Owszem, to nie było dla niego proste do pojęcia. Ale pamiętał, co powiedziała mu Olivia. Że nie chciałaby tak żyć i że mu współczuje. Powiedziała też kilka bardziej bolesnych słów, ale teraz one nie miały znaczenia. Te od strony Flynna nie docierały - te od jego strony miały prosty i zrozumiały wymiar. Jego kręgi i pieniądze. A co by powiedzieli w TWOICH kręgach? Gdyby nagle zabrakło waluty, gdyby bank się opróżnił, z jakiegokolwiek powodu. Byłyby te osoby, które przyszłyby z pomocą, ale jedno byłoby oczywiste - że jesteś zwyczajnym przegranym na drodze życia. Żałosny, godny politowania. Brak pieniędzy? Nie, Laurent widział Flynna przed sobą i myśl o braku świeżej pościeli tylko skłaniała go do cofania się pamięcią do tego małego strychu... ale on prawie niczego nie pamiętał stamtąd. Więc jak to jest? Nie chciał się przekonać. Ale chciał zrozumieć Flynna.
- Rozumiem. - Na jego twarzy było zrozumienie. - Staram się zrozumieć świat twoimi oczami. Nie wiem, jak to jest żyć w takiej przyczepie, a złotym zamku. Rozumiem jednak bardzo dobrze, że mój rytm życia od tych pieniędzy zależy. I gdyby ich zabrakło to zaczęłyby się dziać złe rzeczy. Rozumiem więc, że w drugą stronę to zaburzenie również działa. - Temat pieniędzy był tematem dość wstydliwym dla samego Laurenta z bardzo prostej przyczyny - nie chciał pokazywać ludziom, jaki był... chciwy. Jak bardzo kochał wszystko, co się świeci - niczym nawiedzona sroka, która chce znosić błyskotki do swojego gniazda, nie ważne, czy je użyje, czy też nie. Kiedy miał się rozstawać z biżuterią - bolało go serce. Więc się nie rozstawał. Temat jakże dobry - trafny, ale Laurent chciał poruszyć coś innego. Tą naprawdę delikatną i ważną kwestię, by Flynn więcej tego nie robił. Uśmiechnął się, rozczulony widząc tą pozycję, ten wzrok Flynna. Nawet cicho zaśmiał na to stwierdzenie. Najsłodsze słowo, jakie znał powróciło do niego i narzuciło ciepły koc na jego ramiona. Chcieli sporo rzeczy. Ale pech ponoć chodzi parami.
Pierwszy trzask tylko Laurenta zdziwił. Obrócił automatycznie głowę w kierunku źródła hałasu. Nawet chciał to zignorować - przecież wypadki w kuchni się zdarzają. Tylko że pojawił się drugi trzask i Laurent lekko podskoczył na jego intensywność. A kiedy nastąpił krzyk to już mina mu zmarniała. Napiął się i sam zacisnął mocniej palce na dłoni Flynna. Zimny dreszcz przeszył jego ciało i strach bardzo szybko wkradł się do jego głowy. Nie, nie, nie... Cokolwiek się działo - cały on był już nastawiony na kryzys. Na dramat, w którym komuś zaraz może zadziać się coś złego. Puszczanie Flynna zdawało mu się najgłupszą rzeczą ze wszystkich... a jednak puścił. Puścił i jak zaklęty wpatrywał się w źródło tego hałasu, trzymając już w dłoni różdżkę. Po kolejnym uderzeniu chochli w garnek - wstał.
Krzyknął automatycznie, kiedy nagle drzwi huknęły i zasłonił dłonią usta, patrząc na Flynna. Stał, krwi nie było - znaczy dobrze? Nie, niekoniecznie! Ale teraz nie było na to czasu, bo ewidentnie - był tu napastnik. Laurent nie miał instynktu samozachowawczego, ale miał zaufanie do tego, że kiedy powierzał komuś jakieś zadanie, to ta osoba potrafił się z niego wywiązać. A Flynn potrafił sobie poradzić stojąc między nim a zagrożeniem. I nie zamierzał w to wątpić... no - co najwyżej przegrywał z drzwiami. Drzwi:Crow - 1:0. Zamiast tego przysunął się plecami do ściany, żeby czasem nie wejść w pole rażenia... poltergeista?
- O nie... - Jęknął, aż za dobrze poznając żartownisia. - Znowu ty... - Ostatnim razem w zasadzie bardzo się ucieszył, kiedy się pojawił. Kiedy zamienił go w kobietę. Och, aż promieniował szczęściem! To było wtedy. A teraz ten sam polteigest... pokazywał tyłek?! Laurent żałował, że nie miał czasu na opanowanie egzorcyzmów w swoim życiu dokładnie w tym momencie. A obiecał sobie, że już żadnego kontaktu z duchami...