26.01.2025, 18:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2025, 19:01 przez Lorraine Malfoy.)
"Zawsze co, nigdy dlaczego".
Lorraine zdusiła w sobie chęć westchnięcia na głos. Atreus zawsze był tym, który pytał "co", żądając konkretów, rzeczy solidnych – osadzonych w rzeczywistości, którą potrafił skutecznie manipulować – Lorraine zawsze była tą, która pytała "dlaczego", obsesyjnie poszukując znaczenia pośród metafor, za pomocą których potrafiła kreować własną narrację. Słowa tchnące mistycyzmem spływały płynnie z ust powleczonych tajemnicą zamiast szminki: dawno już przestał scałowywać z nich tajemnice, pomyślała Lorraine pozwalając, aby długie włosy opadły na jej zmęczoną twarz, odgradzając ją srebrzystą taflą od mężczyzny siedzącego naprzeciwko, tajemnice, tak jak i pocałunki, były słodkie, dopóki nie były gorzkie. "Dlaczego ludzie ofiarują śmierć bogini życia?", przywołała w myślach pełne skargi słowa, które padły z ust bogini. "A co innego mogą ofiarować?" odpowiedziała jej pytaniem na pytanie Lorraine.
W pewnym sensie, oboje dostali dokładnie to, czego chcieli, tylko że to, czego chcieli, nie było tym, czego potrzebowali. Arcykapłanka mówiła mu "co", choć Atreus chciał wiedzieć "dlaczego". Bogini pytała "dlaczego", kiedy Lorraine zależało na tym, aby dowiedzieć się, "co".
Oboje dostali dokładnie to, czego chcieli, pomyślała, marszcząc brwi, nie zamierzała jednak wypowiadać swych przemyśleń na głos – Atreus musiał sam odnaleźć swoją prawdę, tak jak ona musiała odnaleźć swoją – co jeżeli oboje dostali dokładnie to, na co zasługiwali?
Przeciągnęła się na krześle jak kot, zanim z powrotem usiadła prosto, skupiwszy spojrzenie na kubku z naparem, który przysunęła bliżej siebie. Rączka glinianego naczynia zdążyła się już nagrzać, ale Lorraine zignorowała pieczącą sensację rozchodzącą się we wrażliwej skórze, choć normalnie dawno już cofnęłaby dłoń. Przypatrywała się przez chwilę wznoszącym się nad kubkiem smużkom pary zanim poruszyła nienaturalnie zdrętwiałymi palcami, próbując odzyskać utracone czucie. Częsty i niezbyt przyjemny skutek uboczny silnych zaklęć uspokajających, skonstatowała chłodno, dlatego właśnie eliksiry były uważane za bezpieczniejsze. Dawno jednak minęły już czasy, kiedy pozwalała sobie eksperymentować z zażywanymi medykamentami: zarzuciwszy marzenia o studiach z dziedziny eliksirów, wykonywała tylko najprostsze napary ziołowe, niewymagające praktycznie żadnej wiedzy czy umiejętności. Tak też było w przypadku uspokajającej herbaty, parującej teraz przed nimi w kolorowych kubkach – zdobnych w polne kwiaty wymalowane ręką Baldwina – wspomnienie znajomych czynności, niezbędnych do jej wykonania, uspokajało bardziej niż sama herbata. Wiele było w jej życiu takich czynności noszących znamiona rytuału, od prostych ćwiczeń na fortepian począwszy, na coniedzielnej mszy w kowenie skończywszy... Kowen. Sabat. Arcykapłanka. Bogini. Mimowolnie powróciła myślami do Isobell. Otumaniona, odurzona, zamknięta w kościanej klatce własnej czaszki... Czy taki właśnie los czekał Arcykapłankę w Lecznicy dusz? Arcykapłankę, która pozostawała widzialnym awatarem bogini?
Wszystkie myśli Lorraine uparcie zdążały w jednym kierunku. Ostrożnie upiła łyk naparu rewigorującego, ignorując parestezje tuż pod skórą, te zresztą stały się mniej dokuczliwe, gdy tylko poczuła jak przyjemne ciepło rozlewa się w jej piersi.
– Idź do domu i się prześpij, Atre – powiedziała miękko, unikając jednak jego wzroku, jak gdyby spojrzenie Atreusowi w oczy oznaczało przyznanie się, że troska, jaka zagościła w jej głosie, była szczera. – Powiedz, że ratowałeś kogoś na Nokturnie. – Nie przestając obracać w palcach krokusa z górskiej łąki, którego otrzymała w darze od bogini, odwzajemniła uśmiech mężczyzny, przelotnie omiótłszy wreszcie spojrzeniem jego twarz. – Raporty poczekają. – "Jestem sama, ale nigdy samotna", głos bogini odbijał się echem od wspomnień Lorraine, która nagle niczego nie pragnęła bardziej niż być zostawioną sama sobie. Nie była sama, ale była samotna. – Też powinnam usiąść do biurka. Spróbować wyjaśnić, co się stało, napisać do kapłanek, do kowenu... – wyznała obojętnie, przesuwając kwiat przed sobą, tak, aby jego na wpół rozkwitłe, zaklęte w czasie płatki musnęły jej lekko rozchylone wargi – ...ale nie dbam o to. – Zmarszczyła brwi, sama zaskoczona tym, co wydostało się z jej ust. – Nie dbam o to, co się stało, ani o to, co się stanie. Nie dbam o kowen.
Chociaż nadała swojemu głosowi obojętne brzmienie, a jej twarz nie wyrażała nic ponad obojętność, Lorraine Malfoy nigdy nie była dalsza od obojętności niż z bluźnierstwem na ustach.
