29.01.2025, 04:54 ✶
I znowu było mówienie. Potok słów, któremu nie mógł nic zaradzić. Nie było o co walczyć, bo on wcale nie walczył, wystarczyło mu powiedzieć żeby przestał obgryzać te paznokcie i przestał. Może nawet miło by było gdyby szarpnął go mocniej. Gdyby go uderzył. Bo uderzenie kogoś w kłótni to już zawsze była blizna, którą dało się wykorzystać. Zniszczyłem ci życie? A ty mnie trzy razy uderzyłeś w twarz. W tę biedną, smutną, słodką twarz, dla której tyle osób chciało zrobić absolutnie wszystko. Może i cierpiał przez to naprawdę, ale cierpienie też się dało wykorzystać. Zrobiłby absolutnie wszystko żeby zatrzymać Laurenta przy sobie, wykorzystałby do tego absolutnie wszystko co posiadał, każdy zasób, przekroczyłby każdą granicę jaką potrafił.
Ale granicy szybkości nie potrafił. To po prostu było za szybko. Nie miał jak się nad tym wszystkim zastanowić. Wyrzucał mu jakieś fakty z życia... O Alexandrze, o tym jakimś Kieranie... Kiedy on miał coś powiedzieć? Kiedy był ten moment, w którym otwiera się usta? Tam nie było żadnej przerwy, w którą mógł się wcisnąć, żadnej nawet najmniejszej przestrzeni. Nie chciano go tam wcale. Nikt tam na niego nie czekał. To on zawsze na wszystkich czekał. Czekał na swoją matkę jedząc spleśniały chleb. Czekał aż Laurent nadgoni kroki. Czekał aż Alexander będzie gotowy do czegoś więcej niż bawienie się jego fiutem w zamkniętym wozie. A teraz kiedy nagle to on był powolny to nie czekał na niego nikt. Ten frajer poszedł sobie po schodkach do psa, a on był tak piekielnie zazdrosny. Żałował, że wstał z tamtego fotela. Bo teraz tak sobie pomyślał, że gdyby posłuchał tamtego siad skierowanego do niego, to ta historia mogłaby potoczyć się inaczej, ale on zawsze musiał coś zjebać. Zawsze wszystko psuł, Flynn to zawsze był psuja. Dopiero jak wrócił to się ogarnął, ale kolory i relacje psuł nadal. A gdyby się posłuchał to może Laurent by mu teraz nadawał rytm życia, a serce biłoby mu inaczej. Jego chłopak pamiętałby najważniejsze rzeczy. A tak się lubił chuj zachwycać tym jaki to nie był kurwa uważny. No jak tylko o tym pomyślał, to te łzy wracały. Wraz z nimi paniczny szloch. Odsuwał się od niego i zamiast tego przytulał do tego słupka, co się o niego opierał.
Nie potrafił powiedzieć nic do skrzata, który przyniósł mu herbatę. Żadnego dziękuję ani spierdalaj. Nic. Może to wcale nie Laurent mówił dziwnie. Może tam pomiędzy słowa dało się wcisnąć swoje trzy grosze, ale niektóre rzeczy siedziały w psychice zbyt mocno, żeby dało się usunąć je czymś takim jak zmiana ciała. Spróbował szepnąć coś choćby do siebie i... Nic. On tu płakał, a ten sobie chodził. Drzewa wyglądały w taki sposób, a on się wolał zajmować tym gorszym psem. Pierdolony pan domu, pan na włościach... Jeszcze gdyby cokolwiek chciało opuścić jego wargi... Coś innego niż BARDZO GŁOŚNE STĘKNIĘCIE przypominające Laurentowi jak bardzo CIERPIAŁ i że potrzebował UWAGI.
Ale granicy szybkości nie potrafił. To po prostu było za szybko. Nie miał jak się nad tym wszystkim zastanowić. Wyrzucał mu jakieś fakty z życia... O Alexandrze, o tym jakimś Kieranie... Kiedy on miał coś powiedzieć? Kiedy był ten moment, w którym otwiera się usta? Tam nie było żadnej przerwy, w którą mógł się wcisnąć, żadnej nawet najmniejszej przestrzeni. Nie chciano go tam wcale. Nikt tam na niego nie czekał. To on zawsze na wszystkich czekał. Czekał na swoją matkę jedząc spleśniały chleb. Czekał aż Laurent nadgoni kroki. Czekał aż Alexander będzie gotowy do czegoś więcej niż bawienie się jego fiutem w zamkniętym wozie. A teraz kiedy nagle to on był powolny to nie czekał na niego nikt. Ten frajer poszedł sobie po schodkach do psa, a on był tak piekielnie zazdrosny. Żałował, że wstał z tamtego fotela. Bo teraz tak sobie pomyślał, że gdyby posłuchał tamtego siad skierowanego do niego, to ta historia mogłaby potoczyć się inaczej, ale on zawsze musiał coś zjebać. Zawsze wszystko psuł, Flynn to zawsze był psuja. Dopiero jak wrócił to się ogarnął, ale kolory i relacje psuł nadal. A gdyby się posłuchał to może Laurent by mu teraz nadawał rytm życia, a serce biłoby mu inaczej. Jego chłopak pamiętałby najważniejsze rzeczy. A tak się lubił chuj zachwycać tym jaki to nie był kurwa uważny. No jak tylko o tym pomyślał, to te łzy wracały. Wraz z nimi paniczny szloch. Odsuwał się od niego i zamiast tego przytulał do tego słupka, co się o niego opierał.
Nie potrafił powiedzieć nic do skrzata, który przyniósł mu herbatę. Żadnego dziękuję ani spierdalaj. Nic. Może to wcale nie Laurent mówił dziwnie. Może tam pomiędzy słowa dało się wcisnąć swoje trzy grosze, ale niektóre rzeczy siedziały w psychice zbyt mocno, żeby dało się usunąć je czymś takim jak zmiana ciała. Spróbował szepnąć coś choćby do siebie i... Nic. On tu płakał, a ten sobie chodził. Drzewa wyglądały w taki sposób, a on się wolał zajmować tym gorszym psem. Pierdolony pan domu, pan na włościach... Jeszcze gdyby cokolwiek chciało opuścić jego wargi... Coś innego niż BARDZO GŁOŚNE STĘKNIĘCIE przypominające Laurentowi jak bardzo CIERPIAŁ i że potrzebował UWAGI.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.