, musieliśmy sobie udowadniać, kto jest lepszy. Napierdalanki były na porządku dziennym, nie ma co ukrywać. Zawsze mieliśmy swoje zatargi, a ja miałem ochotę mu przyłożyć, bo był takim pierdolonym dupkiem. W tym pieprzonym dormitorium zaczęło się prawdziwe piekło. Tłukliśmy się jak dwa byki. Nie mogłem na niego patrzeć, a on na mnie. Wiesz, że raz nawet złamałem mu nos? On mi zmiażdżył rzepkę. Pamiętam, jak jeden raz, po jednej z takich bójek, leżeliśmy na trawie, obaj z rozciętymi wargami, a on mi powiedział, że zmienił zdanie. Wydawało mi się, że to jest naprawdę magiczna chwila, teraz nastąpi trzeci wymiar zgody, więc ja go pytam „o czym?”, a on mi na to. - Zawiesił głos, nachylając się nieco w stronę Geraldine, gdy chciał, aby te słowa dotarły do niej w pełni. - „Nie jesteś chujem, tylko pizdą, Lestrange.” Czasami myślałem, że to nigdy się nie skończy, a przynajmniej że nie wyjdziemy z tego z życiem, ale z czasem, wiesz, coś się zmieniło. Jakoś tak się zaprzyjaźniliśmy, w pewnym momencie, z dnia na dzień, przestaliśmy się bić. Nadal rywalizowaliśmy, to prawda, ale ta nienawiść gdzieś zniknęła. Nie wiem, jak to się stało, ale może to była magia Hogwartu, a może po prostu dorastaliśmy. Zresztą, spędziliśmy razem tyle czasu, że trudno było nie zbliżyć się do siebie. To były czasy, kiedy nie myśleliśmy o konsekwencjach. Od tamtej pory trzymaliśmy się razem jak bracia. Ratowałem mu dupę, zanim w końcu zaczął się ogarniać przy tobie. Chociaż teraz, muszę przyznać, że nie jestem pewien, czy to wciąż przyjaźń, czy może coś zupełnie innego. Nigdy nie myślałem, że to wszystko się tak potoczy. Piję za dużo, Geraldine, ale musisz wiedzieć, że kiedy zaczęliśmy się przyjaźnić, to ja podrabiałem wszystkie nasze papiery. Tak, wszystkie. Dzięki temu mogliśmy nie tylko na legalnych wagarach być w Hogsmeade, ale także latem zdarzyło nam się wypuścić za granicę. - Westchnął. - Pracowaliśmy razem na oddziale, przeżyliśmy ze sobą wszystkie najważniejsze momenty życia, kiedy brałem ślub z Amandą, myśleliśmy, że to tylko kwestia roku, może dwóch, zanim będziemy się bawić na twoim i jego ślubie. Wiesz, znałem Roise'a lepiej niż ktokolwiek inny. Byłem dla niego niezliczoną ilość razy na tych pieprzonych podziemnych ścieżkach. Bywało, że w nocy musiałem wylatywać z domu bez gaci, tylko w koszuli i w spodniach, i z rozciągniętymi skarpetkami żony na stopach. Takimi jasnoniebieskimi, wiesz, co to oznacza? Wiesz, co to znaczy, kiedy facet, który zawsze dba o swój wygląd, musi nagle wyglądać jak totalny idiota? To było tak absurdalne, że aż śmieszne, bo wiesz, zawsze się dobrze noszę. Zwłaszcza wtedy, kiedy w pięćdziesiątym dziewiątym, a potem w sześćdziesiątym siódmym... Pamiętam jedną historię… Ach, nie, nie powinienem o tym mówić. To było… To było naprawdę makabryczne. Pewnie nie chciałabyś tego słyszeć, ale wiesz, ile razy byłem tam z nim, na tych pieprzonych podziemnych ścieżkach? Nie zliczę, ale nie, nie powinienem o tym mówić. No, niech będzie, to nie jest temat na teraz. Dwadzieścia jeden lat przyjaźni, a teraz czuję się, jakbym nie znał go wcale. A teraz? Kurwa, nie wiem, co się odpierdoliło temu facetowi, że nagle zniknął, ale coś tu jest i czuję, że to nie jest koniec naszej historii, może to tylko kolejny rozdział, który musimy przejść, ale cholera, Geraldine, czuję, że to będzie trudne. Mogę się mylić, ale czuję, że coś się w nim zmieniło, i to nie jest tylko kwestia ciebie, Geraldine. Cholera, Geraldine, jestem zbyt nachlany, żeby to wszystko logicznie poukładać. Wiem tylko, że Roise był mi bliski przez te wszystkie lata, a teraz czuję, że coś się pomieszało, i chociaż jestem wściekły, nie mogę przestać myśleć o tym, co mogło pójść nie tak, i jestem pewien, że to wszystko nie ma sensu, ale musiałem ci to powiedzieć. - Znowu sięgnął po szklankę, ale tym razem postawił ją z powrotem na stole. Złość w nim narastała, a alkohol sprawiał, że jego słowa były bardziej bezpośrednie, mniej kontrolowane. - Powinien tu być, i nie zamierzam go bronić, niech spoerdala - Dodał, cicho, z gniewem w głosie. - Ale musisz wiedzieć, że to, co się wydarzyło, nie ma sensu. To nie ty byłaś powodem. - Sięgnął po szklankę i butelkę, rozlał kolejkę, i przez chwilę siedział na kanapie, ze szklanką whisky w ręku, jego oczy były lekko zamglone. Spojrzał na Geraldine i powiedział. - To, że się nie pojawił, to tylko jego cholerny problem. Ambroise jest chujowym przyjacielem, to fakt. Ale wiesz, że to nie znaczy, że nie kochał cię, prawda? Coś musiało się wydarzyć, coś, co sprawiło, że ten facet stracił rozum. To nie jest jakieś pierdolone usprawiedliwienie, ale wiesz, że to prawda. Musiał mieć powód, którego nie rozumiem, i pewnie nigdy nie zrozumiem, ale nie pozwól, żeby jego głupota zrujnowała to, co czułaś i twoje dobre wspomnienia. Nie zasługujesz na to. To wszystko jest do dupy, Geraldine, ale nie pozwól, by jego głupota wpłynęła na to, co myślisz o sobie. Nie jesteś winna jego wyborów. On powinien tu być, nie ty. Mamy do załatwienia sprawy, ale on w tej chwili jest po prostu głupim idiotą.