- Zrozum, Geraldine. - Zaczął, jego głos był głęboki i stonowany, czuł, że musiał wyrazić swoje zdanie. Spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem, wiedząc, że jej podejście do życia różni się od jego. - To nie tylko kwestia samego picia, to rytuał, który pokazuje nasze miejsce w społeczeństwie. Każdy detal, od wyboru naczynia po sposób, w jaki trzymamy kieliszek, ma znaczenie. Nie chodzi mi o to, by oceniać twoje preferencje, ale o to, że w pewnych kręgach te detale są kluczowe, a ty, jeśli jeszcze nic nie odjebałaś, należysz do tych kręgów. - W jego oczach błyszczała nutka zrozumienia, jednak wciąż pozostawał wierny swoim przekonaniom. Rozumiał, że dla Geraldine ta cała otoczka była zbyteczna, ale sam nie potrafił oderwać się od tradycji, w której się wychował. - Oczywiście, nie chcę cię przekonywać, byś zmieniała swoje podejście. Jeśli dla ciebie liczy się tylko to, co w środku… - Dodał, wskazując na butelkę, którą trzymała. - To szanuję to, oczywiście, wiem, są rzeczy, które są znacznie ważniejsze, ale to, jak pijemy, jest również formą wyrażenia siebie. Nie każdy musi się w to angażować, ale dla niektórych to ma sens. Nie oceniam cię za to, że preferujesz prostotę, w końcu, jak powiedziałaś, to twoje wybory i twoje zasady.
Cornelius spojrzał na swoją przyjaciółkę z nieco ironicznym uśmiechem.
- Wiesz, może na ten moment poczekam z tym całym „zesraniem się”do powrotu do biura koronera. - Odpowiedział, unosząc brwi. - W końcu, w przeciwieństwie do ciebie, ja dostaję za to pieniądze. A ty? Ty może i robisz dużo dziwnego gówna w lasach, ale to nie to samo, nawet jeśli srasz się w dużych ilościach, to raczej nie przynosi ci to stałych profitów, a, i dupę możesz odmrozić.
Zastanawiał się nad tym, co powiedziała Geraldine, a jego umysł pracował na pełnych obrotach. Cornelius zerknął na Geraldine, widząc, jak jej oczy błysnęły na wzmiankę o Isaacu Bagshocie. Była to możliwość do rozważenia, ale Cornelius nie mógł powstrzymać się od wątpliwości, ufał Isaacowi mniej niż jego przyjaciółka. Owszem, byłoby świetnie, gdyby rzeczywiście był w stanie jej pomóc, ale z drugiej strony, czy Isaac nie byłby bardziej zainteresowany własnym interesem? Mimo, że nie miał dowodów, instynkt Corneliusa podpowiadał mu, że nie można brać za pewnik intencji każdego, nawet tych, którzy wydawali się przyjaciółmi.
- Może warto byłoby przemyśleć jeszcze kilka opcji, zanim zdecydujesz się na kontakt z Isaaciem? Zastanówmy się, czy naprawdę możesz mu zaufać. Bagshotowie mogą mieć swoje własne interesy, są pod patronatem Departamentu Tajemnic, a w tej grze każdy szczegół może się okazać bronią obosieczną. Czy możesz być pewna, że nie wykorzysta informacji, które mu przekażesz? - Zaczął ostrożnie, nie chcąc jej zniechęcić, ale czując, że musiał być realistą. - Nie chcę cię zniechęcać do Isaaca, ale dobrze byłoby mieć plan awaryjny, przetestować tego człowieka, zanim mu ujawnisz wszystkie informacje, na wypadek gdyby jego intencje nie były takie czyste, jak się wydają. -Cornelius uniósł brwi, w myślach analizując, czy ten młody czarodziej rzeczywiście zasługiwał na zaufanie, pamiętał, jak wiele razy w przeszłości zaufanie do niewłaściwej osoby doprowadziło go do poważnych kłopotów. Zbyt duża ilość osób zaangażowanych w sprawę może stworzyć dodatkowe ryzyko, ale z drugiej strony, nie mógł zlekceważyć potencjalnych korzyści, jakie niosło ze sobą zaufanie do Bagshotów, i choć Isaac mógł być ich jedyną nadzieją, Corio miał wrażenie, że lepiej być ostrożnym i mieć plan awaryjny na wypadek, gdyby sprawy wymknęły się spod kontroli.
