27.01.2025, 14:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2025, 23:26 przez Lorraine Malfoy.)
Ta sama ironia, którą ociekały słowa wydostające się z ust Stanleya, obecna była także w uśmiechu Lorraine: uśmiechniętej, a jednak milczącej – jak gdyby dalsze angażowanie się w tę dyskusję uznała za coś poniżej jej godności, "jeżeli chcesz słów bez pokrycia, to tak, obiecuję", mówił Stanley, a im dłużej mówił, tym szerszy stawał uśmiech Lorraine – milczącej, a jednak uśmiechniętej, bo bawiły ją starania mężczyzny, próbującego "odwrócić kota ogonem". Nie wierzyła w to, że nie posiada wglądu w organizację. Nie wierzyła, że nie zna tożsamości innych Śmierciożerców. Brygadzista musiał stanowić cenny nabytek w ich szeregach – pomyślała, niemal z czułością przesuwając spojrzeniem po twarzy Stanleya, wcale skutecznie zasłaniającego się retoryką – nie tylko przez wzgląd na umiejętności bojowe: brygadzista, pracujący w ścisłym porozumieniu z aurorami i administracją sądowniczą, z łatwością mógł przeniknąć w głąb struktur Ministerstwa. Nic dziwnego, że wszystkie środki bezpieczeństwa jakie przedsięwzięto na Beltane zawiodły.
"Nie znam odpowiedzi na pytanie, czego oni chcą", mówił Stanley, chwytając się desperacko bezosobowej formy "oni", podsuniętej przez Lorraine, która nie użyła formy "wy" tylko przez litość. Nie była jedną z wątłych kobiet, którym należało wmawiać, że świat jest piękny, bo inaczej stałby się całkiem nie do zniesienia i Stanley dobrze o tym wiedział. Oczywiście, że nie znasz odpowiedzi, pomyślała pogardliwie, słuchając, jak zręcznie dystansuje się od śmierciożerczego kolektywu – jak gdyby ten nie był powodem, dla którego teraz musiał ukrywać się przed światem – powstrzymała się jednak od przewrócenia oczami.
"A prośba o śmierć będzie jego największym marzeniem, które z uśmiechem na ustach spełnię, odsyłając go do miejsca jakie było mu pisane..."
– A mówiłeś, że żadni z was poeci – zaczęła droczyć się Lorraine, przerwając milczenie, gdy Stanley ścisnął ją przyjaźnie za rękę. Odwzajemniła uścisk, skinąwszy głową w niemym podziękowaniu. Dziękowała za wszystkie zapewnienia, jakie wymienili – te szczere i te mniej szczere – dziękowała także i za te, których nie wymienili, ale które trwały niewypowiedziane w przestrzeni między nimi, bo oboje dobrze wiedzieli, że były rzeczy, których nie dało się wypowiedzieć słowami. Niektóre trzeba było po prostu przeżyć, poczuć – jak uścisk dłoni – niektóre zaś zobaczyć na własne oczy. Właśnie dlatego, gdy Stanley rozluźnił uścisk, Lorraine – zamiast zwyczajnie puścić jego dłoń – przesunęła rękę wyżej, jednym, płynnym ruchem prześlizgnąwszy się wzdłuż przegubu, podwijając przy tym do góry rękaw koszuli. Ale na jego skórze nie widniał żaden tatuaż.
Uśmiechnęła się niewinnie, wcale niezakłopotana.
– Wybacz – posłodziła, próbując poprawić zgnieciony mankiet, poklepawszy go delikatnie po dłoni, zanim zdołał się odsunąć. – Chciałam wiedzieć, czy piętno nosisz na tej samej ręce, którą zabijasz, czy na tej, którą udzielasz łaski, ale tknęło mnie, że to byłoby kolejne trudne pytanie.
Przesadziła.
Dlatego teraz patrzyła, zafascynowana, jak Stanley powoli głaszcze koci kark – sunąc ręką po sierści czarnej jak smoła i gęstej jak noc – sunąc ręką pod włos, imitował dreszcz, który przeszedł jej po plecach, wzdłuż kręgosłupa. Nie ośmieliła się zerwać kontaktu wzrokowego. Lorraine zacisnęła palce na oparciu krzesła tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Przez chwilę istniały tylko jego oczy.
