27.01.2025, 22:50 ✶
Roselyn zmrużyła gniewnie oczy. Czy w ich legendach i podaniach jest cokolwiek o tym, co może ich zniszczyć? Umieszczanie takich informacji w księgach byłoby głupotą, dlatego niemalże od razu wiedziała, że mogłaby odpowiedzieć przecząco na zadane przez Samuela pytanie. Ale nie odezwała się, zamiast tego zaciskając usta w wąską kreskę. Przeniosła wzrok na brata.
- Nie kojarzę - powiedziała w końcu, wypuszczając z siebie powietrze z takim impetem, jakby trzymała je w płucach od wielu miesięcy. - Samuel, nie wolno ci pytać byle kogo o to, co się stało w Kniei.
Greengrassówna wstała, chociaż zrobiła to niezwykle pokracznie. Chwiała się na nogach, które wciąż były osłabione. Jej chude ciało nie było przyzwyczajone do tego typu eskapad, a i tak Rose wystarczająco je wyniszczała nie sypiając ostatnio po nocach. Ale potrzebowała się rozprostować i ogrzać, chociaż wciąż miała wrażenie, że nic nie będzie w stanie przywrócić jej dawnego, wewnętrznego blasku.
- Tylko z tymi, za których oddałbyś życie. Ambroise ma rację, chociaż ledwo przechodzi mi to przez gardło - potrząsnęła głową lekko, pozwalając by potargane wiatrem włosy rozsypały się wokół bladej twarzy z podkrążonymi oczami. Usta miała suche jak wiór i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo chciało jej się pić. Rozejrzała się za dzbankiem, jednocześnie próbując zebrać myśli. Wyglądało to tak, jakby po prostu się zacięła w myśleniu.
Na szczęście od myślenia miała brata. Spojrzała na Ambroise z wdzięcznością, którą nieczęsto u niej widział, szczególnie ostatnio.
- Wyjątkowo mówimy dzisiaj jednym głosem, bracie - Roselyn oblizała spierzchnięte wargi, decydując się na ostrożne przesunięcie do stolika z dzbankiem. W środku była woda, której tak potrzebowała. - Ministerstwo nam nie pomoże. Nie zrobili tego do tej pory, nie zrobią i teraz. Oni... Oni nie są jednymi z nas.
Podrażnione suchością gardło z ulgą przyjęło kojący, zimny płyn, który płynął teraz przez przełyk Roselyn. Jak leśny strumień - ta woda również była krystalicznie czysta.
- Nie wytłumaczysz im tego, co czujemy. Sam pomyśl, Sam. Dlaczego przez tyle lat mieszkałeś w Kniei, zamiast wśród ludzi? - nie zrobiła tego złośliwie: wyciągnęła ten jeden jego element z przeszłości bo wierzyła w to, że świat nie rozumie Samuela i on o tym wiedział. Świat nie zrozumie również rodzeństwa Greengrass. Jej niebieskie oczy patrzyły na przyjaciela uważnie. Brenna, Brenna... Coś kojarzyła. Morpheusa chyba nie, ale dziwne miał imię. Chociaż... Zmarszczyła brwi. - Nie mieszaj w to Longbottomów, proszę. To jest sprawa Greengrassów. I twoja.
Powtórzyła, lecz w jej słowach nie było przygany. Raczej ciepło i zrozumienie, coś na kształt troski, którą wzmocniła gdy wolno przesunęła się do McGonagalla i przytuliła się do niego.
- Obiecuję ci, że gdy tylko się czegoś dowiemy, wtedy pójdziemy do kogo trzeba. Ale teraz... Teraz nie mamy dowodów. Nie tylko złamaliśmy prawo, ale również uznają nas za niepoczytalnych - i wszystkich pozamykają, a potem potraktują tak, jak oni traktują rośliny w swoich szklarniach.
- Nie kojarzę - powiedziała w końcu, wypuszczając z siebie powietrze z takim impetem, jakby trzymała je w płucach od wielu miesięcy. - Samuel, nie wolno ci pytać byle kogo o to, co się stało w Kniei.
Greengrassówna wstała, chociaż zrobiła to niezwykle pokracznie. Chwiała się na nogach, które wciąż były osłabione. Jej chude ciało nie było przyzwyczajone do tego typu eskapad, a i tak Rose wystarczająco je wyniszczała nie sypiając ostatnio po nocach. Ale potrzebowała się rozprostować i ogrzać, chociaż wciąż miała wrażenie, że nic nie będzie w stanie przywrócić jej dawnego, wewnętrznego blasku.
- Tylko z tymi, za których oddałbyś życie. Ambroise ma rację, chociaż ledwo przechodzi mi to przez gardło - potrząsnęła głową lekko, pozwalając by potargane wiatrem włosy rozsypały się wokół bladej twarzy z podkrążonymi oczami. Usta miała suche jak wiór i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo chciało jej się pić. Rozejrzała się za dzbankiem, jednocześnie próbując zebrać myśli. Wyglądało to tak, jakby po prostu się zacięła w myśleniu.
Na szczęście od myślenia miała brata. Spojrzała na Ambroise z wdzięcznością, którą nieczęsto u niej widział, szczególnie ostatnio.
- Wyjątkowo mówimy dzisiaj jednym głosem, bracie - Roselyn oblizała spierzchnięte wargi, decydując się na ostrożne przesunięcie do stolika z dzbankiem. W środku była woda, której tak potrzebowała. - Ministerstwo nam nie pomoże. Nie zrobili tego do tej pory, nie zrobią i teraz. Oni... Oni nie są jednymi z nas.
Podrażnione suchością gardło z ulgą przyjęło kojący, zimny płyn, który płynął teraz przez przełyk Roselyn. Jak leśny strumień - ta woda również była krystalicznie czysta.
- Nie wytłumaczysz im tego, co czujemy. Sam pomyśl, Sam. Dlaczego przez tyle lat mieszkałeś w Kniei, zamiast wśród ludzi? - nie zrobiła tego złośliwie: wyciągnęła ten jeden jego element z przeszłości bo wierzyła w to, że świat nie rozumie Samuela i on o tym wiedział. Świat nie zrozumie również rodzeństwa Greengrass. Jej niebieskie oczy patrzyły na przyjaciela uważnie. Brenna, Brenna... Coś kojarzyła. Morpheusa chyba nie, ale dziwne miał imię. Chociaż... Zmarszczyła brwi. - Nie mieszaj w to Longbottomów, proszę. To jest sprawa Greengrassów. I twoja.
Powtórzyła, lecz w jej słowach nie było przygany. Raczej ciepło i zrozumienie, coś na kształt troski, którą wzmocniła gdy wolno przesunęła się do McGonagalla i przytuliła się do niego.
- Obiecuję ci, że gdy tylko się czegoś dowiemy, wtedy pójdziemy do kogo trzeba. Ale teraz... Teraz nie mamy dowodów. Nie tylko złamaliśmy prawo, ale również uznają nas za niepoczytalnych - i wszystkich pozamykają, a potem potraktują tak, jak oni traktują rośliny w swoich szklarniach.