28.01.2025, 03:07 ✶
Gdyby posiadał ogon, pewnie by nim teraz zamerdał. Przynajmniej tak się poruszył. Jak taki piesek, któremu powiedziało się jego imię i wydawało mu się, że zaraz zostanie zabrany na spacer. I był słodki, ale w tej słodyczy było coś jeszcze - ten sam człowiek, który ordynarnie podrywał go na tarasie jeszcze zanim byli ze sobą na poważnie. Obudziła się w nim z drzemki jakaś taka... figlarność, psota, pragnienie zabawy. Coraz wyraźniej rysowały się w aparycji Crowa i nie chciały nigdzie uciekać. To nie była ostatnia zaczepka ani ostatnie strzelenie gumką od majtek - on miał w sobie aż za dużo energii. Przez to nakręcenie nie stracił jej nawet w momencie zejścia na nieco gorszy temat niż bycie chcianym.
- Wiesz... - cmoknął ustami z jakąś taką... dezaprobatą dla tego pomysłu. - Nie wiem, jak to ująć twoim językiem Laurent, ale w naszych kręgach się mówi, że pieniądze przynoszą kłopoty. - Jak ktoś tak miałby to zrozumieć? Ktoś dla kogo kasa była remedium na wszystkie możliwe problemy, jakie go dotykały oprócz miłości... chociaż i miłość można było sobie kupić, jeżeli podobały ci się chciwe kobiety. W dodatku nie chciał go oceniać, może powinien ugryźć się w język, ale jednak zrobił to - ale to dalej będzie dobry dzień, prawda? - Póki oni nich nie mają - wyraźnie nie mówił o sobie, jakby był odrębną od nich częścią - to całe ich życie ma jakiś rytm. I ten rytm jest spokojny. - Miał w głowie wspomnienie tego, jak trzy lata temu Alexander pokazywał mu to cholerne niebo ręką i gadał o tym, jak to ich partnerstwo miało wznieść Fantasmagorię ponad wszystko. Niby się udało, niby coraz więcej osób przychodziło na występy, ale... to wcale niczego nie naprawiało. Bo tu nigdy nie chodziło o cyrk. Na jesień wozy powinny wrócić do Doliny, baby będą robiły te swoje dżemy, a faceci pójdą rąbać drewno na ogrzewanie wozów zimą. Oni to wiedzieli, tylko nie lubili sobie tego przyznawać. Że jeżeli kupią ten worek węgla, to nie będą mieli co robić. Zgubią ten rytm, zgubią siebie... tak jak on się kiedyś zgubił.
Złapanie go za rękę nie było żadnym żartem ani tanią zagrywką, nawet jeżeli mrugnął do niego oczkiem.
- Ja ciebie też - mruknął, opierając głowę na knykciach wolnej dłoni i wspierając łokieć o blat stołu. Tym samym przestał bujać się na krześle i wiercić, chociaż zaraz zacznie robić o znowu. - O żonę miałbym nie zadbać? - Wyszczerzył się i chciał flirtować dalej, ale ten jego uśmiech pobladł i wraz z trzaskiem dobiegającym z drugiego pomieszczenia zniknął błyskawicznie, kompletnie, ustępując wpierw szokowi, następnie skupieniu kiedy odwrócił twarz w kierunku zamkniętych drzwi. I kolejny trzask. Zacisnął swoje palce na jego, żeby go uspokoić, bo wrzask jednej z kobiet był zirytowany, a nie pełen bólu, ale wciąż był wrzaskiem. Momentalnie wstał, pogładził jeszcze wierzch jego dłoni i ruszył w tym kierunku, tak dla pewności, że im tylko jakiś garnek spadł na podłogę i coś tam głupiego się wydarzyło, ale tępe, głośne uderzanie chochlą o dno patelni poniosło się aż tutaj. I było tak paskudnie irytujące, że mu się włos na karku zjerzył - no nie cierpiał takich dźwięków.
