26.01.2025, 16:22 ✶
Wylewność Victorii w temacie bezpieczeństwa nieco mnie uspokoiło, aczkolwiek nie można było mówić tu o oazie spokoju. Sauriel był lakoniczny, może nawet wyłapywałem kpinę czy sarkazm w jego słowach, ale oddałem mu różdżkę. I nóż, który z przyzwyczajenia również zabrałem. Tam, gdzie nie pomagała magia, pomagała brutalność i siła, ale... w tym przypadku, to raczej powinienem być miękki i bezbronny. Względnie, bo kłów nie zamierzałem się pozbawiać. Szczerbaty już nie byłbym tak uroczy.
Ech, próbowałem się pocieszać, ale przed oczami wciąż miałem Laurenta. Tego, który umierał na moich ramionach wraz z tym przerażającym uczuciem, które wtedy czułem. Chciałem więcej i więcej, nigdy nie było wystarczająco... Nie chciałem tego, nie chciałem do tego wracać, więc próbowałem powtarzać słowa Victorii niczym mantrę. Albo skupić się na tym, że Sauriel przyznawał się do tego, że był dla Victorii... zwierzątkiem? Cokolwiek to znaczyło w ich relacji, hierarchia mówiła sama przez siebie. Najwyraźniej również po śmierci można było mieć specyficzne relacje międzyludzkie.
Tylko że to wciąż nie dotyczyło mojej osoby. Miałem problemy z kontrolą - dlatego tu byliśmy, dlatego Victoria zaczęła od tego eliksiru. Wiedziała więcej niż mógłbym się spodziewać. Nie byłem pewien, co sądziłem o jej rozmowach z Laurentem o mnie, ale... miały mi pomóc. Zapewne, jeśli pomogę, będę im wdzięczny, ale co... jeśli jednak nam się nie powiedzie?
Skinąłem Victorii sztywno, że godzę się na jej słowa, po czym obserwowałem jej ruchy. Koty zostały za drzwiami, przynajmniej większość z nich, za wyjątkiem tego jednego specyficznego, więc podałem Saurielowi różdżkę i nóż. Odłożył je, widziałem gdzie, ale nie zamierzałem po nie sięgać.
To było niczym koszmar. Tak czułem, że zaraz wydarzy się coś paskudnego. Najgorsze, że to ja miałem być potworem, który przemieni sen w krwawą masakrę.
Ścisnąłem fiolki w rękach, mając nadzieję, że pomogą. Najchętniej, to bym je wypił wszystkie na raz, ale zamiast tego wpatrywałem się w nie, póki nie usłyszałem zapytania Victorii, czy byliśmy gotowi. Kurde, nigdy nie zamierzałem być na to gotowy. Dla bezpieczeństwa fiolek, odstawiłem dwie obok herbaty. Jeśli zbiję, to chociaż jedną dawkę, ale miałem przeogromną nadzieję, że tym razem nie dam się ponieść. Były momenty, gdzie potrafiłem się kontrolować, tylko że TO NIE BYŁY MOMENTY, KIEDY KTOŚ NACINAŁ SOBIE SKÓRĘ NA MOICH OCZACH.
Otworzyłem usta, chcąc zapytać, ale żadne słowo, nawet jęknięcie się ze mnie nie wydostało. Wstrzymałem oddech, ale było za późno. Zresztą, to i tak by nie pomogło. Widziałem, jak krew wypływa z rany i już czułem te nuty podniecenia w swoim ciele, euforię na myśl o jej ciepłym i gęstym płynięciu przez moje ciało, od warg do środka, głęboko, wszędzie. Z zewnątrz zapewne było widać przemianę w postaci mimiki. Zniknął przerażony Astaroth. Mój umysł zaczął działać na wyższych obrotach, bo właśnie piwnica stała się miejscem polowania. Dosyć ciasnym, gdzie byłem w niezbyt dobrym położeniu.
Gdzieś z tyłu głowy miałem nakaz, że nie powinienem się ruszać z fotela, ale... Zlustrowałem wzrokiem Victorię i zaraz Sauriela, jakbym szykował się do ataku. Właściwie, to właśnie zamierzałem zrobić, ale nie pochopnie. Najgorsze, co mogło mnie spotkać, to ich wygrana, bez poczucia spełnienia na języku, więc zamierzałem wstać i ruszyć na... którego? Krew! Chciałem krwi jak diabli! Victoria miała różdżkę pod ręką, ale nie miała jej w ręce. W niej miała jedynie nóż. Sauriel był niewiadomą, więc przyjrzałem się mu uważniej. Kto wie? Może nie był zagrożeniem dla mnie, tylko moją konkurencją w drodze do spicia krwi z Victorii? Bądź co bądź, był do wyeliminowania.