Cornelius, obserwując zachowanie swojej przyjaciółki, nie mógł powstrzymać się od lekkiego wzruszenia ramionami. Sfochała się, ale nie była to jego pierwsza konfrontacja z jej temperamentem, więc tym razem postanowił zareagować z dystansem. Zmrużył oczy, gdy sztylet przeszył powietrze, a jego metaliczny blask odbił się w świetle lampy. Spojrzenie Corio przesunęło się na ostrze, które wbiło się w ścianę, a następnie wróciło do twarzy Geraldine, gdzie dostrzegł ten sztuczny, promienny uśmiech. Westchnął. Ostatecznie, z jego perspektywy, przyjaciółka powinna wiedzieć, że takie dramatyczne gesty nie były konieczne. Odetchnął głęboko, starając się nie dać się ponieść impulsowi. Mimo, że było to dla niego irytujące, starał się nie dać tego po sobie poznać. Jego ton był chłodny, ale nie wrogi, gdy odpowiedział:
- Nie, nie przeszkadzasz. Po prostu wymieniamy kilka myśli na temat... Spraw, które cię nie dotyczą. - Przerwał na chwilę, by spojrzeć jej prosto w oczy, a w jego oczach pojawił się cień dezaprobaty. - Jeśli, jednak jakimś cudem nie wiedzieliśmy, że jesteś ekspertem w zakresie northumbriańskich pentagramów i celtyckiej czarnej magii, i chcesz dołączyć, informując nas, że to jednak jest brujería, to oczywiście zapraszam, ale nie musisz rzucać sztyletami, żebyśmy pamiętali, że jesteś w pokoju. - Dodał, spoglądając na sztylet, który teraz zdobił jego ścianę.
Cornelius uniósł brwi, słuchając słów Geraldine.
Nie mógł zrozumieć, dlaczego nie powiedziała mu o tym wcześniej. Słowa, które padły, brzmiały jak coś z najgorszego koszmaru. Na początku był zdezorientowany, nie rozumiejąc, o co dokładnie chodzi, gdy zaczęła mówić o swoim rzekomym bracie, a potem o demonie, ale moment później jego początkowe zdziwienie przerodziło się w coś znacznie głębszego, w narastające poczucie wykluczenia. Nie miał pojęcia, że tak poważna sprawa rozgrywała się w jej życiu. Złość na siebie samego, że nie zauważył, jak wiele się działo wokół niego, mieszała się z frustracją, że został pominięty w czymś tak istotnym. Zdał sobie sprawę, że ta sytuacja była poważna, a ona, chuj wie, czemu, tak naprawdę wykluczyła go z czegoś, co mogło zakończyć się tragicznie.
- Ty… - Zaczął, ale głos mu się załamał. - Ty zabiłaś… - Powstrzymał się, by nie warknąć. - I nie pomyślałaś, żeby mnie o tym poinformować? - Jego ton był chłodny, ale w oczach pojawił się gniew. - Co się dzieje z tobą, Geraldine? I z tobą też! Znowu masz jazdy? -Wzrok Corneliusa przeszedł na Roise'a, przyjaciela, który był częścią tej niebezpiecznej sytuacji. -To nie jest coś, co można po prostu zataić! - Obserwował, jak Yaxley spoglądała na Greengrassa, co tylko potęgowało jego frustrację. On sam został z boku, jakby nie był częścią tego świata. Zawiedziony, że nie ufano mu na tyle, by wpuścić go w tę sprawę, poczuł, jak ścisk w jego gardle przerodził się w gniew. - Miałem prawo wiedzieć, co się dzieje. Nie mogę pojąć, dlaczego mnie w to nie włączyliście. To nie jest drobny problem, to jest… To było niebezpieczne! - Czuł się, jakby został odsunięty na bok w sytuacji, która dotyczyła kogoś, kogo traktował jak młodszą siostrę. - Jeśli wykluczyłaś też Astarotha, to nie dziwię się, że ten zareagował tak, jak zareagował. Wygląda na to, że macie jakiś klub samobójców, a reszta stoi z boku, nie wiedząc, co się dzieje. To mogła być skażona krew, tak, to mogło być powodem, ale mam wrażenie, że problem leży gdzie indziej. Brak komunikacji, to, co tygryski lubią najbardziej. - Spojrzał na Ambroise'a, przeszywając go przenikliwym spojrzeniem.