Płakał, ale ten płacz wydawał mu się jakiś taki słabszy niż normalnie. Prawdziwy Fleamont wył, zanosił się płaczem, darł się, szarpał, drapał pazurami, wyzywał się z innymi. Wypchnięty za drzwi dobijał się do nich i obiecywał, że nigdy go w tym miejscu nie zapomną. Prawdziwy Fleamont był jak rozgrzany tygiel, z którego kipiało wszystko, co próbowano do niego wlać. Każda gorsza chwila życia odznaczała się na jego ciele bruzdą.
A teraz?
Czuł emocje, nie mógł oddychać, ale to było zupełnie inne emocje, nawet jeżeli próbowały je udawać. Nich ich dobrze nie doprawił. Ciężko mu było poderwać się w górę, bo już teraz czuł, że się to skończy tym paskudnym uczuciem w klatce piersiowej, po którym zamiast oddychać głęboko, to solidnie sapał, łapał to powietrze, jakby się topił, małymi łykami, jak... Nie umiał tego opisać nawet. Powinien być na tego poltergeista wkurwiony. Gdyby to nie był duch, gdyby był materialnym bytem, tak by go teraz zabolało, że sam zechciałby się wyegzorcyzmować, bo by nie zniósł dalszego bytowania na splamionej takim cierpieniem ziemi. A teraz? To tylko duch był jakiś taki, wkurwiający, unosił się gdzieś tam przy suficie i coś bredził. To był tylko obiad, mogli kupić sobie jedzenie w innym miejscu, a tutaj przyjdą jeszcze raz i będą się z tego śmiali. Nie przeżywał tego tak intensywnie jak zwykle. Ciało wciąż było instrumentem przyjmującym nuty i układających z tego melodię, ale ona była jakaś taka... spokojna. Niezrozumiałe to było dla takiego człowieka jak on. Przywykł do czegoś innego. Jak się wkurwił, to gniew go zwyczajnie pożerał - zapominał o wszystkim, trawił go ten gniew jak pożar suchy las. Radość to był świergot ptaków i ich wznoszenie się na wiosennym wietrze. Nie istniało nic piękniejszego. Smutek - zabijał. I powoli, kiedy Laurent zaciskał na nim swoje palce, kiedy wyzywał tego ducha, a jemu wracała do łba przytomność rozmyta przez chwilowy brak tlenu, docierały do niego logiczne wnioski. Zawsze do niego przychodziły, prędzej czy późnej, nawet jeżeli jego życiem sterowały emocje, ale teraz przyszły inaczej. Tak po prostu.
Potrafił uspokoić oddech. Ta powłoka była tak drętwa, tak sztywna, jakby miał nie dotknąć swoich palców, schylając się w dół, ale jednocześnie była tak posłuszna. Oddychał. Potrafił oddychać. Dobrze wiedział jakby to wszystko wyglądało, gdyby pozostawiono by go w jego ciele. Tak by go to rozsierdziło, że by rozpierdolił i pół Charing Cross, żeby się zemścić za rozjebaną randkę, a ból płynący z kolejnego nieudanego planu rozmyłby się dopiero wieczorem, kiedy by go otoczył ramionami i leżał tak, żeby przypomnieć sobie, że mimo wszystko wciąż byli razem. Cudem by to opanował, te rozbiegane wszędzie myśli. Ujarzmiłby to stalową wolą.
Teraz ból płynący z uczucia porażki też nie znikał. Był tam, czuł to, ale miał nad sobą kontrolę. Mógł podnieść się do siadu, nie czując w trzewiach szalonego wiru. To ciało znało emocje. Znało ich ból, ale nie był tym samym bólem, który znał on. Z jednej strony ujmowało go to w taki sposób, że się poczuł doskonały, z drugiej - czy coś nie zostało... utracone? Bo kiedy patrzył na Laurenta we własnym ciele, wcale nie czuł aż tak dzikiej ekstazy. Wiedział jednak jak ją poczuć. Heroina i ten moment nauczyłaby jak każdą chwilę rozświetlić niczym błysk pioruna w mroku.
- Słyszę cię. - Słyszał go całkiem wyraźnie, bo wszystko wokół było jakieś takie za ciche. Oparł się o niego, naciągając rękawy koszuli tak, żeby przylegały do ciała. Niewiele mu to pomogło. Spojrzał na te Tajki walczące zawzięcie. Jedna z nich przydzwoniła poltergeistowi patelnią, a on znów odbił się jak piłka od ściany i uciekł stąd ostatecznie. Dopiero wtedy podbiegły do ich dwójki i spojrzały na nich z lekkim szokiem, no bo przecież osunął się przed momentem na podłogę. Flynn przełknął ślinę i odwrócił spojrzenie na Laurenta. Brązowe oczy. Stoły też były brązowe. I podłoga. A rośliny były zielone. A czerwony to był kolor na cudzych policzkach, a niebo... Jak wyglądało niebo? Czy niebo dzisiaj było niebieskie? - Ja... pomożesz mi wstać? - Zadał całkiem przytomne pytanie, bo się czuł w tym ciele jak w klatce. On sam potrafił podnieść się na zawołanie - bez podpierania się rękoma, jak gdyby nigdy nic. Teraz - wydawało mu się, że musiałby przetoczyć się do stołu i na nim wesprzeć. - On-n nas z-zamienił ciałami. Ja ci się odwdzięczę za to, przysięgam, ale nie zostaniemy tutaj, nie możemy, bo... - zwrócił się do starszej Tajki. Bo jeżeli on tak widział rzeczywistość, to Laurent właśnie odkrył jeden z jego największych sekretów. I zaraz zacznie odkrywać kolejne.