Lorraine zdusiła w sobie chęć westchnięcia na głos. Atreus zawsze był tym, który pytał "co", żądając konkretów, rzeczy solidnych – osadzonych w rzeczywistości, którą potrafił skutecznie manipulować – Lorraine zawsze była tą, która pytała "dlaczego", obsesyjnie poszukując znaczenia pośród metafor, za pomocą których potrafiła kreować własną narrację. Słowa tchnące mistycyzmem spływały płynnie z ust powleczonych tajemnicą zamiast szminki: dawno już przestał scałowywać z nich tajemnice, pomyślała Lorraine pozwalając, aby długie włosy opadły na jej zmęczoną twarz, odgradzając ją srebrzystą taflą od mężczyzny siedzącego naprzeciwko, tajemnice, tak jak i pocałunki, były słodkie, dopóki nie były gorzkie. "Dlaczego ludzie ofiarują śmierć bogini życia?", przywołała w myślach pełne skargi słowa, które padły z ust bogini. "A co innego mogą ofiarować?" odpowiedziała jej pytaniem na pytanie Lorraine.
W pewnym sensie, oboje dostali dokładnie to, czego chcieli, tylko że to, czego chcieli, nie było tym, czego potrzebowali. Arcykapłanka mówiła mu "co", choć Atreus chciał wiedzieć "dlaczego". Bogini pytała "dlaczego", kiedy Lorraine zależało na tym, aby dowiedzieć się, "co".
Oboje dostali dokładnie to, czego chcieli, pomyślała, marszcząc brwi, nie zamierzała jednak wypowiadać swych przemyśleń na głos – Atreus musiał sam odnaleźć swoją prawdę, tak jak ona musiała odnaleźć swoją – co jeżeli oboje dostali dokładnie to, na co zasługiwali?
Przeciągnęła się na krześle jak kot, zanim z powrotem usiadła prosto, skupiwszy spojrzenie na kubku z naparem, który przysunęła bliżej siebie. Rączka glinianego naczynia zdążyła się już nagrzać, ale Lorraine zignorowała pieczącą sensację rozchodzącą się we wrażliwej skórze, choć normalnie dawno już cofnęłaby dłoń. Przypatrywała się przez chwilę wznoszącym się nad kubkiem smużkom pary zanim poruszyła nienaturalnie zdrętwiałymi palcami, próbując odzyskać utracone czucie. Częsty i niezbyt przyjemny skutek uboczny silnych zaklęć uspokajających, skonstatowała chłodno, dlatego właśnie eliksiry były uważane za bezpieczniejsze. Dawno jednak minęły już czasy, kiedy pozwalała sobie eksperymentować z zażywanymi medykamentami: zarzuciwszy marzenia o studiach z dziedziny eliksirów, wykonywała tylko najprostsze napary ziołowe, niewymagające praktycznie żadnej wiedzy czy umiejętności. Tak też było w przypadku uspokajającej herbaty, parującej teraz przed nimi w kolorowych kubkach – zdobnych w polne kwiaty wymalowane ręką Baldwina – wspomnienie znajomych czynności, niezbędnych do jej wykonania, uspokajało bardziej niż sama herbata. Wiele było w jej życiu takich czynności noszących znamiona rytuału, od prostych ćwiczeń na fortepian począwszy, na coniedzielnej mszy w kowenie skończywszy... Kowen. Sabat. Arcykapłanka. Bogini. Mimowolnie powróciła myślami do Isobell. Otumaniona, odurzona, zamknięta w kościanej klatce własnej czaszki... Czy taki właśnie los czekał Arcykapłankę w Lecznicy dusz? Arcykapłankę, która pozostawała widzialnym awatarem bogini?
Wszystkie myśli Lorraine uparcie zdążały w jednym kierunku. Ostrożnie upiła łyk naparu rewigorującego, ignorując parestezje tuż pod skórą, te zresztą stały się mniej dokuczliwe, gdy tylko poczuła jak przyjemne ciepło rozlewa się w jej piersi.
– Idź do domu i się prześpij, Atre – powiedziała miękko, unikając jednak jego wzroku, jak gdyby spojrzenie Atreusowi w oczy oznaczało przyznanie się, że troska, jaka zagościła w jej głosie, była szczera. – Powiedz, że ratowałeś kogoś na Nokturnie. – Nie przestając obracać w palcach krokusa z górskiej łąki, którego otrzymała w darze od bogini, odwzajemniła uśmiech mężczyzny, przelotnie omiótłszy wreszcie spojrzeniem jego twarz. – Raporty poczekają. – "Jestem sama, ale nigdy samotna", głos bogini odbijał się echem od wspomnień Lorraine, która nagle niczego nie pragnęła bardziej niż być zostawioną sama sobie. Nie była sama, ale była samotna. – Też powinnam usiąść do biurka. Spróbować wyjaśnić, co się stało, napisać do kapłanek, do kowenu... – wyznała obojętnie, przesuwając kwiat przed sobą, tak, aby jego na wpół rozkwitłe, zaklęte w czasie płatki musnęły jej lekko rozchylone wargi – ...ale nie dbam o to. – Zmarszczyła brwi, sama zaskoczona tym, co wydostało się z jej ust. – Nie dbam o to, co się stało, ani o to, co się stanie. Nie dbam o kowen.
Chociaż nadała swojemu głosowi obojętne brzmienie, a jej twarz nie wyrażała nic ponad obojętność, Lorraine Malfoy nigdy nie była dalsza od obojętności niż z bluźnierstwem na ustach.
Koniec sesji