– Daję znać, że to nie ze mną powinieneś dzielić się sentymentem do skręcania karków czarnym kotom – zauważyła kąśliwie, kiedy Stanley opadł na fotel – tylko z Saurielem. – Choć spojrzenie Lorraine było poważne, oceniające, twarz nie wyrażała żadnych emocji: wzięła kota na ręce, tylko po to, aby móc wtulić ją w gładkie futerko, aksamitne jak głos Stanleya, kiedy szeptał groźby. Niejako z premedytacją wspomniała w rozmowie imię Rookwooda, ciekawa reakcji Borgina, jak i tego, czy podzielił się z przyjacielem swoją tajemnicą. Koty zwykły chodzić, co prawda, swoimi własnymi, kocimi drogami, ale drogi Sauriela i Stanleya przecinały się ze sobą.
I jeden, i drugi, obiecał jej protekcję. Co gdyby i jeden, i drugi, okazał się być...
– Wszyscy mamy grzechy, które musimy dźwigać – zmieniła miękko temat, głaszcząc kota trzymanego w ramionach. – Niektóre większe od od słów, jakimi próbujemy je ująć, od wyobrażeń nadającym im kształt. Niektóre zaś mniejsze od pokładów czasu, jakich potrzeba, aby obrócić je w czyn. – Lorraine mówiła powoli, przechylając w zamyśleniu głowę – mówiła, a jej wysokiemu głosowi zdawały się towarzyszyć wspomnienia wszystkich dźwięków, które słyszała dawno temu – głęboko w spowitych w mroku otchłaniach podziemnych ścieżek – wspomnienia pełne tajemnicy, rozpaczy i smutku: nikłe echo dochodzącej z oddali, sennej melodii, pomruk pieśni katakumb, czuły szept głosu Baldwina, który przyzywał ją po imieniu, odgarniając z twarzy welon wieczystej ciemności, welon pajęczyn i skołtunionych włosów. – Grzechy, ciążące na moim sumieniu... – grzechy, których nawet bogowie nie mogą, a może nie chcą przebaczyć, pomyślała ze smutkiem – ...ciągnęły mnie w dół, w ciemność, coraz głębiej, i głębiej, głębiej, tak głęboko, jak sięgać mogą tylko podziemne ścieżki.
Wtuliła policzek w sierść trzymanego w ramionach kota, a jej lekko przytłumiony głos wydał się jeszcze bardziej odległy, bo choć stała naprzeciw biurka Stanleya, myślami była daleko.
W myślach wciąż błądziła pośród podziemnych korytarzy, gdzie zeszła po tym, jak pierwszy raz złamała legilimencją czyjś umysł. Nie chciałam tego, powtarzała, zrozpaczona, próbując naprawić to, czego naprawić się nie dało. Nie chciałam tego, przepraszała, gdy każde kolejne zanurzenie się w odmęty wspomnień mężczyzny, który padł ofiarą jej uroku, tylko pogarszało sprawę. Nie chciałam tego, wypłakiwała oczy w ojcowski rękaw: te same oczy spoglądały na nią z twarzy ojca, który uśmiechał się, ocierając jej łzy, choć oczy Armanda Malfoya – w przeciwieństwie do oczu jego córki – były suche. "Nie chciałaś tego", powtórzył powoli, rozkoszując się każdym słowem, w którym bezlitosna kpina mieszała z pobłażliwą czułością, bo to, co w Lorraine budziło moralny sprzeciw, strach i zgryzotę, w nim budziło dumę. Był z niej dumny.
Gdy Baldwin ją znalazł, była bliska histerii.