A teraz?
Czuł emocje, nie mógł oddychać, ale to było zupełnie inne emocje, nawet jeżeli próbowały je udawać. Nich ich dobrze nie doprawił. Ciężko mu było poderwać się w górę, bo już teraz czuł, że się to skończy tym paskudnym uczuciem w klatce piersiowej, po którym zamiast oddychać głęboko, to solidnie sapał, łapał to powietrze, jakby się topił, małymi łykami, jak... Nie umiał tego opisać nawet. Powinien być na tego poltergeista wkurwiony. Gdyby to nie był duch, gdyby był materialnym bytem, tak by go teraz zabolało, że sam zechciałby się wyegzorcyzmować, bo by nie zniósł dalszego bytowania na splamionej takim cierpieniem ziemi. A teraz? To tylko duch był jakiś taki, wkurwiający, unosił się gdzieś tam przy suficie i coś bredził. To był tylko obiad, mogli kupić sobie jedzenie w innym miejscu, a tutaj przyjdą jeszcze raz i będą się z tego śmiali. Nie przeżywał tego tak intensywnie jak zwykle. Ciało wciąż było instrumentem przyjmującym nuty i układających z tego melodię, ale ona była jakaś taka... spokojna. Niezrozumiałe to było dla takiego człowieka jak on. Przywykł do czegoś innego. Jak się wkurwił, to gniew go zwyczajnie pożerał - zapominał o wszystkim, trawił go ten gniew jak pożar suchy las. Radość to był świergot ptaków i ich wznoszenie się na wiosennym wietrze. Nie istniało nic piękniejszego. Smutek - zabijał. I powoli, kiedy Laurent zaciskał na nim swoje palce, kiedy wyzywał tego ducha, a jemu wracała do łba przytomność rozmyta przez chwilowy brak tlenu, docierały do niego logiczne wnioski. Zawsze do niego przychodziły, prędzej czy późnej, nawet jeżeli jego życiem sterowały emocje, ale teraz przyszły inaczej. Tak po prostu.
Potrafił uspokoić oddech. Ta powłoka była tak drętwa, tak sztywna, jakby miał nie dotknąć swoich palców, schylając się w dół, ale jednocześnie była tak posłuszna. Oddychał. Potrafił oddychać. Dobrze wiedział jakby to wszystko wyglądało, gdyby pozostawiono by go w jego ciele. Tak by go to rozsierdziło, że by rozpierdolił i pół Charing Cross, żeby się zemścić za rozjebaną randkę, a ból płynący z kolejnego nieudanego planu rozmyłby się dopiero wieczorem, kiedy by go otoczył ramionami i leżał tak, żeby przypomnieć sobie, że mimo wszystko wciąż byli razem. Cudem by to opanował, te rozbiegane wszędzie myśli. Ujarzmiłby to stalową wolą.
Teraz ból płynący z uczucia porażki też nie znikał. Był tam, czuł to, ale miał nad sobą kontrolę. Mógł podnieść się do siadu, nie czując w trzewiach szalonego wiru. To ciało znało emocje. Znało ich ból, ale nie był tym samym bólem, który znał on. Z jednej strony ujmowało go to w taki sposób, że się poczuł doskonały, z drugiej - czy coś nie zostało... utracone? Bo kiedy patrzył na Laurenta we własnym ciele, wcale nie czuł aż tak dzikiej ekstazy. Wiedział jednak jak ją poczuć. Heroina i ten moment nauczyłaby jak każdą chwilę rozświetlić niczym błysk pioruna w mroku.
- Słyszę cię. - Słyszał go całkiem wyraźnie, bo wszystko wokół było jakieś takie za ciche. Oparł się o niego, naciągając rękawy koszuli tak, żeby przylegały do ciała. Niewiele mu to pomogło. Spojrzał na te Tajki walczące zawzięcie. Jedna z nich przydzwoniła poltergeistowi patelnią, a on znów odbił się jak piłka od ściany i uciekł stąd ostatecznie. Dopiero wtedy podbiegły do ich dwójki i spojrzały na nich z lekkim szokiem, no bo przecież osunął się przed momentem na podłogę. Flynn przełknął ślinę i odwrócił spojrzenie na Laurenta. Brązowe oczy. Stoły też były brązowe. I podłoga. A rośliny były zielone. A czerwony to był kolor na cudzych policzkach, a niebo... Jak wyglądało niebo? Czy niebo dzisiaj było niebieskie? - Ja... pomożesz mi wstać? - Zadał całkiem przytomne pytanie, bo się czuł w tym ciele jak w klatce. On sam potrafił podnieść się na zawołanie - bez podpierania się rękoma, jak gdyby nigdy nic. Teraz - wydawało mu się, że musiałby przetoczyć się do stołu i na nim wesprzeć. - On-n nas z-zamienił ciałami. Ja ci się odwdzięczę za to, przysięgam, ale nie zostaniemy tutaj, nie możemy, bo... - zwrócił się do starszej Tajki. Bo jeżeli on tak widział rzeczywistość, to Laurent właśnie odkrył jeden z jego największych sekretów. I zaraz zacznie odkrywać kolejne.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.