Już miał złapać za klamkę, kiedy zawiasy skrzypnęły, a drzwi z impetem uderzyły go w nos. Nie złamał się, ale po wkurwionym warknięciu wiadomo było, że poltergeistowi udało się wywołać u niego olbrzymi ból. Crow ściągnął ku sobie brwi, klasnął i chciał go jakoś za to upokorzyć, ale starsza Tajka wyszła ze zdemolowanej (a może raczej zrujnowanej!) kuchni i już celowała w niego różdżką. Odbiła go o podłogę jak piłką pięć razy. Nic mu się oczywiście nie stało - bo był duchem - pokazał jej język, ściągnął spodnie i pokazał jej swój tyłek, śmiejąc się wesoło.
To był dobry dzień. Przynajmniej dla tego upierdliwca.
- Wiesz... - cmoknął ustami z jakąś taką... dezaprobatą dla tego pomysłu. - Nie wiem, jak to ująć twoim językiem Laurent, ale w naszych kręgach się mówi, że pieniądze przynoszą kłopoty. - Jak ktoś tak miałby to zrozumieć? Ktoś dla kogo kasa była remedium na wszystkie możliwe problemy, jakie go dotykały oprócz miłości... chociaż i miłość można było sobie kupić, jeżeli podobały ci się chciwe kobiety. W dodatku nie chciał go oceniać, może powinien ugryźć się w język, ale jednak zrobił to - ale to dalej będzie dobry dzień, prawda? - Póki oni nich nie mają - wyraźnie nie mówił o sobie, jakby był odrębną od nich częścią - to całe ich życie ma jakiś rytm. I ten rytm jest spokojny. - Miał w głowie wspomnienie tego, jak trzy lata temu Alexander pokazywał mu to cholerne niebo ręką i gadał o tym, jak to ich partnerstwo miało wznieść Fantasmagorię ponad wszystko. Niby się udało, niby coraz więcej osób przychodziło na występy, ale... to wcale niczego nie naprawiało. Bo tu nigdy nie chodziło o cyrk. Na jesień wozy powinny wrócić do Doliny, baby będą robiły te swoje dżemy, a faceci pójdą rąbać drewno na ogrzewanie wozów zimą. Oni to wiedzieli, tylko nie lubili sobie tego przyznawać. Że jeżeli kupią ten worek węgla, to nie będą mieli co robić. Zgubią ten rytm, zgubią siebie... tak jak on się kiedyś zgubił.
Złapanie go za rękę nie było żadnym żartem ani tanią zagrywką, nawet jeżeli mrugnął do niego oczkiem.
- Ja ciebie też - mruknął, opierając głowę na knykciach wolnej dłoni i wspierając łokieć o blat stołu. Tym samym przestał bujać się na krześle i wiercić, chociaż zaraz zacznie robić o znowu. - O żonę miałbym nie zadbać? - Wyszczerzył się i chciał flirtować dalej, ale ten jego uśmiech pobladł i wraz z trzaskiem dobiegającym z drugiego pomieszczenia zniknął błyskawicznie, kompletnie, ustępując wpierw szokowi, następnie skupieniu kiedy odwrócił twarz w kierunku zamkniętych drzwi. I kolejny trzask. Zacisnął swoje palce na jego, żeby go uspokoić, bo wrzask jednej z kobiet był zirytowany, a nie pełen bólu, ale wciąż był wrzaskiem. Momentalnie wstał, pogładził jeszcze wierzch jego dłoni i ruszył w tym kierunku, tak dla pewności, że im tylko jakiś garnek spadł na podłogę i coś tam głupiego się wydarzyło, ale tępe, głośne uderzanie chochlą o dno patelni poniosło się aż tutaj. I było tak paskudnie irytujące, że mu się włos na karku zjerzył - no nie cierpiał takich dźwięków.
Już miał złapać za klamkę, kiedy zawiasy skrzypnęły, a drzwi z impetem uderzyły go w nos. Nie złamał się, ale po wkurwionym warknięciu wiadomo było, że poltergeistowi udało się wywołać u niego olbrzymi ból. Crow ściągnął ku sobie brwi, klasnął i chciał go jakoś za to upokorzyć, ale starsza Tajka wyszła ze zdemolowanej (a może raczej zrujnowanej!) kuchni i już celowała w niego różdżką. Odbiła go o podłogę jak piłką pięć razy. Nic mu się oczywiście nie stało - bo był duchem - pokazał jej język, ściągnął spodnie i pokazał jej swój tyłek, śmiejąc się wesoło.
To był dobry dzień. Przynajmniej dla tego upierdliwca.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.