Pierwszą reakcją Flynna po znalezieniu się w znajomym miejscu było westchnienie ulgi. Tutaj Laurent mógł się drzeć, a on mógł płakać do woli, póki mu nie zabraknie siły i łez. Siły... Już zaczynało mu brakować. Opadł na ten mebel i dyszał. Żeby się tak zmęczyć, jak go zmęczyła ta chwila, musiałby biec bardzo długo. Teraz? Wystarczyło się zdenerwować i przejść na krótki, ale intensywny spacer po Charing Cross. Niesamowite. I niemal zupełnie nieznane - bo on nie wyrobił tej formy na jakimś etapie życia, tylko budował ją odkąd pamiętał - zmuszano go do pracy w cyrku odkąd był małym dzieckiem. Laurent miał ciało jak takie dziecko. Pozbawione mięśni.
Głęboki oddech.
Rozejrzał się wokół. Badał spojrzeniem wszystko co widział. Migotka. Migotek też miał kolory. Te wszystkie bibeloty i... Nagle podniósł do góry rękę i Laurent coś tam mówił, z czymś się mierzył, a on... On się gapił na ten pierścionek. Taki jasny. Jasność wciąż pozostawała jasnością. Zamrugał. Jeszcze raz wytarł twarz rękawem koszuli. Chciał ją z siebie zrzucić, ale zanim to zrobił ścisnął usta w wąską linię i zrezygnował z tego, co zaplanował dla niego Laurent. Nie zamierzał tutaj leżeć. Zamiast tego spokojnym, ostrożnym krokiem poszedł do sypialni i zaczął oglądać się w lustrze. Się? Oglądał Laurenta. Jeszcze raz wytarł się rękawem. Laurent wciąż był jasny. Zbliżył się do tej tafli i był tak skupiony na analizie tych błękitnych oczu, że w pierwszej chwili zapomniał o tym materiale. Jaki to był kolor? Trochę jak niebo, czyli niebieski? Faktycznie miał spuchnięte oczy. Instynktownie zaczął się poprawiać. Włosy, twarz. Przez kilka sekund próbował jakoś inaczej ułożyć ten strój, ale on i tak źle na nim leżał, więc poddał się i zrzucił go z siebie. I nie miało to przecież znaczenia jak wyglądał - wciąż mógł spełnić oczekiwania, jakie mu stawiano. Ból dla mężczyzny nie powinien być aż tak dotkliwy. Nie zginał się już wcale, wyprostował się, nabrał powagi i z taką miną wyszedł do salonu.
Laurent wrócił. Przestał się już krzątać? Przyniósł mu kwiatek z Lammas i wyglądał tak... Żałośnie. Dopiero teraz to do niego docierało. Dlaczego kiedy wymyślali mu pseudonim część rodziny zadrwiła, że powinienem nazywać się The Misery. W tym świecie pełnym kolorów, Flynn Bell nie wyglądał tylko na zbója i degenerata. Flynn Bell wyglądał zwyczajnie smutno. Czerń była smutna. Wygodna i zrozumiała, ale smutna jak diabli.
Położył dłoń na jego policzku trzymając tę różę i znów przekręcił głowę.
- Myślałem, że oddałeś go tej swojej koleżance. - Tej co jej ciągle było zimno. - Mhm. - Przesunął palcami w dół, dokładnie w miejscach, w których wcześniej zaczepiał go magią. Ta klatka piersiowa nadal co piekła, ale to wcale nie sprzyjało podejmowaniu szczególnie dobrych decyzji. - Laurent ja... Chciałem ci kiedyś powiedzieć, po prostu... - Nigdy nie było dobrego momentu. Planował nie znaleźć go tak mniej-więcej do końca życia.
Głęboki oddech.
Rozejrzał się wokół. Badał spojrzeniem wszystko co widział. Migotka. Migotek też miał kolory. Te wszystkie bibeloty i... Nagle podniósł do góry rękę i Laurent coś tam mówił, z czymś się mierzył, a on... On się gapił na ten pierścionek. Taki jasny. Jasność wciąż pozostawała jasnością. Zamrugał. Jeszcze raz wytarł twarz rękawem koszuli. Chciał ją z siebie zrzucić, ale zanim to zrobił ścisnął usta w wąską linię i zrezygnował z tego, co zaplanował dla niego Laurent. Nie zamierzał tutaj leżeć. Zamiast tego spokojnym, ostrożnym krokiem poszedł do sypialni i zaczął oglądać się w lustrze. Się? Oglądał Laurenta. Jeszcze raz wytarł się rękawem. Laurent wciąż był jasny. Zbliżył się do tej tafli i był tak skupiony na analizie tych błękitnych oczu, że w pierwszej chwili zapomniał o tym materiale. Jaki to był kolor? Trochę jak niebo, czyli niebieski? Faktycznie miał spuchnięte oczy. Instynktownie zaczął się poprawiać. Włosy, twarz. Przez kilka sekund próbował jakoś inaczej ułożyć ten strój, ale on i tak źle na nim leżał, więc poddał się i zrzucił go z siebie. I nie miało to przecież znaczenia jak wyglądał - wciąż mógł spełnić oczekiwania, jakie mu stawiano. Ból dla mężczyzny nie powinien być aż tak dotkliwy. Nie zginał się już wcale, wyprostował się, nabrał powagi i z taką miną wyszedł do salonu.
Laurent wrócił. Przestał się już krzątać? Przyniósł mu kwiatek z Lammas i wyglądał tak... Żałośnie. Dopiero teraz to do niego docierało. Dlaczego kiedy wymyślali mu pseudonim część rodziny zadrwiła, że powinienem nazywać się The Misery. W tym świecie pełnym kolorów, Flynn Bell nie wyglądał tylko na zbója i degenerata. Flynn Bell wyglądał zwyczajnie smutno. Czerń była smutna. Wygodna i zrozumiała, ale smutna jak diabli.
Położył dłoń na jego policzku trzymając tę różę i znów przekręcił głowę.
- Myślałem, że oddałeś go tej swojej koleżance. - Tej co jej ciągle było zimno. - Mhm. - Przesunął palcami w dół, dokładnie w miejscach, w których wcześniej zaczepiał go magią. Ta klatka piersiowa nadal co piekła, ale to wcale nie sprzyjało podejmowaniu szczególnie dobrych decyzji. - Laurent ja... Chciałem ci kiedyś powiedzieć, po prostu... - Nigdy nie było dobrego momentu. Planował nie znaleźć go tak mniej-więcej do końca życia.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.