Podniósł z tacki srebrną łyżeczkę i nałożył sobie do filiżanki absurdalną ilość miodu jak na to, że tej herbaty wcale nie spróbował. A później bawił się Laurentem dalej, jak kot torturujący biedną mysz, zanim wreszcie postanowi rozszarpać ją na strzępy. Nikt normalny by tej łyżeczki w restauracji nie oblizał. W obecności kelnerki? Zawahaliby się nawet nienormalni. On to zrobił i to tak nieumiejętnie, żeby w chwili kiedy kobieta opowiadała mu o tajskiej kuchni, część tego miodu została w kąciku ust. Karykaturalne, zabawne wręcz przedstawienie kogoś, kto z każdym dniem coraz mocniej udowadniał, że wcale nie trzeba było udawać kogoś innego ani kłamać, aby zrobić piękną pokazówkę. I oh kurwa, przed chwilą tak sobie myślał o tym wszystkim, jak to wcale nie potrzebowałby go dzisiaj stuknąć, żeby nie oszaleć, ale przecież samego siebie też nakręcał. Nie widzieli się dwa irytująco długie dni. Chciał poczuć tę ulgę. Przypomnieć sobie o tym, że ich miłość nie była fikcją. Miłość bez dotyku w jego języku nie istniała.
Nigdy nie miał prawdziwego domu, ale jego dusza jak taki dom była - tylko opuszczony i cichutki. Tylko ciepło drugiego człowieka potrafiłoby tenże dom ożywić - Laurent otworzył go na swój głos, wymył zmatowiałe okna, odkurzył ściany, sufit, podłogę. Zaczął już trzepać dywan, nie zważając na drzwi skrzypiące z całych sił, jakby dom ten chciał dać mu do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany. Bo Laurent doceniał, że może i ten dom był zapuszczony i zepsuty, ale wciąż posiadał te ściany, sufit i okna. Można było urządzić w nim sobie jakieś dobre życie, a nie tylko doglądać go od czasu do czasu i zachwycać się z daleka pięknem niszczejącej konstrukcji.
Pragnął bliskości, jak sucha ziemia pragnęła deszczu - łapczywie i do granic bólu. To ta potrzeba nauczyła go być aż tak ordynarnym i kusić ludzi jeszcze bardziej niż kusił los. Rdzeniem jego istnienia na pewnym etapie życia stał się seks. Mogli go kochać jak swojego, mogli go gryźć i okładać prętem, mogli go traktować różnie, tak jak chcieli, bo to nie było ważne, póki mu przypominali, że jeszcze istnieje - nikt go nie zmyślił, jego istnienie stawało się faktem, a ich pożądanie potrzebą posiadania go blisko. Te śliczne dłonie wzbraniające się przed fantomowym dotykiem to były już w głowie Crowa jego rączki. Chciał czuć je na swoich ramionach, chciał czuć te palce sunące po rysach jego twarzy, jakby chciały je w ten sposób zapamiętać. Może w tej wannie. Może na plaży, którą Laurent tak bardzo lubił. Zrobiłby dla niego naprawdę wiele w zamian za to, z jaką łatwością przychodziło mu czasami układanie jego chwiejnych nastrojów w śliczną mozaikę.
Kobieta po dosyć wyczerpującej historii o tej kuchni, o tym jak bardzo by chciały z córką usłyszeć jego opinię, zniknęła wraz z tą córką właśnie za drzwiami kuchni, a Crow spoglądał na niego uroczo.
- No przestałem.
Faktycznie przestał, nawet jeżeli dźwięk jego głosu wciąż sugerował, że się droczy.
- Stęskniłem się za tobą - przyznał. - Co dzisiaj robisz? Czy to jest dzień dla mnie? - Przestał bawić się swoimi włosami, ale jeszcze raz oblizał wargi z miodu. - Pusto mi bez ciebie w łóżku. Wracam z tych występów do pustego pokoju. Nikt się do mnie nie przytula. - A bycie obejmowanym znaczyło bycie kochanym. Przechylił głowę jeszcze raz, odchylając się przy tym na krześle. - Załatwiłeś jakieś rzeczy dla swojego rezerwatu... - palił do jego monologu sprzed chwili - ale czemu musiałeś kogoś przekupić?
Nigdy nie miał prawdziwego domu, ale jego dusza jak taki dom była - tylko opuszczony i cichutki. Tylko ciepło drugiego człowieka potrafiłoby tenże dom ożywić - Laurent otworzył go na swój głos, wymył zmatowiałe okna, odkurzył ściany, sufit, podłogę. Zaczął już trzepać dywan, nie zważając na drzwi skrzypiące z całych sił, jakby dom ten chciał dać mu do zrozumienia, że nie jest tu mile widziany. Bo Laurent doceniał, że może i ten dom był zapuszczony i zepsuty, ale wciąż posiadał te ściany, sufit i okna. Można było urządzić w nim sobie jakieś dobre życie, a nie tylko doglądać go od czasu do czasu i zachwycać się z daleka pięknem niszczejącej konstrukcji.
Pragnął bliskości, jak sucha ziemia pragnęła deszczu - łapczywie i do granic bólu. To ta potrzeba nauczyła go być aż tak ordynarnym i kusić ludzi jeszcze bardziej niż kusił los. Rdzeniem jego istnienia na pewnym etapie życia stał się seks. Mogli go kochać jak swojego, mogli go gryźć i okładać prętem, mogli go traktować różnie, tak jak chcieli, bo to nie było ważne, póki mu przypominali, że jeszcze istnieje - nikt go nie zmyślił, jego istnienie stawało się faktem, a ich pożądanie potrzebą posiadania go blisko. Te śliczne dłonie wzbraniające się przed fantomowym dotykiem to były już w głowie Crowa jego rączki. Chciał czuć je na swoich ramionach, chciał czuć te palce sunące po rysach jego twarzy, jakby chciały je w ten sposób zapamiętać. Może w tej wannie. Może na plaży, którą Laurent tak bardzo lubił. Zrobiłby dla niego naprawdę wiele w zamian za to, z jaką łatwością przychodziło mu czasami układanie jego chwiejnych nastrojów w śliczną mozaikę.
Kobieta po dosyć wyczerpującej historii o tej kuchni, o tym jak bardzo by chciały z córką usłyszeć jego opinię, zniknęła wraz z tą córką właśnie za drzwiami kuchni, a Crow spoglądał na niego uroczo.
- No przestałem.
Faktycznie przestał, nawet jeżeli dźwięk jego głosu wciąż sugerował, że się droczy.
- Stęskniłem się za tobą - przyznał. - Co dzisiaj robisz? Czy to jest dzień dla mnie? - Przestał bawić się swoimi włosami, ale jeszcze raz oblizał wargi z miodu. - Pusto mi bez ciebie w łóżku. Wracam z tych występów do pustego pokoju. Nikt się do mnie nie przytula. - A bycie obejmowanym znaczyło bycie kochanym. Przechylił głowę jeszcze raz, odchylając się przy tym na krześle. - Załatwiłeś jakieś rzeczy dla swojego rezerwatu... - palił do jego monologu sprzed chwili - ale czemu musiałeś kogoś przekupić?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.