Cornelius stał na nabrzeżu, jego postać odcinająca się wyraźnie na tle szarego, wzburzonego morza, które rozlewało się aż po horyzont. Nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby wyrazić jego ból i złość. Zamiast tego znów wpatrzył się w horyzont, jakby tam, w dalekiej linii, mógł znaleźć odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Chłodny wiatr targał jego czarnym płaszczem, przenikając mężczyznę do szpiku kości, ale Lestrange nie zwracał na to uwagi. Jego myśli były gdzie indziej, w głębi jego duszy, gdzie wciąż tkwił ból po utracie ukochanej żony. Spoglądał w dal, jakby oczekiwał, że morze wypluje na brzeg jakieś odpowiedzi, które mogłyby przynieść ulgę w cierpieniu, które go gnębiło.
Obok niego stał Ambroise, jego przyjaciel od ponad dwudziestu lat, dwudziestu jeden, jak sam powiedział Geraldine, niedawno, gdy się spotkali. Lata przyjaźni, wspólne śmiechy i łzy zdawały się w tej chwili należeć do zupełnie innego życia. Cornelius zerknął na niego kątem oka, postać, która niegdyś była mu bliska, teraz wydawała się obca. Ambroise, z potarganymi, blond włosami rozwianymi na wietrze, wyglądał jak wrak człowieka. Jego zgarbiona sylwetka i widoczne oznaki zaniedbania były dla Corneliusa uderzające. Greengrass wyglądał tragicznie, jeszcze gorzej niż Lestrange, który sam starał się trzymać pozory, chociaż jego serce było rozbite, a umysł otumaniony eliksirami, to przynajmniej potrafił jeszcze udawać, że wszystko było w porządku. Otumaniał się eliksirami, które miały znieczulić ból, ale wyglądał, jakby podniósł się po stracie, a to było istotne, pozory były ważne, zwłaszcza w jego sytuacji, bo tydzień temu wrócił do pracy.
Corio czuł narastające w sobie uczucie frustracji. Ambroise był na pogrzebie, stał obok niego, gdy jego żona została pochowana. Wtedy, wśród łez i lamentów, Lestrange miał nadzieję, że przyjaciel przyniesie mu wsparcie, że nie zostawi go samego w tym mrocznym czasie, ale Roise zniknął. Porzucił Geraldine, swoją dziewczynę, ich wspólną przyjaciółkę, i zniknął z jego i jej życia, jakby nigdy nie istniał. Teraz, gdy stali obok siebie, Cornelius odczuwał dziwną, ciężką atmosferę. Mimo, że byli blisko, wydawali się sobie obcy. Cornelius zerknął na przyjaciela, próbując odnaleźć w nim coś znajomego, ale Ambroise wydawał się obcy, nie spojrzał na niego, wciąż wpatrzony w morze. Jego przyjaciel był wyraźnie zniszczony, z rysami twarzy, które zdradzały nieprzespane noce i długi czas spędzony na dnie butelki.
Lestrange chciał zadać mu pytania, wiele pytań, co się z nim stało, dlaczego tak po prostu zniknął, dlaczego nie odezwał się przez te wszystkie tygodnie. Czuł gniew, ale w obliczu tej obcości nie potrafił znaleźć słów, zamiast tego milczał, wpatrując się w morze. Wiedział, że powinien go wyzwać, powiedzieć mu, co myśli o jego stanie, o tym, jak porzucił ich wspólną przyjaciółkę, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Nie potrafił zaatakować słownie kogoś, kto kiedyś był dla niego jak brat. Ta wewnętrzna walka złości i żalu sprawiła, że czuł się jeszcze bardziej bezsilny, przynajmniej dopóki nie zaczęli rozmawiać.
Jego myśli były pełne gniewu i frustracji, gdy słuchał słów byłego przyjaciela, który nagle pojawił się w jego życiu po kilku tygodniach milczenia. Czuł, jak fala irytacji narosła w nim do granic możliwości i przelała się, gdy ten oznajmił, że znów znikał.
- Tak, jakby to miało jakieś znaczenie. To nie jest lotnisko, nie musisz oznajmiać swojej odprawy. Gdzie byłeś przez te tygodnie? Uciekłeś bez słowa, jakbyśmy się nigdy nie znali, a teraz wracasz i myślisz, że wszystko jest w porządku? - Cornelius prychnął, patrząc na niego z ironicznym uśmiechem, jego głos był zimny, a w oczach widać było gniew. - Jakież to wygodne, wrócić, kiedy ci pasuje i znowu zniknąć. Nie potrzebuję kogoś takiego w moim życiu, Fabian też nie, nie obchodzi mnie, co musisz załatwić. Nie obchodzi mnie, że jesteś ojcem chrzestnym. To nic nie znaczy, skoro tak łatwo potrafisz się wypisać z naszego życia, możesz wleźć w pierwszy lepszy kominek i znów zniknąć. Może to i lepiej. - Słowa te wypełniły powietrze napięciem, a Cornelius odwrócił wzrok, wracając do widoku morza, nie chciał, by ten człowiek miał wpływ na jego życie, ani teraz, ani nigdy.