28.01.2025, 08:52 ✶
Nie poruszyło go to, że ten karzeł stroił sobie jakieś żarty, ale zniszczenie garnków i mebli kuchennych to była już przesada - bardzo świadomie chciał go dopaść i wymierzyć mu za to jakąś karę, ale kiedy wysunął rękę do przodu i uniósł ją w kierunku poltergeista... Nie stało się nic. Jak to nic? Coś... Coś było inne i nagle poczuł się jak kot, którego ktoś łapał za ten nadmiar skóry i unosił gdzieś. Bezwładny. Nie mógł się nawet miotać na boki, walczyć... Zwyczajnie szarpnęło nim i leciał i... Wszystko zawirowało. Od tego jak strasznie zakręciło mu to w głowie aż wypuścił cokolwiek co trzymał w dłoni i... Otworzył oczy, zbadał nieprzytomnym wzrokiem ten przedmiot, żeby wbrew wszelkiej logice okazał się różdżką. Ale to wcale nie różdżka była teraz problemem tylko wszystko co widział wokół to... Tak dużo trzykropków, nie dało się inaczej ująć tego, jak zaczął dyszeć i zawieszać się przy rozglądaniu wokół - bo co to kurwa było? Co się nagle stało ze światem i dlaczego nie mógł nic z tym zrobić? Ciało miał jak klatkę. Sztywne, nierozmasowane. Ze wszystkich przedmiotów nieożywionych, do których mógłby ten stan przyrównać, były takie stare, rdzewiejące, nienaoliwione drzwi wejściowe. Drewno z którego było wykonane lubiło się wyginać, ale zmusiło sie do tego kształtu i tak już zastygło. To aż bolało. Od tej sztywności bolało go wszystko - nogi, drżące ręce, najbardziej barki i szczęka, a klatka piersiowa, Jezu Chryste, serce jakby nie było mu wcale, tylko ten bezlitosny ucisk prowadzący powoli do tej myśli wciśniętej gdzieś pomiędzy szok na widok tych wszystkich... Kolorów... Dusił się... Nie mógł złapać tchu.
Te kobiety walczyły ramię w ramię wypędzając ducha, co im zrujnował obiad w tej pięknej restauracji, a on nie mógł nic z tym zrobić. Zamiast tego był... Tak słaby jakby zachorował i robiło mu się jeszcze słabiej.
- L-Laurent... - Stęknął cudem, walcząc z rozdzierającym klatkę piersiową szarpaniem, wlepiając spojrzenie błękitnych tęczówek w swoje własne ciało. Skoro obie kobiety wciąż darły się po Tajsku, a jego ciało znajdowało się naprzeciw, wcale nie trzeba było wielkiej dedukcji aby dojść do tego, co się stało. To pewnie dało się odwrócić, albo jakoś mijało, ale i tak był tak cholernie przerażony. Wszystko wyglądało tak inaczej, nie potrafił tego w ogóle opisać, potrafił go jedynie przeżywać, ale te przeżycia ciągnęły go w dół, na tę twardą jak diabli, drewnianą podłogę.
Chciał powiedzieć jego imię jeszcze raz, ale nie przyszło już nic. Te wszystkie barwy zaczęły się rozmywać, a później była już tylko czerń.
Kiedy się ocknął, desperacko nabrał powietrza, jakby ktoś go przed chwilą podduszał, ale to nie była przecież prawda - nikt nie śmiał zacisnąć palców na jego szyi, zwyczajne to ciało oddychało płytko, a jemu się wydawało, że to duchota. Gdyby wstrzymał oddech, to ilu sekund by się doliczył? Dziesięciu? Niemożliwe, to było jak duchota, nie dało się tak funkcjonować, brakowało mu tlenu.
Z trudem otworzył oczy i znowu to widział. Sufit miał swój kolor. Jego własna twarz też miała kolor, nie była blada jak ściana, straszna i upiorna. Nic nie mówił. Drapał się po rękach od tego irytującego materiału i wpierw wpatrywał się tępo w jedną z palm, zanim jego oczy zaszły łzami.
Nie miał pojęcia co się stało z tym poltergeistem. Czy tak wyglądała zieleń?
Te kobiety walczyły ramię w ramię wypędzając ducha, co im zrujnował obiad w tej pięknej restauracji, a on nie mógł nic z tym zrobić. Zamiast tego był... Tak słaby jakby zachorował i robiło mu się jeszcze słabiej.
- L-Laurent... - Stęknął cudem, walcząc z rozdzierającym klatkę piersiową szarpaniem, wlepiając spojrzenie błękitnych tęczówek w swoje własne ciało. Skoro obie kobiety wciąż darły się po Tajsku, a jego ciało znajdowało się naprzeciw, wcale nie trzeba było wielkiej dedukcji aby dojść do tego, co się stało. To pewnie dało się odwrócić, albo jakoś mijało, ale i tak był tak cholernie przerażony. Wszystko wyglądało tak inaczej, nie potrafił tego w ogóle opisać, potrafił go jedynie przeżywać, ale te przeżycia ciągnęły go w dół, na tę twardą jak diabli, drewnianą podłogę.
Chciał powiedzieć jego imię jeszcze raz, ale nie przyszło już nic. Te wszystkie barwy zaczęły się rozmywać, a później była już tylko czerń.
Kiedy się ocknął, desperacko nabrał powietrza, jakby ktoś go przed chwilą podduszał, ale to nie była przecież prawda - nikt nie śmiał zacisnąć palców na jego szyi, zwyczajne to ciało oddychało płytko, a jemu się wydawało, że to duchota. Gdyby wstrzymał oddech, to ilu sekund by się doliczył? Dziesięciu? Niemożliwe, to było jak duchota, nie dało się tak funkcjonować, brakowało mu tlenu.
Z trudem otworzył oczy i znowu to widział. Sufit miał swój kolor. Jego własna twarz też miała kolor, nie była blada jak ściana, straszna i upiorna. Nic nie mówił. Drapał się po rękach od tego irytującego materiału i wpierw wpatrywał się tępo w jedną z palm, zanim jego oczy zaszły łzami.
Nie miał pojęcia co się stało z tym poltergeistem. Czy tak wyglądała zieleń?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.