29.01.2025, 03:57 ✶
Tak, dokładnie tak myślał. Bo jego sceny zawsze robiły wrażenie. Przecież tego się nie dało tak po prostu stracić, to było niemożliwe - gdyby tak zrobił przed Fontaine zanim ją popierdoliło, przed Cainem, przed Alexandrem - wszyscy by się posłuchali. Bo jak on potrzebował być przytulonym, to ta zachcianka była spełniana. Jeżeli nie została spełniona, to gdzieś po drodze został popełniony jakiś karygodny błąd. Gdzie? Czy gdyby nie poszedł do tego lustra, to byłoby lepiej? Gdyby został na tym fotelu... Może teraz miałby go na sobie, bo Laurent by zapomniał, przestał myśleć o tym jakie to nieodpowiednie i oddał się tej chwili. Zamiast tego miał kolejną ścianę wyrzutów. Normalnie dołączyłby się do tej szarpaniny. Ohh, bo jak był wkurwiony to tak pięknie wypluwał wulgaryzmy i słowa przytłaczające nawet najtwardsze sztuki. Zgniótłby go jak robaka, ale teraz... Pozostałoby o tym fantazjować. Bo tej agresji wcale w nim nie było. Nie było żadnego wulkanu. Były frustracja, smutek. Naprawdę chciał się do niego przytulić, a on nie rozumiał tego i...
Miał cholerną rację. Laurent ciął tymi słowami jak nożem i miał rację. Był paskudnym manipulantem. Zatajał to przed nim i wcale nie zamierzał się tym dzielić. I w całym tym absurdzie zaczął chodzić w kółko obgryzając nie swoje paznokcie, bo nie mógł nic wymyślić. W dodatku tak dobrze i trzeźwo widział tę scenę w swojej wyobraźni. Gdyby był całkowicie sobą, dokładnie w tym momencie zacząłby się jazgot. Ujadanie, uderzanie rękoma o jego klatkę piersiową, przeinaczanie wszystkiego na swoją korzyść albo darcie się, że i tak go będzie kochał i że ma go kochać. Ale... Nie potrafiłby uderzać. Nie miał w sobie tego. Nie było w nim agresji. Nie było tej potrzeby starcia się z kimś, była tylko ta przytłaczająca, wyjątkowa kobieca potrzeba bliskości. Cokolwiek męskiego w nim jeszcze drzemało, musiało zasnąć snem wiecznym. Czuł się słaby i nagi. Chciał się napić wody, ale wstyd mu było o nią poprosić kogokolwiek, a i nalać sobie samemu też jakoś było wstyd. Bo on go widział. Widział te wszystkie kłamstwa i jakim sztormem był. Widział wszystko. Kiedyś zrozumie jak Crow temu przeciwdziałał. Odkryje, że tam w środku było coś jeszcze. Boże, przecież nie przeżyje tego jak on go zostawi. Nie ma mowy. Alexander mówił mu to samo. Wybaczę ci wszystko tylko nie kłam. A później jak mówił prawdę to wcale mu nie wybaczał.
- Jak możesz - zaszlochał, zostawiając wreszcie w spokoju te biedne palce. Wciąż uciekał od niego spojrzeniem. I nie potrafiąc znaleźć nic, co by go wyciągnęło z tej żałości, z tego bagna w które sam się wpakował, uczynił dokładnie to, co każda równie zaburzona kobieta by zrobiła. - Jak mnie zostawisz to się zabiję - poinformował go nie ubierając tego w żadne subtelności, po czym udał się na taras. Nie, wcale nie po to, żeby się zabić. Usiadł tam na deskach, w samej bieliźnie, na tym słońcu okrutnym i wpatrywał się w otoczenie.
Miał cholerną rację. Laurent ciął tymi słowami jak nożem i miał rację. Był paskudnym manipulantem. Zatajał to przed nim i wcale nie zamierzał się tym dzielić. I w całym tym absurdzie zaczął chodzić w kółko obgryzając nie swoje paznokcie, bo nie mógł nic wymyślić. W dodatku tak dobrze i trzeźwo widział tę scenę w swojej wyobraźni. Gdyby był całkowicie sobą, dokładnie w tym momencie zacząłby się jazgot. Ujadanie, uderzanie rękoma o jego klatkę piersiową, przeinaczanie wszystkiego na swoją korzyść albo darcie się, że i tak go będzie kochał i że ma go kochać. Ale... Nie potrafiłby uderzać. Nie miał w sobie tego. Nie było w nim agresji. Nie było tej potrzeby starcia się z kimś, była tylko ta przytłaczająca, wyjątkowa kobieca potrzeba bliskości. Cokolwiek męskiego w nim jeszcze drzemało, musiało zasnąć snem wiecznym. Czuł się słaby i nagi. Chciał się napić wody, ale wstyd mu było o nią poprosić kogokolwiek, a i nalać sobie samemu też jakoś było wstyd. Bo on go widział. Widział te wszystkie kłamstwa i jakim sztormem był. Widział wszystko. Kiedyś zrozumie jak Crow temu przeciwdziałał. Odkryje, że tam w środku było coś jeszcze. Boże, przecież nie przeżyje tego jak on go zostawi. Nie ma mowy. Alexander mówił mu to samo. Wybaczę ci wszystko tylko nie kłam. A później jak mówił prawdę to wcale mu nie wybaczał.
- Jak możesz - zaszlochał, zostawiając wreszcie w spokoju te biedne palce. Wciąż uciekał od niego spojrzeniem. I nie potrafiąc znaleźć nic, co by go wyciągnęło z tej żałości, z tego bagna w które sam się wpakował, uczynił dokładnie to, co każda równie zaburzona kobieta by zrobiła. - Jak mnie zostawisz to się zabiję - poinformował go nie ubierając tego w żadne subtelności, po czym udał się na taras. Nie, wcale nie po to, żeby się zabić. Usiadł tam na deskach, w samej bieliźnie, na tym słońcu okrutnym i wpatrywał się w otoczenie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.