Chodził, łaził, zajmował się wszystko, bo stanie w miejscu było jakąś straszną udręką. Nie czuł się z tym komfortowo, a musiał chodzić, bo dyskomfort był odczuwalny, był odczuwalny mocniej, bo... i tak się to zakręcało. Gdzie jego kij do wsadzenia w to błędne koło, żeby je zatrzymać? Na pewno jakieś istniało. Musiał je tylko znaleźć.
Musiał też zająć się wszystkim, bo inaczej potrzeba znalezienia się przy Flynnie stawała się silniejsza. Musiał wygonić stąd Dume, bo przecież jarczuk mógł zgłupieć. Stworzyć zagrożenie. Musiał... Zerwał tego słonecznika, ułamał jego gałązkę, okręcając ją w dłoniach. Wyjątkowo nieciekawy kwiat w tej szarości. Ale... co było ciekawe w niej? Nie niebo. Nie morze... I czemu nagle uważał, że lepiej wie, jak poradzić sobie z Flynnem, kiedy ten był w jego ciele. Powinien właśnie wiedzieć lepiej, że izolacjonizm był najgorszy. Zdążył się nauczyć, że logika kiepsko trafiała do tej kudłatej głowy. Albo raczej - nie to, że trafiała kiepsko, ale ulegała przejściom przez sumę traum i obronnych zachowań. A on zostawił Flynna samego ze sobą za swoimi plecami, w tym obcym ciele i sam uciekał. To też ci zawsze wychodziło całkiem dobrze, Laurent. Własna forma izolacjonizmu... nie. Człowieka nie można przecież traktować jak psa. Ale można człowieka traktować jak dziecko..? Kara za to, że byłeś niegrzeczny - proszę bardzo, oto ona. Widzicie już? Musiał coś robić, bo wyrzuty sumienia za dyktando, które sam dyktował, zaczynały rosnąć. Kiedy się czymś zajmował to stawały się wymówką. I pomagały chociaż trochę rozchodzić to wrażenie, że zaraz zacznie znów krzyczeć. Powstrzymywała jego ręce przed chęcią wejścia do kuchni i zniszczenia wszystko w tym... domu, którego naprawdę nie znosił.
- Flynn. - A może to problem z tym, że patrzył na swoją własną twarz i wiedział, miał pewność, jakiej nigdy wcześniej. On siebie po prostu, kurwa, nienawidził. Był obrzydliwy w każdym calu. Patrzenie na samego siebie... stawało się karą. Kucnął przed nim z tym słonecznikiem w dłoniach. Mógł siebie nie znosić, ale to nie zmieniało tego, jak bardzo nie chciał, żeby Flynn płakał. Nie potrafił zupełnie stwierdzić, czy to były krokodyle łzy, żeby na nim coś wymusić, czy te szczere. Czy powinien się nadal tak twardo trzymać ułożonego sposobu działania, czy jednak ulec. Położył ten słonecznik na nogach ciała, które już nie należało do niego i wyciągnął do niego dłonie, żeby ująć jego twarz i zacząć obcierać te łzy. - Widzisz, jakie piękne są słoneczniki? Ale ty jesteś dla mnie piękniejszy. - Tak mówił, a jemu samemu załamał się głos i poczuł, że ten gorąc stał się mocniejszy. - Przynajmniej, kiedy nie próbujesz na mnie szantażu emocjonalnego. - Otarł wierzchem dłoni łzy z własnej twarzy, ale zaraz wrócił dłońmi do dotykania jego. Uśmiechnął się lekko pod nosem. To było chore. Musiało być, bo ledwo trochę się uspokoił, kucnął przed nim i znowu zaczęło go rozsadzać od środka poczucie niesprawiedliwości tego, co Flynn robił. - Chyba lepiej będzie, jeśli napiszę do Florence... - To nie był najlepszy pomysł, żeby spędzali za dużo czasu w nie swoich ciałach. To już mu jakoś dziwnie przestawiało rzeczy w głowie i sam nie był do końca pewien, czego się po sobie spodziewać w tym dziwnym konflikcie własnych zachowań.