27.01.2025, 03:18 ✶
– Moja droga, jeśli liczysz, że znajdziesz we mnie współczucia wobec wybitnej kondycji twoich włosów, to obawiam się, że nie będę w tym twoim sojusznikiem – powiedział, przyglądając się ciemnemu aksamitowi spływającemu na ramiona Moody. Jonathan miał świetne włosy. Wybitne wręcz. Potrzebowały jednak one pewnego wspomagania, a Millie... Millie pewnie używała podrzędnego szamponu o zapachu fiołków, w którym nawet fiołków nie było, a i tak osiągała takie efekty. Życie bywało jednak szalenie niesprawiedliwe.
– Przykro mi Millie, ale takie życie przystojnego mężczyzny, o którym plotkują. Nie może on ryzykować głupiego żartu na kelnerce. – Hah... Prawdę mówiąc to znacznie więcej ryzyk, wiązało się z byciem przystojny, idealny wręcz mężczyzną... Usta jednego z tych zagrożeń dalej czuł na swoich wargach. I to były naprawdę dobre usta. Może powinien był wczoraj nieco bardziej się na nich skupić, skoro dotykał ich po raz ostatni? – Wiesz Mil...
Zamilkł i bardzo uważnie wysłuchał jej wszystkich narzekań, które, niczym najznamienitszy dramat, z czasem odsłaniały coraz to nowe rewelacje o Mildred Moody. Najpierw było chujowo, potem nagle dowiedział się o starej miłości, następnie nie umknęło jego uwadze, że padło tam słowo jej (pytanie tylko czy chodziło o nią jako statą miłość, czy faktycznie jakąś kobietę), a potem... Potem Morpheus miał penisa na czole, a sny Millie się spełniały. Jonathan wpatrywał się w nią przez chwilę, i spuścił wzrok na swoją różaną lemiadę. Hm... Nie spodziewał się, że to dzisiaj usłyszy, ale nie spodziewał się w ostatnim czasie wielu rzeczy, więc czy powinien się aż tak dziwić? Wrócił spojrzeniem do Millie i usiadł wygodniej w swoim krześle.
– Po pierwsze, może Morpheus mnie za to zabije, ale raczej wątpię, nie musisz chodzić w ubraniach, które ci wybrał. Nie zrozum mnie źle, musisz prezentować się w Ministerstwie jak najlepiej, ale nie jesteśmy uczniami w Hogwarcie, aby nasz ubiór nie mógł wyrażać też nas. Pójdź że mną na zakupy. Jest wiele różnych opcji. Może znajdziemy coś w czym będziesz czuła się lepiej, a jednocześnie nie wezmą cię za uciekającą przed aurorami bezdomną nastolatkę. Nie rób sobie w taki sposób na złość. Ah i nawet jesli zachowanie Morfiego było... Wątpliwe, to zapewniam cię, że nie chce cię karać.– Wziął głęboki wdech i już miał się nachylić, aby upić łyka różanej lemoniady, kiedy w ostatniej chwili coś go powstrzymało. – Po drugie... Stare miłości bywają złośliwe. Zwłaszcza te które zjawiają się ponownie i nie dają o sobie łatwo zapomnieć. Czy to... Ktoś z kim możesz się ponownie związać? Chcesz tego? Czy raczej wszystko stracone?
Stare miłości bolały od świadomości, że gdyby tylko kilka rzeczy poszło inaczej wciąż mogłyby być tymi obecnymi. Bolały, bo przypominały o wszystkim. Bolały, bo boleśnie uświadamiały, że w łóżku budziło się samotnie. Bolały bo niosły za sobś czułe oczy, jak i trzask kości. Bolały bo były, ale nie były tak jak powinny być.
– Przykro mi Millie, ale takie życie przystojnego mężczyzny, o którym plotkują. Nie może on ryzykować głupiego żartu na kelnerce. – Hah... Prawdę mówiąc to znacznie więcej ryzyk, wiązało się z byciem przystojny, idealny wręcz mężczyzną... Usta jednego z tych zagrożeń dalej czuł na swoich wargach. I to były naprawdę dobre usta. Może powinien był wczoraj nieco bardziej się na nich skupić, skoro dotykał ich po raz ostatni? – Wiesz Mil...
Zamilkł i bardzo uważnie wysłuchał jej wszystkich narzekań, które, niczym najznamienitszy dramat, z czasem odsłaniały coraz to nowe rewelacje o Mildred Moody. Najpierw było chujowo, potem nagle dowiedział się o starej miłości, następnie nie umknęło jego uwadze, że padło tam słowo jej (pytanie tylko czy chodziło o nią jako statą miłość, czy faktycznie jakąś kobietę), a potem... Potem Morpheus miał penisa na czole, a sny Millie się spełniały. Jonathan wpatrywał się w nią przez chwilę, i spuścił wzrok na swoją różaną lemiadę. Hm... Nie spodziewał się, że to dzisiaj usłyszy, ale nie spodziewał się w ostatnim czasie wielu rzeczy, więc czy powinien się aż tak dziwić? Wrócił spojrzeniem do Millie i usiadł wygodniej w swoim krześle.
– Po pierwsze, może Morpheus mnie za to zabije, ale raczej wątpię, nie musisz chodzić w ubraniach, które ci wybrał. Nie zrozum mnie źle, musisz prezentować się w Ministerstwie jak najlepiej, ale nie jesteśmy uczniami w Hogwarcie, aby nasz ubiór nie mógł wyrażać też nas. Pójdź że mną na zakupy. Jest wiele różnych opcji. Może znajdziemy coś w czym będziesz czuła się lepiej, a jednocześnie nie wezmą cię za uciekającą przed aurorami bezdomną nastolatkę. Nie rób sobie w taki sposób na złość. Ah i nawet jesli zachowanie Morfiego było... Wątpliwe, to zapewniam cię, że nie chce cię karać.– Wziął głęboki wdech i już miał się nachylić, aby upić łyka różanej lemoniady, kiedy w ostatniej chwili coś go powstrzymało. – Po drugie... Stare miłości bywają złośliwe. Zwłaszcza te które zjawiają się ponownie i nie dają o sobie łatwo zapomnieć. Czy to... Ktoś z kim możesz się ponownie związać? Chcesz tego? Czy raczej wszystko stracone?
Stare miłości bolały od świadomości, że gdyby tylko kilka rzeczy poszło inaczej wciąż mogłyby być tymi obecnymi. Bolały, bo przypominały o wszystkim. Bolały, bo boleśnie uświadamiały, że w łóżku budziło się samotnie. Bolały bo niosły za sobś czułe oczy, jak i trzask kości. Bolały bo były, ale nie były tak jak powinny być.