– Mówiłeś, że anioł czuwał nad tobą na Beltane. Nade mną także czuwał wtedy anioł, który rozproszył ciemność i pomógł mi powrócić do światła. Powrócić na powierzchnię. Ocalił mnie, a Matka wie, że potrzebowałam ocalenia. – Lorraine zmusiła się, aby na powrót skupić spojrzenie na twarzy Stanleya. – Ty i ja – ciągnęła, prostując dumnie plecy – zostaliśmy ocaleni przez anioły. Może nigdy nie zostaniemy rozgrzeszeni. Może nawet nie pragniemy rozgrzeszenia. – Stanley nie żałował tego, co zrobił, tylko tego, że został przyłapany. Nie jestem lepsza od niego, stwierdziła Lorraine, której plecy dawno już przestały uginać się pod ciężarem grzechów. Nie mam wyrzutów sumienia. – Nie wierzymy zresztą w rozgrzeszenie, lecz w boską retrybucję, która nakazuje spłacić zaciągnięte długi. Zaciągnęliśmy dług u aniołów, ale możemy go spłacić. Ty i ja, możemy oboje czuwać nad Maeve. Możemy być jej aniołami.
Nie zdawała sobie sprawy, że wstrzymuje oddech, dopóki nie wypuściła powietrza z płuc. Lorraine Malfoy nie darzyła Śmierciożerców żadnymi pozytywnymi uczuciami. Śmierciożercy byli terrorystami, dokonującymi bezmyślnych aktów okrucieństwa, aby siać zamęt. Śmierciożercy nie znali świętości, Śmierciożercy byli bluźniercami, niszczącymi wszystko, czego tylko się dotknęli. Śmierciożercy byli plagą czasów, w jakich przyszło im żyć. Gdyby chociaż klękali przed obliczem chaosu, który sieją, słyszała, jak mówił do Baldwina ojciec, pełen pogardy do wszystkiego i wszystkich, zamiast padać na kolana przed kolejnym samozwańczym lordem. Lorraine nie obchodziło przed kim, ani przed czym klękają Śmierciożercy. Nie w tym momencie. W tym momencie, Lorraine obchodziło tylko bezpieczeństwo Maeve.
Jeżeli to Śmierciożerca miał jej to bezpieczeństwo zapewnić, miał Lorraine po swojej stronie.
– Ty też daj znać, jakbyś czegoś potrzebował. – Wiedział przecież, gdzie jej szukać. Oboje mieli wiele do przemyślenia, wiele do zrobienia: myśli Lorraine wirowały wokół nowozdobytych informacji, gdy podążyła w stronę drzwi, podobnie musiały wirować myśli Stanleya, który potrzebował nowej tożsamości, fałszywych dokumentów, zapasowej kryjówki i konta w Gringottcie, może zmiany twarzy, bo przecież nie będzie mógł teraz wyjść na ulicę bez przebrania... Nie zamierzała zostawić go z tym samego. Nikły uśmiech zadrgał na jej wargach, gdy odwróciła się tuż przy drzwiach, z ręką wspartą o klamkę. – Będę się za ciebie modlić.
Z Lorraine trudno było czasem wyczuć, czy żartuje, czy mówi poważnie, zwłaszcza, że wychodząc, puściła do Stanleya oczko.
"Nie znam odpowiedzi na pytanie, czego oni chcą", mówił Stanley, chwytając się desperacko bezosobowej formy "oni", podsuniętej przez Lorraine, która nie użyła formy "wy" tylko przez litość. Nie była jedną z wątłych kobiet, którym należało wmawiać, że świat jest piękny, bo inaczej stałby się całkiem nie do zniesienia i Stanley dobrze o tym wiedział. Oczywiście, że nie znasz odpowiedzi, pomyślała pogardliwie, słuchając, jak zręcznie dystansuje się od śmierciożerczego kolektywu – jak gdyby ten nie był powodem, dla którego teraz musiał ukrywać się przed światem – powstrzymała się jednak od przewrócenia oczami.
"A prośba o śmierć będzie jego największym marzeniem, które z uśmiechem na ustach spełnię, odsyłając go do miejsca jakie było mu pisane..."
