Mógł od razu zapytać, czy nalać mu herbaty do miseczki z miodem - ale chyba wtedy nie miałby tej przyjemności z oblizywania jej...
Biorąc pod uwagę, jak Flynn to lubił, może należy rozważyć znaczenie mu drogi miodem przez własne ciało.
Wiercił się nieco. Jak nie on - bo przecież Laurent starał się zachowywać bezruch, albo przecinać go wyważonymi, wolnymi gestami. Teraz zaciskał palce, przesuwał nimi po skórze, to założył nogę na nogę, to ją ściągnął. To siedział nieco podparty, słuchając kobiety, to zaraz się naprostował z powrotem. To odłożył rękę na stół, to znowu powędrował nią do karku, czy podrapał się za uchem. Rumieniec nie zjeżdżał z jego twarzy, chociaż na tym etapie to miał wrażenie, że chyba zaczął się już robić czerwony. I ta myśl, co mogła sobie pomyśleć ta kobieta, zwijała mu ze stresu żołądek. Podeszła tutaj, a on taki zaczerwieniony, flirt się toczył... a może niczego sobie nie pomyślała. Może podobało jej się, że mężczyzna może mężczyźnie prawić komplementy i wszystko jest w porządku?
Taki piękny komplement, a on został odsunięty i nie trafił do niego tak, jak powinien. Zmieszał się z tą frustracją, stresem, niezadowoleniem i pragnieniem, żeby wziąć Flynna do łazienki i dać ulgę temu napięciu na tutejszym kiblu. Och, jakież to było romantyczne, doprawdy...
Jedyną ulgą w tym wszystkim było to, że Flynn nie zareagował chmurnością - a wyglądał, jakby się świetnie bawił. Laurent odetchnął ciężko i zwiesił głowę w dół, podpierając czoło na dłoni. Co za dzieciak. Próżno było szukać odpowiedzi na pytanie, czy wszyscy mężczyźni byli dziećmi. Byli. Nie potrafił znaleźć chociaż jednego przypadku, które byłoby tego zaprzeczeniem. Niektórzy tylko lepiej to wewnętrzne dziecko chowali przed światem od innych. Podniósł jednak tę głowę, chociaż miał ochotę na chwilę się odciąć, bo Flynn mówił dalej. Nie zapadła cisza. Stęsknił się? Przez dwa dni? Powiedziałbyś, że to niemożliwe, ale jaki nagle pusty znów stawał się dom, kiedy go nie było...
- Muszę jeszcze sprawdzić paszporty abraksanów i licencje konwojenta... - co pewnie mówiło Flynnowi tyle co nic - ... muszę jeszcze coś zrobić, ale mogę to zrobić o dowolnej godzinie, jeśli chciałbyś gdzieś jeszcze pójść. - Ty chciałeś pójść - w końcu do tego pięknego oceanarium... przynajmniej tak słyszał, że jest przepiękne. Ale to ciągle gdzieś umykało. - Więc czemu nie wracasz do New Forest? - Może głupie pytanie, a może nie? W końcu Laurent miał kominek, a i publiczna sieć fiuu była podpięta do rezerwatu. Przynajmniej Laurent na chwilę znowu uniósł kąciki ust ku górze. - Nie... nikogo nie przekupowałem, to tylko... ciąg myśli. - Poprawił się na tym krześle do bardziej ludzkiej pozycji i zaczął się - jak to on - poprawiać. Nawet to, czego poprawiać nie trzeba było. Zupełnie zgubił myśl - tamtą myśl, tamte słowa. Zresztą chyba aktualnie pogubił wszystkie myśli, bo nawet jakoś miał problem z ciągłością wypowiedzi bez pauz. - Opłaty za wpisy do rejestrów, zakłady, opłaty za licencje, pozwolenia, zapisy, spadki, darowizny, projekty... lista jest długa. Wolę, żeby pieniądze moje i mojej rodziny pozostawały w kieszeni mojej i uśmiechniętego Ministra. Który potem też znajdzie fundusz wspomagający stadninę jakże ważnego dla anglików sportu... - Kiedyś się kradło małże z talerza, a teraz nie pozwalano, żeby państwo okradało ciebie. Chociaż można to było zinterpretować dwojako. - Nie przywykłem do publicznego okazywania uczuć. - Wypalił nagle, przestając się poprawiać i spojrzał na Flynna. - Nie pokazywałem się nawet z kobietami chodząc z nimi za rękę. Powiedziałem to. - Prawie jak nastolatka, która pierwszy raz mówi słowo na "k" do swojej miłości. - Mam nadzieję, że czujesz się wyjątkowy. - Więc takie sytuacje, jak ta sprzed chwili... rozumiesz? Laurent ostatnie teraz, o czym myślał, to seksie na plaży. Myślał o tym, że chciał zmyć z siebie ten dotyk i owinąć się kocem, żeby nikt go nie mógł dotknąć.