Przestał się krzątać. Zamiast tego teraz stał wyprostowany jak struna. Och tak, bo się prostował ciągle - to był mechanizzm automatyczny. Spoglądał z mieszanką emocji na Flynna: z niepokojem, ze współczuciem, z przejęciem i uwagą. Z energią, która niosła ze sobą te nerwy, które podkręcały ten piec produkujący ciepło. Ale kiedy znalazł się już tutaj, kiedy Flynn zaczął normalnie oddychać, gdy nawet wstał i zaczął się normalnie przechadzać... Cokolwiek by się nie działo to był jego dom. Jeśli wszystko się pieprzyło to właśnie w tym domu mogło być spokojniej. Tutaj - nie tam, na jakiejś obcej ulicy. Nawet jeśli ten dom teraz też był obcy, bo... mdły. Beznadziejny. Przecież wyjrzał przez okno - widział te słoneczniki, które były... były po prostu brzydkie. Zagadka na temat tego, jak te kwiaty mogły się Flynnowi nie podobać została rozwiązana.
- Jestem bardziej chciwy, niż ci się wydaje. - Wszystko brzmiało zupełnie inaczej i wszystko czuł zupełnie inaczej. Miał wrażenie... wrażenie, które mu się wcale nie podobało - że gdyby miał ciało Flynna to może Edward byłby z niego dumny. Rzucenie wyzwania światu wydawało się... było banalne! Przedarłby się przez każdą przeszkodę, każdą niedogodność. Z taką siłą... Bez strachu o to, że byle pierwszy lepszy podmuch wiatru złamie cię w pół - co dopiero jakiś dryblas uliczny. Wszystko więc brzmiało inaczej i wydawało się inne - nawet ton jego wypowiedzi. - To mój kwiat od ciebie. MÓJ. - Nikogo innego. I nie chciał się nim dzielić! Mógł go wypożyczyć... czy Victorii lepiej by się zrobiło, gdyby go dotknęła? Warto było sprawdzić, ale ta myśl ledwo się prześlizgnęła przez jego głowę i zaraz utopiła się we wszystkim innym. Oparł ostrożnie ręce na biodrach swojego ciała. - Nie zaczepiaj mnie tam teraz. - Sięgnął po jego dłoń i ściągnął ją ze swojej szyi i ucałował ją. - Nie rób tak więcej w takich miejscach. - Miał na myśli tamtą magię, rzecz jasna. A potem na moment zamilkł, bo czekał na ciąg dalszy... ale on nie nadchodził. Nie miał nadejść. - To nie jest problemem, mój śliczny Flynnie... - Niby chciał go ucałować, ale... ale... nawet z całym swoim narcyzmem - byłoby to szalenie dziwne. I nie było problemem, naprawdę? Pewnie jeszcze wiele rzeczy przede mną ukrywasz. Nie mówisz. - Jest problemem, ale nie naglącym, stało się. - Poprawił się i już słychać było frustrację w jego głosie. - Ty NIE WIDZISZ kolorów. Od jak dawna? Od zawsze? - Przecież to było... straszne... - Posłuchaj... ten poltergeist już mi kiedyś napsuł krwi, wiem, kto może ściągnąć to zaklęcie... ale może... może chcesz to wykorzystać, żeby... pooglądać świat. - Potarł znowu oczy i zamrugał namolnie. Jemu tego świata się dobrzenie obserwowało. Choć dopóki nie myślał, że świat Flynna był obdarty ze wszystkich kolorów to... było to nawet ciekawe.
Tymczasem ta energia wzbierała w nim...
- Nie... To JEST problem. - Odsunął się i przesunął dłonią po twarzy, znów robiąc parę kroków po pokoju, nim obrócił się w stronę Flynna. - Nie będę cię ciągle usprawiedliwiał. Mam bardzo dużo cierpliwości... NORMALNIE mam bardzo wiele cierpliwości, bo teraz nie mam jej wcale. Kurwa! - To było... straszne. Migotek pojawił się gdzieś w międzyczasie i postawił rzeczy na stole. - To nie może tak wyglądać, że ty... nie mówisz mi o TAK WAŻNEJ rzeczy. Kiedy myślałeś, że będzie odpowiedni moment. A może ja po prostu nie jestem dla ciebie wystarczająco ważny, żebyś mi mówił tak prywatne kwestie!