– A mówiłeś, że żadni z was poeci – zaczęła droczyć się Lorraine, przerwając milczenie, gdy Stanley ścisnął ją przyjaźnie za rękę. Odwzajemniła uścisk, skinąwszy głową w niemym podziękowaniu. Dziękowała za wszystkie zapewnienia, jakie wymienili – te szczere i te mniej szczere – dziękowała także i za te, których nie wymienili, ale które trwały niewypowiedziane w przestrzeni między nimi, bo oboje dobrze wiedzieli, że były rzeczy, których nie dało się wypowiedzieć słowami. Niektóre trzeba było po prostu przeżyć, poczuć – jak uścisk dłoni – niektóre zaś zobaczyć na własne oczy. Właśnie dlatego, gdy Stanley rozluźnił uścisk, Lorraine – zamiast zwyczajnie puścić jego dłoń – przesunęła rękę wyżej, jednym, płynnym ruchem prześlizgnąwszy się wzdłuż przegubu, podwijając przy tym do góry rękaw koszuli. Ale na jego skórze nie widniał żaden tatuaż.
Uśmiechnęła się niewinnie, wcale niezakłopotana.
– Wybacz – posłodziła, próbując poprawić zgnieciony mankiet, poklepawszy go delikatnie po dłoni, zanim zdołał się odsunąć. – Chciałam wiedzieć, czy piętno nosisz na tej samej ręce, którą zabijasz, czy na tej, którą udzielasz łaski, ale tknęło mnie, że to byłoby kolejne trudne pytanie.
Przesadziła.
Dlatego teraz patrzyła, zafascynowana, jak Stanley powoli głaszcze koci kark – sunąc ręką po sierści czarnej jak smoła i gęstej jak noc – sunąc ręką pod włos, imitował dreszcz, który przeszedł jej po plecach, wzdłuż kręgosłupa. Nie ośmieliła się zerwać kontaktu wzrokowego. Lorraine zacisnęła palce na oparciu krzesła tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Przez chwilę istniały tylko jego oczy.
– Daję znać, że to nie ze mną powinieneś dzielić się sentymentem do skręcania karków czarnym kotom – zauważyła kąśliwie, kiedy Stanley opadł na fotel – tylko z Saurielem. – Choć spojrzenie Lorraine było poważne, oceniające, twarz nie wyrażała żadnych emocji: wzięła kota na ręce, tylko po to, aby móc wtulić ją w gładkie futerko, aksamitne jak głos Stanleya, kiedy szeptał groźby. Niejako z premedytacją wspomniała w rozmowie imię Rookwooda, ciekawa reakcji Borgina, jak i tego, czy podzielił się z przyjacielem swoją tajemnicą. Koty zwykły chodzić, co prawda, swoimi własnymi, kocimi drogami, ale drogi Sauriela i Stanleya przecinały się ze sobą.
I jeden, i drugi, obiecał jej protekcję. Co gdyby i jeden, i drugi, okazał się być...
– Wszyscy mamy grzechy, które musimy dźwigać – zmieniła miękko temat, głaszcząc kota trzymanego w ramionach. – Niektóre większe od od słów, jakimi próbujemy je ująć, od wyobrażeń nadającym im kształt. Niektóre zaś mniejsze od pokładów czasu, jakich potrzeba, aby obrócić je w czyn. – Lorraine mówiła powoli, przechylając w zamyśleniu głowę – mówiła, a jej wysokiemu głosowi zdawały się towarzyszyć wspomnienia wszystkich dźwięków, które słyszała dawno temu – głęboko w spowitych w mroku otchłaniach podziemnych ścieżek – wspomnienia pełne tajemnicy, rozpaczy i smutku: nikłe echo dochodzącej z oddali, sennej melodii, pomruk pieśni katakumb, czuły szept głosu Baldwina, który przyzywał ją po imieniu, odgarniając z twarzy welon wieczystej ciemności, welon pajęczyn i skołtunionych włosów. – Grzechy, ciążące na moim sumieniu... – grzechy, których nawet bogowie nie mogą, a może nie chcą przebaczyć, pomyślała ze smutkiem – ...ciągnęły mnie w dół, w ciemność, coraz głębiej, i głębiej, głębiej, tak głęboko, jak sięgać mogą tylko podziemne ścieżki.
Wtuliła policzek w sierść trzymanego w ramionach kota, a jej lekko przytłumiony głos wydał się jeszcze bardziej odległy, bo choć stała naprzeciw biurka Stanleya, myślami była daleko.
