28.01.2025, 03:17 ✶
Jonathan nie poczuł się urażony. Wręcz przeciwnie, uśmiechnął się szeroko, jakby Millie powiedziała mu właśnie najznamienitszy komplement.
– Millie, ja nie kryję się ze swoją miłością do mody, zwłaszcza że wiem co nosić, jak nosić i jak w tym wszystkim wyglądać i świetnie i czuć się dobrze – oznajmił dla potwierdzenia swoich słów, poprawiając drogą marynarkę, narzuconą na równie drogą koszulę chociaż obie te rzeczy, nawet jeśli Moody nie była pewnie w stanie dostrzec różnicy, pochodziły z kolekcji przeznaczonej na bardziej luźniejsze, nieoficjalne spotkania. Uniósł brwi. – Nie masz pewnie zdjęć tego wspaniałego widoku?
Teraz gdy o tym myślał, był to największy skandal tego świata, że chyba nigdy nie dane mu było zobaczyć Morpheusa Longbottoma w jeansach. Zakładał, że to już on by je prędzej założył niż przyjaciel.
– Czyli rozumiem, że lepiej pognać na swoim rumaku dalej, z dala od tej księżniczki – mruknął w odpowiedzi, nieco zamyślony, bardzo taktycznie udając, że nie miał wielu pytań na temat wyrażenia Może gdybym umarła i wdupiła się ze swoją duszą w ciało mojego brata to miałabym jakiekolwiek szanse. Co? Zamyślił się na chwilę. Millie wyraźnie to dalej ruszało i nie mógł się powstrzymać, aby nie pomyśleć o Jeanie. Czy on kiedyś też wspomni komuś innemu o Jonathanie, ten ktoś zada podobne pytanie, a w odpowiedzi otrzyma tą nieprzyjemną odpowiedź? Jego wzrok powędrował w kierunku opadłych już płatków róż w lemoniadzie i poczuł jak całe jego ciało próbuje odepchnąć ogarniający go smutek. Bo Jean był przecież na pewno teraz smutny i Selwyn martwił się, mimo wszystko, jak on ten smutek zniesie bez niego. Nie chciał przecież aby cierpiał, już nie. Nie mógł jednak też dać się pokierować podszeptom swojego gryfińskiego kompleksu i zgodzić się na wspólne życie, tylko po to, aby ktoś, kto był dla niego kiedyś tak ważny, na pewno nie był smutny. Prawda? Życie w udawanej sztuce, poświęcenie samego siebie dla szczęścia innych i upewnienia się, że nigdy nie będzie już żadnych gróźb. Budzenie się w czyiś ramionach, które były zimniejsze niż wczesniej, tylko po to, aby nigdy nie pokrywały ich łzy? W końcu wcielał się już w tragiczne role.
Na jej kolejne słowa otrząsnął się z ponurych rozmyśleń i po prostu wyciągnął z kieszeni marynarki niewielki ołówek, chwytając jedną z serwetek.
– Nie moja droga. Nie sądzę, że działa w ten sposób. Ani małżeństwo, ani założenie rodziny nie są zawsze gwarantowane, a ani jedno, ani drugie nie zapewnia ogarnięcia się – powiedział, gotowy skupić się na wypisywaniu imion byle tylko nie myśleć o własnych problemach. Przestał zakładać, że kiedykolwiek się ożeni i będzie miał dzieci kiedy był szalenie zakochany w Jeanie, a teraz? Teraz po prostu chciał być z kimś kiedyś szczęśliwy. – Ale myślę, że kiedyś kogoś znajdziesz. Męża lub nie. Wedle twojej preferencji. No dobrze. Pierwsze imię?
– Millie, ja nie kryję się ze swoją miłością do mody, zwłaszcza że wiem co nosić, jak nosić i jak w tym wszystkim wyglądać i świetnie i czuć się dobrze – oznajmił dla potwierdzenia swoich słów, poprawiając drogą marynarkę, narzuconą na równie drogą koszulę chociaż obie te rzeczy, nawet jeśli Moody nie była pewnie w stanie dostrzec różnicy, pochodziły z kolekcji przeznaczonej na bardziej luźniejsze, nieoficjalne spotkania. Uniósł brwi. – Nie masz pewnie zdjęć tego wspaniałego widoku?
Teraz gdy o tym myślał, był to największy skandal tego świata, że chyba nigdy nie dane mu było zobaczyć Morpheusa Longbottoma w jeansach. Zakładał, że to już on by je prędzej założył niż przyjaciel.
– Czyli rozumiem, że lepiej pognać na swoim rumaku dalej, z dala od tej księżniczki – mruknął w odpowiedzi, nieco zamyślony, bardzo taktycznie udając, że nie miał wielu pytań na temat wyrażenia Może gdybym umarła i wdupiła się ze swoją duszą w ciało mojego brata to miałabym jakiekolwiek szanse. Co? Zamyślił się na chwilę. Millie wyraźnie to dalej ruszało i nie mógł się powstrzymać, aby nie pomyśleć o Jeanie. Czy on kiedyś też wspomni komuś innemu o Jonathanie, ten ktoś zada podobne pytanie, a w odpowiedzi otrzyma tą nieprzyjemną odpowiedź? Jego wzrok powędrował w kierunku opadłych już płatków róż w lemoniadzie i poczuł jak całe jego ciało próbuje odepchnąć ogarniający go smutek. Bo Jean był przecież na pewno teraz smutny i Selwyn martwił się, mimo wszystko, jak on ten smutek zniesie bez niego. Nie chciał przecież aby cierpiał, już nie. Nie mógł jednak też dać się pokierować podszeptom swojego gryfińskiego kompleksu i zgodzić się na wspólne życie, tylko po to, aby ktoś, kto był dla niego kiedyś tak ważny, na pewno nie był smutny. Prawda? Życie w udawanej sztuce, poświęcenie samego siebie dla szczęścia innych i upewnienia się, że nigdy nie będzie już żadnych gróźb. Budzenie się w czyiś ramionach, które były zimniejsze niż wczesniej, tylko po to, aby nigdy nie pokrywały ich łzy? W końcu wcielał się już w tragiczne role.
Na jej kolejne słowa otrząsnął się z ponurych rozmyśleń i po prostu wyciągnął z kieszeni marynarki niewielki ołówek, chwytając jedną z serwetek.
– Nie moja droga. Nie sądzę, że działa w ten sposób. Ani małżeństwo, ani założenie rodziny nie są zawsze gwarantowane, a ani jedno, ani drugie nie zapewnia ogarnięcia się – powiedział, gotowy skupić się na wypisywaniu imion byle tylko nie myśleć o własnych problemach. Przestał zakładać, że kiedykolwiek się ożeni i będzie miał dzieci kiedy był szalenie zakochany w Jeanie, a teraz? Teraz po prostu chciał być z kimś kiedyś szczęśliwy. – Ale myślę, że kiedyś kogoś znajdziesz. Męża lub nie. Wedle twojej preferencji. No dobrze. Pierwsze imię?