Było... źle. Wystarczyła jedna krótka myśl, żeby wspomaganie się używką stało się czymś bębniącym mu w uszach. Najwyraźniej uzależnienie nie miało jedynie podłoża fizycznego. To było zakorzenione w duszy. Czerwonej? Jego aura była czerwona, tak? I nawet teraz było to widać, bo kiedy Laurent zaciskał wokół niego silne ramiona, on się wcale nie wzbraniał. Przylegał do niego ciaśniej, szczelniej. Podobało mu się to, że mógł zatopić na moment twarz w jego szyi i zapomnieć, że przytula teraz własne ciało.
Ale musieli się podnieść. Zrobił to za szybko, wciąż za szybko! Zakręciło mu się w głowie? To było w ogóle możliwe? Wszystko było takie powolne. Każdy ruch potrzebował odpowiedniego wyważenia i irytowało go to tak mocno jak tylko mogło, czyli... niby silnie, a jakby wcale. Nie potrafił się już określić. To ciało było tak ciężkie przez fizyczność i jednocześnie tak swobodne w radości odczuwania - jak klatka i jak leśna ścieżka jednocześnie. I nawet widok tych załamanych kobiet nie doprowadził go do gorączki. On również przetarł oczy, ale po to, żeby zetrzeć z nich słone łzy.
- N-Naprawdę przepraszamy - powiedział, ale ich to chyba nie obchodziło. Poza tym - za co? Przecież to nie była w żadnym wypadku ich wina, że wdarł się tutaj zły duch, a i one raczej nie miały im nic za złe. Machały rękoma i żegnały się z nimi w zrozumieniu, bo właśnie zobaczyły idiotę, który pomagał im za darmo dostającego w twarz drzwiami i aniołka płaczącego z powodu diabeł wie czego na tej podłodze z egzotycznego drewna. Niech idą - chuj z nimi. Miały większy problem niż składniki za obiad, za który i tak cyrkowiec obiecał się rozliczyć.
Poszedł za nim. Bardzo koślawo, jakby stracił umiejętność stawiania kroków, a później pisnął. Światło było... Było. Po prostu było. Nie był w stanie spojrzeć w niebo, jego oczy od razu zaczęły łzawić. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie jak skończony idiota spojrzał na słońce, a na słońce się nie patrzyło. Przywykł już do tej ciemności. Do widzenia gorzej, do niedostrzegania nie tylko feerii barw, ale i problemów z ostrością wzroku, a teraz zwyczajnie nie radził sobie z tym, co działo się wokół. Mógł kontrolować to co działo się w środku, ale wciąż był przerażony i robił rzeczy absolutnie głupie - jak próba dorównania kroku Laurentowi we własnym ciele. On nie wiedział, że za każdym razem kiedy gdzieś szli, Crow musiał zrównywać krok z nim, a nie na odwrót?
Wziął od niego tę różdżkę, chociaż nawet nie wiedział, co z nią zrobić. Wsadził ją do kieszeni, nie mogąc pogodzić się z tym jak dziwne to było uczucie. Trzymanie w spodniach... patyka.
- Poczekaj, Laurent - pisnął jeszcze raz, dysząc ociężale jak stara lokomotywa - naj-najbliższy kominek jest - pokazał palcem na jakiś zaułek, z szokiem zauważając, że tabliczka z nazwą ulicy miała kolor, ledwo dostrzegalny przez łzy zalewające go już zupełnie. Jego twarz wyrażała głęboki szok i skołowanie - t-tam. - Chwycił go rękoma, opierając spocone ze stresu palce na gołych częściach boczków, tuż przy krawędzi przyciasnych biodrówek. Jednocześnie chciał być blisko i... zwyczajnie się oprzeć. Ciężko mu było iść, ale chyba jeszcze ciężej mu było stać. Aż mu dłonie zadrżały. - Moja kurtka została w wozie - załkał żałośnie, niemalże błagalnie, ale bardzo szybko zreflektował. - Jebać to, wrócę po nią później, proszę, chodźmy stąd, proszę... - Sposób, w jaki się zginał, sugerował, że coś go boli, ale nie mówił o tym co go bolało, ani się nie chwytał za tę nieszczęsną klatkę piersiową, nawet jeżeli odpowiedź musiała być dla Laurenta oczywista. Nie widział już nic. To wszystko było piękne, ale jednocześnie tak przerażające. Jak miał zaakceptować wygląd otaczającej go rzeczywistości? Trzydzieści pięć lat. Miał jakieś trzydzieści pięć lat, a to zawsze był jakiś wymysł, abstrakcja. Maskę Czerwonego Moru Edgara Allana Poe lubił przez opisy kolorów właśnie. To opisy pomieszczeń wybijały ją ponad inne jego dzieła. - Proszę, zabierz mnie do domu... Proszę... - Może jak mu ustawi w głowie jakiś cel, to przynajmniej przestaną tak panikować. W tym tempie zaraz im ktoś w mordę da, najpewniej Laurentowi właśnie, bo on sam musiał wyglądać, jakby go ktoś głęboko skrzywdził.