W myślach wciąż błądziła pośród podziemnych korytarzy, gdzie zeszła po tym, jak pierwszy raz złamała legilimencją czyjś umysł. Nie chciałam tego, powtarzała, zrozpaczona, próbując naprawić to, czego naprawić się nie dało. Nie chciałam tego, przepraszała, gdy każde kolejne zanurzenie się w odmęty wspomnień mężczyzny, który padł ofiarą jej uroku, tylko pogarszało sprawę. Nie chciałam tego, wypłakiwała oczy w ojcowski rękaw: te same oczy spoglądały na nią z twarzy ojca, który uśmiechał się, ocierając jej łzy, choć oczy Armanda Malfoya – w przeciwieństwie do oczu jego córki – były suche. "Nie chciałaś tego", powtórzył powoli, rozkoszując się każdym słowem, w którym bezlitosna kpina mieszała z pobłażliwą czułością, bo to, co w Lorraine budziło moralny sprzeciw, strach i zgryzotę, w nim budziło dumę. Był z niej dumny.
Gdy Baldwin ją znalazł, była bliska histerii.
– Mówiłeś, że anioł czuwał nad tobą na Beltane. Nade mną także czuwał wtedy anioł, który rozproszył ciemność i pomógł mi powrócić do światła. Powrócić na powierzchnię. Ocalił mnie, a Matka wie, że potrzebowałam ocalenia. – Lorraine zmusiła się, aby na powrót skupić spojrzenie na twarzy Stanleya. – Ty i ja – ciągnęła, prostując dumnie plecy – zostaliśmy ocaleni przez anioły. Może nigdy nie zostaniemy rozgrzeszeni. Może nawet nie pragniemy rozgrzeszenia. – Stanley nie żałował tego, co zrobił, tylko tego, że został przyłapany. Nie jestem lepsza od niego, stwierdziła Lorraine, której plecy dawno już przestały uginać się pod ciężarem grzechów. Nie mam wyrzutów sumienia. – Nie wierzymy zresztą w rozgrzeszenie, lecz w boską retrybucję, która nakazuje spłacić zaciągnięte długi. Zaciągnęliśmy dług u aniołów, ale możemy go spłacić. Ty i ja, możemy oboje czuwać nad Maeve. Możemy być jej aniołami.
Nie zdawała sobie sprawy, że wstrzymuje oddech, dopóki nie wypuściła powietrza z płuc. Lorraine Malfoy nie darzyła Śmierciożerców żadnymi pozytywnymi uczuciami. Śmierciożercy byli terrorystami, dokonującymi bezmyślnych aktów okrucieństwa, aby siać zamęt. Śmierciożercy nie znali świętości, Śmierciożercy byli bluźniercami, niszczącymi wszystko, czego tylko się dotknęli. Śmierciożercy byli plagą czasów, w jakich przyszło im żyć. Gdyby chociaż klękali przed obliczem chaosu, który sieją, słyszała, jak mówił do Baldwina ojciec, pełen pogardy do wszystkiego i wszystkich, zamiast padać na kolana przed kolejnym samozwańczym lordem. Lorraine nie obchodziło przed kim, ani przed czym klękają Śmierciożercy. Nie w tym momencie. W tym momencie, Lorraine obchodziło tylko bezpieczeństwo Maeve.
Jeżeli to Śmierciożerca miał jej to bezpieczeństwo zapewnić, miał Lorraine po swojej stronie.
– Ty też daj znać, jakbyś czegoś potrzebował. – Wiedział przecież, gdzie jej szukać. Oboje mieli wiele do przemyślenia, wiele do zrobienia: myśli Lorraine wirowały wokół nowozdobytych informacji, gdy podążyła w stronę drzwi, podobnie musiały wirować myśli Stanleya, który potrzebował nowej tożsamości, fałszywych dokumentów, zapasowej kryjówki i konta w Gringottcie, może zmiany twarzy, bo przecież nie będzie mógł teraz wyjść na ulicę bez przebrania... Nie zamierzała zostawić go z tym samego. Nikły uśmiech zadrgał na jej wargach, gdy odwróciła się tuż przy drzwiach, z ręką wspartą o klamkę. – Będę się za ciebie modlić.
Z Lorraine trudno było czasem wyczuć, czy żartuje, czy mówi poważnie, zwłaszcza, że wychodząc, puściła do Stanleya oczko.
soft gore