Sięgnęła szybko, może dość niefortunnie po pierwsze słowo, które przyszło jej na myśl. Tak, powinna była chyba to przemyśleć, ale jak zawsze tego nie zrobiła. Typowo dla siebie, zwłaszcza, gdy dostawała słowotoku, co wcale nie zdarzało się, aż tak często.
- Nie, nie ubieraj się! Znaczy, może tak, ale nie? Nie o to chodzi, że mnie zawstydzasz, wręcz przeciwnie, ten widok jest naprawdę przyjemny dla oka na pewno przyjemniejszy od tych jeżyn i całej reszty... - Brnęła w to dalej, chociaż nadal nieudolnie i zupełnie niepoprawnie, jak zawsze miała problem, aby dotrzeć do sedna problemu. W sumie ten jej dobry humor wcale jej nie pomagał, inaczej pewnie byłaby bardziej konkretna. - No wiesz, chodzi o to, żebyś Ty też się nie przeziębił, nic więcej, tylko tyle, aż tyle? - Wypluwała z siebie słowa dosyć szybko, stawały się coraz mniej wyraźne z racji na jej walijski akcent, nad którym zupełnie już nie panowała.
Odruchowo dotknęła swojego czoła, chociaż wiedziała, że nie ma gorączki, taki odruch? Zresztą nie wiadomo po co to zrobiła, bo najpewniej nie byłaby w stanie zauważyć różnicy temperatur. - Nie mam gorączki. - Najwyraźniej musiała się zaczerwienić przez coś innego i sama mu to powiedziała. Cóż, spowodowało to, że różowiła się jeszcze bardziej, dawno nie czuła się tak zawstydzona. Czemu gadała takie głupoty? Nie miała pojęcia. Próbowała jakoś rozluźnić tę nieco napiętą atmosferę, ale chyba szło to w złym kierunku. Jak zawsze, Yaxleyówna nie miała żadnego wyczucia.
- To pewnie przez wiatr, czasem jak wieje, to policzki mi rumienieją. - Tak, na pewno to przytrafiło jej się tym razem, Roise zdecydowanie nie był na tyle naiwny, żeby to łyknąć, ale postanowiła iść tą drogą, tak było prościej. Zdecydowanie.
Jego kolejne słowa nie były szczególnie pocieszające. Tak, miała oczy, wiedziała, że ten dom wymagał wiele pracy, ona w przeciwieństwie do niego, jakoś nie do końca spieszyła się z tym, aby się w nią zaangażować, jakby odsuwała to w czasie, aby dać im go więcej. Głupie myślenie, zupełnie zbędne. - To prawda, trochę się rozpada, może bardziej niż trochę, ale to nie oznacza, że masz się tutaj maltretować, aby jak najszybciej doprowadzić go do stanu używalności. - Nigdzie się przecież nie spieszyli, prawda? Wydawało jej się, że chwila odpoczynku dobrze mu zrobi. W końcu zaliczyli dzisiaj całkiem intensywny poranek, te wszystkie ćwiczenia, a teraz to, każdy miał jakieś ograniczenia fizyczne, nawet jeśli udawał, że tak nie jest.
- Jasne, wodę. Się robi, zaraz przyniosę. - Nie sięgnęła po magię, to nie miało najmniejszego sensu. Nie wyręczała się nią przy takich prostych czynnościach. Pozwoliła sobie jednak wcześniej dopalić peta i skiepowała go w najbliższą doniczkę, najwyraźniej chciała stworzyć w niej swoją własną petunię, kwiat który tam wcześniej rósł umarł śmiercią tragiczną, więc niczego to zmieniało.
Nie dało się nie zauważyć, że nadal był zirytowany, najwyraźniej ta godzina spędzona w ogrodzie to nie była wystarczająca ilość czasu na to, aby pozbył się negatywnych emocji, to nieco ją stresowało, bo nie chciała mu dokładać. Naprawdę próbowała być miła i jakoś odnaleźć się w tej sytuacji, którą poniekąd spowodowała. To wcale nie było takie proste, nie z jej delikatnością, która była bardzo bliska tej słonia w składzie porcelany.
Mieli tutaj spędzić ze sobą jeszcze trochę czasu, nie ustalili między sobą ile by to miało być, nie było żadnej, granicznej daty, bardzo chciałaby, aby ten czas naprawdę był takim wartym zapamiętania. Szkoda było go tracić na niepotrzebne kłótnie, czy muchy w nosie. Jasne, trochę sami się o to prosili skoro postanowili się mierzyć w walce, ale nie było sensu się na tym skupiać, nie teraz. Zresztą wszystkie niedociągnięcia można było naprawić i nad nimi pracować, w sumie nawet i dobrze, że wyszły podczas takiej przyjacielskiej próby.
Wiedziała, że trudno będzie im stąd odejść, zważając na to, że wtedy mieli przestać robić to, co robili sobie teraz, czego nadal nie umiała nazwać. Niby wracali do przeszłości, ale jednak zdecydowali się na zupełnie nowe działania, na które kiedyś sobie nie pozwalali. To też nieco zmieniało całą sytuację, miała wrażenie, że jeszcze bardziej ją komplikowało, ale pewnie okaże się to później. Jako, że nadal nie opuszczał jej dobry humor (chociaż Ambroise zdecydowanie emanował negatywną energią) to nie miała zamiaru się tym zupełnie przejmować, nadal. Dobrze było mieć chociaż jeden dzień kiedy mogła się skupić na tym, co było przyjemne.
- Jasne, sam sobie poradzisz ze wszystkim, zrozumiałam. - Podniosła w końcu swój zad z trawy, po to aby ruszyć się do kuchni, bo jedyne na co jej aktualnie pozwolił to było przyniesienie sobie wody. Postanowiła więc zrealizować tę drobną prośbę. Całkiem szybkim krokiem ruszyła więc do kuchni, z której przyniosła dzbanek napełniony wodą, no i szklankę, jedną dla swojego chłopaka, w sumie nie swojego, dla chłopaka.
Postawiła rzeczy na ziemi, nie zamierzała teraz naruszać jego przestrzeni osobistej, bo nie wyglądał na kogoś, kto tego potrzebował. Najwyraźniej zamierzał nadal walczyć ze swoimi chwastami, właściwie to czuła, że robi w ten sposób coś wiecej. Sama Yaxleyówna wyciągnęła się po prostu na ziemi, wsadziła sobie ręce pod głowę i obserwowała niebo - cóż, skoro miała zająć się sobą to właśnie to robiła. Może trochę jej było głupio, że Roise w tym czasie sam ogarniał ogródek, ale stosowała się przecież do jego zaleceń. Nie chciał jej pomocy, to nie zamierzała na siłę mu jej dawać. To już dawno mieli za sobą.