29.01.2025, 13:18 ✶
Było coś upiornego w staniu samemu w pracowni, w której powstawały magiczne narkotyki, tuż obok trupa… przez jakieś trzy minuty. Potem Brenna pomyślała, że właściwie to mogło szybko zacząć się nudzić. Ale nie było jej to dane: i później, dużo później, miała dojść do wniosku, że w sumie to w ponudzeniu się od czasu do czasu nie ma jednak niczego złego.
Trzeba przyznać, że nawet jeśli myśli Brenny krążyły wokół bajki, to jednak nie spodziewała się tak naprawdę ani że nagle klapa zamknie się sama z siebie, ani że domniemany trup zacznie się poruszać. A ona nie była jeszcze doświadczoną funkcjonariuszką, tylko gówniarą, z której ust już w momencie, w którym klapa się zamknęła, jeszcze nim Doktor Żywa Śmierć poderwał się z podłogi, wydobył się dość uniwersalny okrzyk typowej gówniary, wzywającej na pomoc dorosłych krewnych:
– Wuuuuuujku!!!
Nie straciła jednak zimnej krwi. Nie do końca przynajmniej. A może inaczej – nie straciła typowego dla Longbottomów połączenia głupoty, brawury i skłonności do pakowania się w kłopoty. Teleportować się stąd? Uciec? Zostawić wujka Clemensa i w ogóle? Zwalić sprawę? No kurde, mowy nie ma!!! On był gotów na ostateczność, świetnie, ona też! Gdy opary zaczęły się unosić, ona odruchowo przydeptała butem różdżkę mężczyzny, w duchu modląc się, by przypadkiem nie okazał się geniuszem nie tylko w tworzeniu eliksirów, ale także w magii bezróżdżkowej.
Nie marnowała oddechu na odpowiadanie panu doktorowi. Wstrzymała oddech i poruszyła różdżką, po kolei próbując rzucić dwa zaklęcia – najpierw bąblogłowę, bo te zielone opary zdecydowanie nie wyglądały dobrze (fioletowe płomienie też nie, ale Brenna miała… no dobrze, miała dwie ręce, ale tylko jedną różdżkę, i nie mogła zająć się wszystkim na raz). A potem posłać pana Doktora ku przeciwnej ścianie, żeby zostawił te wszystkie pokrętła i dziwne, fioletowe ognie, bo Brenna nie była pewna, czy właściwie nie usiłował popełnić widowiskowego samobójstwa, niszcząc pracownię i przy okazji zabierając ją ze sobą na tamten świat.
kształtowanie, bąblogłowa, czar w starca, rzucam z IV, bo nie miała wtedy V
Trzeba przyznać, że nawet jeśli myśli Brenny krążyły wokół bajki, to jednak nie spodziewała się tak naprawdę ani że nagle klapa zamknie się sama z siebie, ani że domniemany trup zacznie się poruszać. A ona nie była jeszcze doświadczoną funkcjonariuszką, tylko gówniarą, z której ust już w momencie, w którym klapa się zamknęła, jeszcze nim Doktor Żywa Śmierć poderwał się z podłogi, wydobył się dość uniwersalny okrzyk typowej gówniary, wzywającej na pomoc dorosłych krewnych:
– Wuuuuuujku!!!
Nie straciła jednak zimnej krwi. Nie do końca przynajmniej. A może inaczej – nie straciła typowego dla Longbottomów połączenia głupoty, brawury i skłonności do pakowania się w kłopoty. Teleportować się stąd? Uciec? Zostawić wujka Clemensa i w ogóle? Zwalić sprawę? No kurde, mowy nie ma!!! On był gotów na ostateczność, świetnie, ona też! Gdy opary zaczęły się unosić, ona odruchowo przydeptała butem różdżkę mężczyzny, w duchu modląc się, by przypadkiem nie okazał się geniuszem nie tylko w tworzeniu eliksirów, ale także w magii bezróżdżkowej.
Nie marnowała oddechu na odpowiadanie panu doktorowi. Wstrzymała oddech i poruszyła różdżką, po kolei próbując rzucić dwa zaklęcia – najpierw bąblogłowę, bo te zielone opary zdecydowanie nie wyglądały dobrze (fioletowe płomienie też nie, ale Brenna miała… no dobrze, miała dwie ręce, ale tylko jedną różdżkę, i nie mogła zająć się wszystkim na raz). A potem posłać pana Doktora ku przeciwnej ścianie, żeby zostawił te wszystkie pokrętła i dziwne, fioletowe ognie, bo Brenna nie była pewna, czy właściwie nie usiłował popełnić widowiskowego samobójstwa, niszcząc pracownię i przy okazji zabierając ją ze sobą na tamten świat.
kształtowanie, bąblogłowa, czar w starca, rzucam z IV, bo nie miała wtedy V
Rzut PO 1d100 - 55
Sukces!
Sukces!
Rzut PO 1d100 - 16
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.