Mimo tego gniewu, mimo rozeźlenia na Flynna, mimo zjebanej randki i złości z tym związanej, pomimo zawodu, jaki poczuł - w tym wszystkim było miejsce jeszcze na to, jak zaczynał się fantastycznie czuć. Jak... król. Jakby nagle przybyło mu trochę centymetrów wzrostu i mógł patrzeć na wszystko - i wszystkich - z góry. To było... niebezpieczne. Nie, teraz nie myślał, że to było niebezpieczne, teraz jego głowę zajmował Flynn i jego barwy. Laurent Prewett. Syn Edwarda Prewetta. Nagle to brzmiało realnie. Dumnie. W ogóle to czemu on ciągle tak w siebie wątpił i w to wszystko, czemu świat stał się dla niego taki zblazowany i jałowy, czemu tak trudno było... czuć? Teraz czuł wszystko! Czuł tak mocno, że go to przytłaczało, a jednocześnie chciał więcej. Chciał... więcej. Więcej doświadczeń, więcej tego poczucia, że jego ręce uniosą wszystko. Wystarczy tylko... wystarczyłoby tylko odzyskać trzeźwą głowę i przestać chodzić w takim napięciu.
I w tym wszystkim była jeszcze jedna myśl. Że jego ciało wyglądało żałośnie. Obrócił się, spojrzał na siebie samego, na ten... krzyk. Krzyk. Przecież to było godne pożałowania. Ściągnął brwi, spoglądając na rozdygotaną wersję siebie samego. Tę, która znów miała zeszklone oczy, trzymała te kwiatka, jakby... jakby co w sumie? Co to w ogóle było za doświadczenie? To był ten sam Flynn, tak? A on był tym samym Laurentem... tak? TAK?
- Myślisz, że robienie scen zrobi teraz na mnie wrażenie? - Robiło. No byłoby kłamstwem powiedzenie, że nie robiło. Miał takie poczucie, że chciał go przytulić - tą myśl, że był taki biedny, taki słodki, jego Flynn. Ale z szokującą łatwością przyszło mu zalania tej fali emocji tą energią, która w nim buzowała jak żywa. Tą złością - jakże sprawiedliwą - która dominantą ognia zamieniała jego oceaniczną duszę w wulkan. - Kiedy jest się czyimś partnerem to dzieli się dobrymi i złymi rzeczami. Więc to TY mi wypominasz partnerstwo? - Uświadomił sobie, że strasznie energicznie machał rękoma. Gestykulował, jakby miało nie być jutra - więc spróbował usadzić te ręce - oparł jedną na swoim biodrze... i przy okazji poruszył nogami dziwnie, bo te spodnie go uciskały jak szlak. - Straszne to jest, uciska mi... wszystko... - Zajął się więc ściąganiem spodni - też dobre zajęcie dla rąk. - Jesteś mój, więc dopasuj się do roli i bądź mój. - Rzucił, spoglądając na niego ze złością. Na tego tulącego siebie samego, marnego, beznadziejnego siebie. Przecież to było żałosne. Ja naprawdę tak wyglądam? Co się niby innym w tym podobało? Patetyzm aż się wylewał i był... odrzucający. Ta... żałosna słabość, ten... Ale to był Flynn, tak? Flynn w jego ciele. Kochał go. Potrząsnął lekko głową i dorzucił spodnie do topu. - Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy z tego, co robisz? Że nie widzę? Jesteś manipulatorem. Już ci powiedziałem - wybaczę ci wszystko, ale nie będę ci wybaczał, jeśli będziesz mnie okłamywał. A jeśli nie masz ochotę dzielić się sobą ze mną... to jakie "mój", Flynn. Czy ty słyszysz siebie w ogóle? Czy może nie chcesz siebie nawet słuchać, bo okłamywanie siebie samego wychodzi ci równie dobrze, co innych?