Nie wyglądał dobrze? W całym tym absurdzie to właśnie go dotknęło? Bo kiedy czuł się taki... słaby, taki zniewieściały (i nie chodziło tu wcale o ciało, które posiadał), Crow naprawdę nie lubił tego słyszeć. Stroił się na te wszystkie wyjścia nie po to, żeby słyszeć, jaki był paskudny, tylko żeby zbierać komplementy i choćby ukradkowe spojrzenia. To, co mówił Laurent było logiczne - pewnie twarz mu spuchła, w dodatku nie wyglądał wcale jak on, ale i tak nie chciał tego słyszeć i gdzieś miał prawdę.
- Nie mów tak - pisnął. Sam nie wierzył w to, że wydobył z siebie taki dźwięk. - I nie mów mi, że mam być spokojny, you fucking wanker. - Głos miał cichy, ale kompletnie inaczej niż normalnie. Chciał to powiedzieć głośno, tylko zabrakło mu mocy. Doświadczywszy tego, ponownie się rozkleił. Łzy, co je przed chwilą przetarł rękawem zmasakrowanej koszuli, były jedynie zapowiedzią kolejnej fali. Nie potrafił pogodzić się z tym, co widział przed sobą.
Wszystko mu się teraz podobało i nic mu się nie podobało. Wszystko było tak piękne i tak straszne, a Laurent był jednocześnie tak słodki i tak głupi, przecież on nie potrafił dźwigać ciężarów. Ciało to ciało, ale technika pozostawała techniką. Ale miałby się z nim kłócić? Jeżeli emocje naprawdę zależały od ciała, to nie mógł zrobić tego tutaj, albo zaraz zbiegną się gapie, a oni sobie z tym nie poradzą. Już lepiej było udźwignąć faceta metr osiemdziesiąt wzrostu niż ciężar konsekwencji gdyby ktoś mu zrobił zdjęcie na pierwszą stronę Proroka Codziennego, kiedy instynktownie psuł palcami kołnierz koszuli, nie mogąc znieść tego, jak drapie go w szyję. Pijani. W poniedziałek po południu. Przy Charing Cross. Albo może naćpani? Wciąż myślał o narkotykach, wydających się teraz o wiele atrakcyjniejsze od papierosów.
Jeszcze przez dwa zakręty szokowało go to, jak łatwo przyszło mu opanować wątpliwości wzbierające się w środku. Owinął ręce wokół niego i wtulił się, ukrywając twarz w kruczoczarnych włosach, jakby miało to dodać mu choćby gram anonimowości. Jedna z dłoni poruszała się rytmicznie - ale to nie było wystukiwanie nerwowej melodii, tylko rzucanie zaklęcia mającego wspomóc go w tym karkołomnym zadaniu. Ciało Crowa zarabiało na zbyt wiele osób, żeby je zniszczyć przed wrześniowym finałem występów. Jakie to było cholernie dziwne. Próbował czerpać z tej bliskości, ale przecież nie mógł tak po prostu wyrzucić z głowy faktu, że przytulał samego siebie.
- T-to tamten sklep z antykami - szepnął mu do ucha, a później wytarł wilgotną od łez twarz w jego szyję. Swoją szyję. Jego szyję. Przejście w ten sposób przez ulicę okazało się idiotycznie trudne. Bo jeden nie widział kolorów sygnalizacji i panował tonąć w pieprzonej szarości, a drugi nie mógł kurwa uwierzyć, że te kolory były tak wyraźne i tak czytelne.
Zszedł z niego z lekkim kłopotem. Zszedł to było w ogóle złe słowo - on się zgramolił, a później nieelegancko oparł o ścianę budynku, rozpinając górny guzik koszuli.
- Dz-dziękuję - powiedział, cudem powstrzymując się przed wysmarkaniem się w rękaw. To ubranie było jak szmata do podłogi. To nie było ubranie. Ostrożnie odwrócił się tak, żeby nikt nie wyrwał mu tego, co wyciągał z kieszeni, żeby zbadać czy Laurent nosił w ogóle ze sobą proszek fiuu. I był tam faktycznie. Chwycił całą sakiewkę, schował resztę rzeczy i bardzo nieuważnie rozejrzał się wokół. Z jednej strony był ciekawy. Z drugiej - jak on miał potem żyć? - Chodź. - Rzadko mówił coś tak zdecydowanym głosem. Jakby nie dopuszczał do siebie żadnej innej możliwości, a przecież normalnie rozdzierała go na pół niepewność. Zaprowadził go pod ten kominek i ignorował spojrzenia kobiety prowadzącej tu mały biznes - chwycił jego rękę i przesypał na nią połowę tego, co było w sakiewce, przez moment napawając się panującym tu półmrokiem.