Ale musieli się podnieść. Zrobił to za szybko, wciąż za szybko! Zakręciło mu się w głowie? To było w ogóle możliwe? Wszystko było takie powolne. Każdy ruch potrzebował odpowiedniego wyważenia i irytowało go to tak mocno jak tylko mogło, czyli... niby silnie, a jakby wcale. Nie potrafił się już określić. To ciało było tak ciężkie przez fizyczność i jednocześnie tak swobodne w radości odczuwania - jak klatka i jak leśna ścieżka jednocześnie. I nawet widok tych załamanych kobiet nie doprowadził go do gorączki. On również przetarł oczy, ale po to, żeby zetrzeć z nich słone łzy.
- N-Naprawdę przepraszamy - powiedział, ale ich to chyba nie obchodziło. Poza tym - za co? Przecież to nie była w żadnym wypadku ich wina, że wdarł się tutaj zły duch, a i one raczej nie miały im nic za złe. Machały rękoma i żegnały się z nimi w zrozumieniu, bo właśnie zobaczyły idiotę, który pomagał im za darmo dostającego w twarz drzwiami i aniołka płaczącego z powodu diabeł wie czego na tej podłodze z egzotycznego drewna. Niech idą - chuj z nimi. Miały większy problem niż składniki za obiad, za który i tak cyrkowiec obiecał się rozliczyć.
Poszedł za nim. Bardzo koślawo, jakby stracił umiejętność stawiania kroków, a później pisnął. Światło było... Było. Po prostu było. Nie był w stanie spojrzeć w niebo, jego oczy od razu zaczęły łzawić. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie jak skończony idiota spojrzał na słońce, a na słońce się nie patrzyło. Przywykł już do tej ciemności. Do widzenia gorzej, do niedostrzegania nie tylko feerii barw, ale i problemów z ostrością wzroku, a teraz zwyczajnie nie radził sobie z tym, co działo się wokół. Mógł kontrolować to co działo się w środku, ale wciąż był przerażony i robił rzeczy absolutnie głupie - jak próba dorównania kroku Laurentowi we własnym ciele. On nie wiedział, że za każdym razem kiedy gdzieś szli, Crow musiał zrównywać krok z nim, a nie na odwrót?
Wziął od niego tę różdżkę, chociaż nawet nie wiedział, co z nią zrobić. Wsadził ją do kieszeni, nie mogąc pogodzić się z tym jak dziwne to było uczucie. Trzymanie w spodniach... patyka.
- Poczekaj, Laurent - pisnął jeszcze raz, dysząc ociężale jak stara lokomotywa - naj-najbliższy kominek jest - pokazał palcem na jakiś zaułek, z szokiem zauważając, że tabliczka z nazwą ulicy miała kolor, ledwo dostrzegalny przez łzy zalewające go już zupełnie. Jego twarz wyrażała głęboki szok i skołowanie - t-tam. - Chwycił go rękoma, opierając spocone ze stresu palce na gołych częściach boczków, tuż przy krawędzi przyciasnych biodrówek. Jednocześnie chciał być blisko i... zwyczajnie się oprzeć. Ciężko mu było iść, ale chyba jeszcze ciężej mu było stać. Aż mu dłonie zadrżały. - Moja kurtka została w wozie - załkał żałośnie, niemalże błagalnie, ale bardzo szybko zreflektował. - Jebać to, wrócę po nią później, proszę, chodźmy stąd, proszę... - Sposób, w jaki się zginał, sugerował, że coś go boli, ale nie mówił o tym co go bolało, ani się nie chwytał za tę nieszczęsną klatkę piersiową, nawet jeżeli odpowiedź musiała być dla Laurenta oczywista. Nie widział już nic. To wszystko było piękne, ale jednocześnie tak przerażające. Jak miał zaakceptować wygląd otaczającej go rzeczywistości? Trzydzieści pięć lat. Miał jakieś trzydzieści pięć lat, a to zawsze był jakiś wymysł, abstrakcja. Maskę Czerwonego Moru Edgara Allana Poe lubił przez opisy kolorów właśnie. To opisy pomieszczeń wybijały ją ponad inne jego dzieła. - Proszę, zabierz mnie do domu... Proszę... - Może jak mu ustawi w głowie jakiś cel, to przynajmniej przestaną tak panikować. W tym tempie zaraz im ktoś w mordę da, najpewniej Laurentowi właśnie, bo on sam musiał wyglądać, jakby go ktoś głęboko skrzywdził.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.