- Nie wydaje mi się, aby miały okazać się daremne, wiesz, sama świadomość, że cokolwiek robimy jest nie najgorsza. - Mogli być jak cała reszta, która ignorowała problem. Może działali nieco po omacku, ale przynajmniej nie siedzieli z założonymi rękoma. Jasne, efekty były ważne, ale czy najważniejsze? Istotne, że pomagali ludziom, którzy tego potrzebowali, może nie mogli uratować wszystkich, ale liczyło się to, że udało im się dać wsparcie chociaż niektórym jednostkom. Nie wszyscy byli skłonni ryzykować swoje własne życia po to, aby pomagać tym, którzy tego potrzebowali.
Może i działali nieco intuicyjnie, może nie do końca potrafili się w tym wszystkim odnaleźć, ale to nie powstrzymywało ich przed zaangażowaniem się w sprawę. Zresztą musieli walczyć z wrogiem, który się ukrywał, chodził między nimi, poplecznicy Voldemorta nie mieli nawet na tyle odwagi, aby oficjalnie opowiedzieć się po jego stronie.
- Każdy z nas jest inny, ma różne predyspozycje, chyba jesteśmy już w takim wieku, że powinniśmy się z tym pogodzić. - Mimo, że czasem było jej głupio, że nie była szczególnie przydatna podczas akcji w terenie, to nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby próbować to zmienić. Nie miała pewnych umiejętności, pogodziła się z tym, wolała nie przysparzać swoim najbliższym kolejnych problemów, jeszcze tego brakowało, aby musieli się o nią martwić podczas tych wszystkich swoich zajęć.
Przysunęła papierosa do ust i zaciągnęła się dymem, właściwie to spora jego część się żarzyła, przez to, że pochłonęła ją rozmowa z przyjacielem. - Mam tego świadomość, ale jestem pewna, że mijasz wielu wrogów na korytarzu ministerstwa, kto wie, może też przychodzą do mnie po pączki. To jest okropne, że nie mamy pojęcia, gdzie i kiedy mogą się pojawić. Na szczęście oni również nie wiedzą kim jesteśmy. - To był spory plus zważając na to, że Figgówna nie byłaby sobie w stanie poradzić w bezpośrednim starciu chyba z nikim. Miała nadzieję, że pozostanie anonimowa tak długo, jak to tylko możliwe. Cóż, znała członków Zakonu, ufała im i wierzyła, że tak pozostanie.
- Tak, nie sądzę, aby chcieli się teraz wychylać, pewnie też nie chcą rzucać się w oczy. - Co było chyba całkiem rozsądne? Tak przynajmniej podejrzewała, ale ona nie za bardzo znała się na metodach walki, więc to mogło być błędnym myśleniem. - Myślisz, że naprawdę lepiej by się nam żyło? Nie sądzę. Chyba nie umiałabym siedzieć z założonymi rękoma, wiedząc, że ludzie umierają, to gryzłoby mnie od środka. - Jasne, droga, którą wybrali nie należała do najprostszych, ale jej zdaniem była odpowiednia.