- Nie mów tak - pisnął. Sam nie wierzył w to, że wydobył z siebie taki dźwięk. - I nie mów mi, że mam być spokojny, you fucking wanker. - Głos miał cichy, ale kompletnie inaczej niż normalnie. Chciał to powiedzieć głośno, tylko zabrakło mu mocy. Doświadczywszy tego, ponownie się rozkleił. Łzy, co je przed chwilą przetarł rękawem zmasakrowanej koszuli, były jedynie zapowiedzią kolejnej fali. Nie potrafił pogodzić się z tym, co widział przed sobą.
Wszystko mu się teraz podobało i nic mu się nie podobało. Wszystko było tak piękne i tak straszne, a Laurent był jednocześnie tak słodki i tak głupi, przecież on nie potrafił dźwigać ciężarów. Ciało to ciało, ale technika pozostawała techniką. Ale miałby się z nim kłócić? Jeżeli emocje naprawdę zależały od ciała, to nie mógł zrobić tego tutaj, albo zaraz zbiegną się gapie, a oni sobie z tym nie poradzą. Już lepiej było udźwignąć faceta metr osiemdziesiąt wzrostu niż ciężar konsekwencji gdyby ktoś mu zrobił zdjęcie na pierwszą stronę Proroka Codziennego, kiedy instynktownie psuł palcami kołnierz koszuli, nie mogąc znieść tego, jak drapie go w szyję. Pijani. W poniedziałek po południu. Przy Charing Cross. Albo może naćpani? Wciąż myślał o narkotykach, wydających się teraz o wiele atrakcyjniejsze od papierosów.
Jeszcze przez dwa zakręty szokowało go to, jak łatwo przyszło mu opanować wątpliwości wzbierające się w środku. Owinął ręce wokół niego i wtulił się, ukrywając twarz w kruczoczarnych włosach, jakby miało to dodać mu choćby gram anonimowości. Jedna z dłoni poruszała się rytmicznie - ale to nie było wystukiwanie nerwowej melodii, tylko rzucanie zaklęcia mającego wspomóc go w tym karkołomnym zadaniu. Ciało Crowa zarabiało na zbyt wiele osób, żeby je zniszczyć przed wrześniowym finałem występów. Jakie to było cholernie dziwne. Próbował czerpać z tej bliskości, ale przecież nie mógł tak po prostu wyrzucić z głowy faktu, że przytulał samego siebie.
- T-to tamten sklep z antykami - szepnął mu do ucha, a później wytarł wilgotną od łez twarz w jego szyję. Swoją szyję. Jego szyję. Przejście w ten sposób przez ulicę okazało się idiotycznie trudne. Bo jeden nie widział kolorów sygnalizacji i panował tonąć w pieprzonej szarości, a drugi nie mógł kurwa uwierzyć, że te kolory były tak wyraźne i tak czytelne.
Zszedł z niego z lekkim kłopotem. Zszedł to było w ogóle złe słowo - on się zgramolił, a później nieelegancko oparł o ścianę budynku, rozpinając górny guzik koszuli.
- Dz-dziękuję - powiedział, cudem powstrzymując się przed wysmarkaniem się w rękaw. To ubranie było jak szmata do podłogi. To nie było ubranie. Ostrożnie odwrócił się tak, żeby nikt nie wyrwał mu tego, co wyciągał z kieszeni, żeby zbadać czy Laurent nosił w ogóle ze sobą proszek fiuu. I był tam faktycznie. Chwycił całą sakiewkę, schował resztę rzeczy i bardzo nieuważnie rozejrzał się wokół. Z jednej strony był ciekawy. Z drugiej - jak on miał potem żyć? - Chodź. - Rzadko mówił coś tak zdecydowanym głosem. Jakby nie dopuszczał do siebie żadnej innej możliwości, a przecież normalnie rozdzierała go na pół niepewność. Zaprowadził go pod ten kominek i ignorował spojrzenia kobiety prowadzącej tu mały biznes - chwycił jego rękę i przesypał na nią połowę tego, co było w sakiewce, przez moment napawając się panującym tu półmrokiem.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.