28.01.2025, 15:37 ✶
– Hej, zabranianie mi takich rzeczy jest absolutnie nie fair – oświadczyła Brenna, robiąc taką minę, że można by prawie uwierzyć, że jest dzieckiem, któremu właśnie odmówiono cukierka. – Nawet moja mama przestała mi dawać takie zakazy, kiedy skończyłam Hogwart – dodała, tym razem takim tonem, że brzmiała, jakby mówiła absolutnie poważnie, i rzucała nożami na tyle regularnie, że nawet jej matka uznała, że nie ma co próbować ingerować w hobby córki.
W każdym razie, niezależnie od tego, czy przesadzała bardzo, trochę czy wcale, uszy Brenny chwilowo znajdowały się na swoim miejscu i wyglądało na to, że żadne z nich nie jest przeklęte. Przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.
*
– Nie chciałam. To jakoś… samo się? – powiedziała, gdy chwyciła Basiliusa i pociągnęła go do tańca, bo przecież też wcale nie chciała tańczyć i na pewno nie chciała tańczyć z nim. Znaczy się, to nie tak, że miałaby coś przeciwko zatańczeniu z Prewettem, ale raczej gdyby spotkali się na jakimś przyjęciu z okazji Yule albo urodzin jakiejś bogatej, wpływowej czarownicy, której oboje nie znali, ale na balu której musieli się pojawić, bo inaczej cały jej ród poczułby się dogłębnie urażony. Na pewno nie planowała tańczyć w cyrku i na pewno nie pociągnęłaby go celowo do jakiegoś szaleńczego, magicznego tańca, którego nie dało się przerwać, zupełnie jak w opowieściach o elfach i wiłach.
– Prosimy pozostać na miejscach! Zaklęcie zaraz osłabnie! – zawołała kobieta ze sceny. Spróbowała sięgnąć po różdżkę, nic z tego jednak nie wyszło, bo mężczyźni, wiedzeni tą samą zapewne magią, która dopadła Brennę i sprawiła, że porwała do tańca Basiliusa, chwycili ją za ręce i teraz wszyscy podskakiwali w kółeczku, to zbliżając się do siebie tak, że stykali się łokciami, to oddalając na długość ramion. Jeden z mężczyzn zaczął krzyczeć coś po hiszpańsku albo włosku: Brenna nie znała się na językach, nie była więc pewna.
– To instrumenty, czy różdżka? – spytała, obracając się w tańcu, a potem znów wracając do pozycji wyjściowej, jedna dłoń na ramieniu Basiliusa, druga trzymająca jego rękę. Nie była artystką, ale umiała tańczyć: w ich światku robiło się to dostatecznie często, aby dawno poznała podstawowe kroki. Ale nigdy dotąd nie tańczyła na cyrkowych schodach, w dodatku do dość żywiołowej melodii, gdy ciało nie do końca słuchało poleceń głowy. – Uch, jeśli źródłem są instrumenty, to chyba z góry za daleko, żebyś dał radę rozproszyć wszystko, tylko uwolnisz tych na brzegach… To co, w dół?
W każdym razie, niezależnie od tego, czy przesadzała bardzo, trochę czy wcale, uszy Brenny chwilowo znajdowały się na swoim miejscu i wyglądało na to, że żadne z nich nie jest przeklęte. Przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.
*
– Nie chciałam. To jakoś… samo się? – powiedziała, gdy chwyciła Basiliusa i pociągnęła go do tańca, bo przecież też wcale nie chciała tańczyć i na pewno nie chciała tańczyć z nim. Znaczy się, to nie tak, że miałaby coś przeciwko zatańczeniu z Prewettem, ale raczej gdyby spotkali się na jakimś przyjęciu z okazji Yule albo urodzin jakiejś bogatej, wpływowej czarownicy, której oboje nie znali, ale na balu której musieli się pojawić, bo inaczej cały jej ród poczułby się dogłębnie urażony. Na pewno nie planowała tańczyć w cyrku i na pewno nie pociągnęłaby go celowo do jakiegoś szaleńczego, magicznego tańca, którego nie dało się przerwać, zupełnie jak w opowieściach o elfach i wiłach.
– Prosimy pozostać na miejscach! Zaklęcie zaraz osłabnie! – zawołała kobieta ze sceny. Spróbowała sięgnąć po różdżkę, nic z tego jednak nie wyszło, bo mężczyźni, wiedzeni tą samą zapewne magią, która dopadła Brennę i sprawiła, że porwała do tańca Basiliusa, chwycili ją za ręce i teraz wszyscy podskakiwali w kółeczku, to zbliżając się do siebie tak, że stykali się łokciami, to oddalając na długość ramion. Jeden z mężczyzn zaczął krzyczeć coś po hiszpańsku albo włosku: Brenna nie znała się na językach, nie była więc pewna.
– To instrumenty, czy różdżka? – spytała, obracając się w tańcu, a potem znów wracając do pozycji wyjściowej, jedna dłoń na ramieniu Basiliusa, druga trzymająca jego rękę. Nie była artystką, ale umiała tańczyć: w ich światku robiło się to dostatecznie często, aby dawno poznała podstawowe kroki. Ale nigdy dotąd nie tańczyła na cyrkowych schodach, w dodatku do dość żywiołowej melodii, gdy ciało nie do końca słuchało poleceń głowy. – Uch, jeśli źródłem są instrumenty, to chyba z góry za daleko, żebyś dał radę rozproszyć wszystko, tylko uwolnisz tych na brzegach… To co, w dół?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.