Drgnąłem w kieurnku Victorii, obserwując go kątem oka. Jeśli się ruszy, zamierzałem zaatakować właśnie jego. Wiedziałem, gdzie jest moja różdżka. Nie musiałem na nią patrzeć by wiedzieć.
Rzucam na AF odnośnie ewentualnego ataku na Sauriela, a kiedy pozostanie obojętny, zamierzam dorwać się do ręki Victorii
Ech, próbowałem się pocieszać, ale przed oczami wciąż miałem Laurenta. Tego, który umierał na moich ramionach wraz z tym przerażającym uczuciem, które wtedy czułem. Chciałem więcej i więcej, nigdy nie było wystarczająco... Nie chciałem tego, nie chciałem do tego wracać, więc próbowałem powtarzać słowa Victorii niczym mantrę. Albo skupić się na tym, że Sauriel przyznawał się do tego, że był dla Victorii... zwierzątkiem? Cokolwiek to znaczyło w ich relacji, hierarchia mówiła sama przez siebie. Najwyraźniej również po śmierci można było mieć specyficzne relacje międzyludzkie.
Tylko że to wciąż nie dotyczyło mojej osoby. Miałem problemy z kontrolą - dlatego tu byliśmy, dlatego Victoria zaczęła od tego eliksiru. Wiedziała więcej niż mógłbym się spodziewać. Nie byłem pewien, co sądziłem o jej rozmowach z Laurentem o mnie, ale... miały mi pomóc. Zapewne, jeśli pomogę, będę im wdzięczny, ale co... jeśli jednak nam się nie powiedzie?
Skinąłem Victorii sztywno, że godzę się na jej słowa, po czym obserwowałem jej ruchy. Koty zostały za drzwiami, przynajmniej większość z nich, za wyjątkiem tego jednego specyficznego, więc podałem Saurielowi różdżkę i nóż. Odłożył je, widziałem gdzie, ale nie zamierzałem po nie sięgać.
To było niczym koszmar. Tak czułem, że zaraz wydarzy się coś paskudnego. Najgorsze, że to ja miałem być potworem, który przemieni sen w krwawą masakrę.
Ścisnąłem fiolki w rękach, mając nadzieję, że pomogą. Najchętniej, to bym je wypił wszystkie na raz, ale zamiast tego wpatrywałem się w nie, póki nie usłyszałem zapytania Victorii, czy byliśmy gotowi. Kurde, nigdy nie zamierzałem być na to gotowy. Dla bezpieczeństwa fiolek, odstawiłem dwie obok herbaty. Jeśli zbiję, to chociaż jedną dawkę, ale miałem przeogromną nadzieję, że tym razem nie dam się ponieść. Były momenty, gdzie potrafiłem się kontrolować, tylko że TO NIE BYŁY MOMENTY, KIEDY KTOŚ NACINAŁ SOBIE SKÓRĘ NA MOICH OCZACH.
Otworzyłem usta, chcąc zapytać, ale żadne słowo, nawet jęknięcie się ze mnie nie wydostało. Wstrzymałem oddech, ale było za późno. Zresztą, to i tak by nie pomogło. Widziałem, jak krew wypływa z rany i już czułem te nuty podniecenia w swoim ciele, euforię na myśl o jej ciepłym i gęstym płynięciu przez moje ciało, od warg do środka, głęboko, wszędzie. Z zewnątrz zapewne było widać przemianę w postaci mimiki. Zniknął przerażony Astaroth. Mój umysł zaczął działać na wyższych obrotach, bo właśnie piwnica stała się miejscem polowania. Dosyć ciasnym, gdzie byłem w niezbyt dobrym położeniu.
Gdzieś z tyłu głowy miałem nakaz, że nie powinienem się ruszać z fotela, ale... Zlustrowałem wzrokiem Victorię i zaraz Sauriela, jakbym szykował się do ataku. Właściwie, to właśnie zamierzałem zrobić, ale nie pochopnie. Najgorsze, co mogło mnie spotkać, to ich wygrana, bez poczucia spełnienia na języku, więc zamierzałem wstać i ruszyć na... którego? Krew! Chciałem krwi jak diabli! Victoria miała różdżkę pod ręką, ale nie miała jej w ręce. W niej miała jedynie nóż. Sauriel był niewiadomą, więc przyjrzałem się mu uważniej. Kto wie? Może nie był zagrożeniem dla mnie, tylko moją konkurencją w drodze do spicia krwi z Victorii? Bądź co bądź, był do wyeliminowania.
Drgnąłem w kieurnku Victorii, obserwując go kątem oka. Jeśli się ruszy, zamierzałem zaatakować właśnie jego. Wiedziałem, gdzie jest moja różdżka. Nie musiałem na nią patrzeć by wiedzieć.
Rzucam na AF odnośnie ewentualnego ataku na Sauriela, a kiedy pozostanie obojętny, zamierzam dorwać się do ręki Victorii
Rzut PO 1d100 - 37
Slaby sukces...
Slaby sukces...