Spoglądał na nią, jego spojrzenie wydawało się wyrażać w tej chwili więcej niż słowa. Pragnął jej, tak jak ona pragnęła jego. Najwyraźniej tylko to miało się liczyć w tej chwili. Dobrze, przestali się przejmować wszystkim innym. Dali się ponieść, tym razem bez żadnych używek, po prostu pod wpływem chwili postanowili przekroczyć granicę. Nie mogli nad tym zapanować, czy to nie świadczyło samo za siebie? Nie mogli nad tym panować, to nadal w nich tkwiło, kochali się, ale byli skazani na potępienie. To było przykre. Kurewsko przykre, że nie mogli mieć tego na co dzień. Zwłaszcza po tym, co razem przeżyli. Wiedzieli, że to miało sens, przynajmniej wtedy, na początku, kiedy ich życie było całkiem beztroskie i lekkie. Nie byli tymi samymi ludźmi, upływający czas, wydarzenia, które nastąpiły po drodze, to wszystko odbierało im tę niefrasobliwość. Musieli dorosnąć, to co mieli zostało im odebrane dosyć brutalnie przez rzeczywistość, która okazała się być okrutna.
- Masz szczęście, że staram się omijać szpital, inaczej zapewne nie miałabym przed tym najmniejszych oporów. - Cóż, zawsze mogła spytać Florence, czyż nie? Nie chciała jednak mieszać w to przyjaciółki. Miała świadomość, że Ambroise musiał częściej niż ona pokazywać się z tej poważniejszej strony, bo to, czym się zajmował w pewien sposób tego od niego wymagało. Bawiło ją to, że większości osób kojarzył się raczej z poważnym uzdrowicielem. Gdyby tylko wiedzieli, jaki był naprawdę. Na szczęście ona miała tę przyjemność, że poznała go bardzo dokładnie, chyba z każdej, możliwej strony. Nie sądziła, aby zbyt wiele się zmieniło. Jasne, przeżyli sporo, kiedy ich drogi się rozeszły, ale czy naprawdę to miało, aż takie przełożenie na to, jakimi byli ludźmi? Nie powinni patrzeć na siebie przez pryzmat tego, jak zachowują się, gdy jest chujowo, bo to nie były naturalne sytuacje, wolała widzieć go takiego, jakim był podczas tych lat, które spędzili razem, a wtedy był dla niej najlepszy, idealny. Co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości.
- Dodatkowe argumenty za tym bym się tym zajęła, zawsze są mile widziane. - Nie mogła skorzystać z okazji, czyż nie? Skoro sam ją jej podsunął, to zamierzała to wykorzystać, chociaż wiedziała, że nie jest jej to do niczego potrzebne. Podjęła decyzję, zresztą już dawno temu. Nic się pod tym względem nie zmieniło. Nie była w stanie walczyć z ciepłem, które rozlewało się po jej całym ciele, kiedy jej dotykał. To było naturalne, nikt inny nie przynosił jej, aż takich emocji. Zresztą znał ją jak nikt inny, spędzili razem wiele lat, wiedzieli co robić, aby obudzić w drugiej osobie to co siedziało dosyć głęboko.
Nie miała pojęcia, co będzie później, nie chciała tego wiedzieć, dużo łatwiej było o tym nie myśleć. Mieli być sojusznikami, to nie zadziałało, nie mogli być przyjaciółmi, bo to też nie miało racji bytu, wrogość była jakimś rozwiązaniem, ale nie chciała na niego patrzeć w ten sposób, nie po tym, co ostatnio razem przeżyli. Nie widziała już miejsca na rzucanie w siebie gromami. Nie, kiedy wiedziała, że nic się nie zmieniło, że nadal czuł do niej to co wcześniej. Co innego im pozostawało?
Ta więź, która kiedyś wydawała jej się być czymś wyjątkowym i niesamowitym, aktualnie faktycznie bardziej przypominała przekleństwo. Zostali skazani na potępienie, utknęli w czyścu i nie mogli się ruszyć w żadną ze stron. Powinni się z tym pogodzić, tylko, czy aby na pewno była gotowa na takie rozwiązanie. Czy naprawdę chciała się męczyć całe życie ze świadomością, że powinni być razem, a jednak podążali osobnymi ścieżkami? Zawsze sięgała po to na czym jej zależało, nie mogła oswoić się z myślą, że tym razem miałoby być inaczej, chociaż przecież przystawała na to, co mówił. Kiwała głową, wydawało się, że rozumiała z czego wynika ten sojusz, w głębi duszy jednak wiedziała, że sobie z tym nie poradzi. Nie chciała jednak teraz sięgać po tę szczerość.
Nie skupiała się jednak na tych niewygodnych myślach, Roise całkiem skutecznie ją rozpraszał. Był wyjątkowo delikatny, ale w każdym geście, którym ją obdarzał czuła emocje, które go wypełniały, i pragnienie. Chciał tego samego co ona, tego nie dało się podważyć.
Oczy Yaxleyówny błyszczały tym specyficznym blaskiem, policzki były rumiane, jeszcze bardziej niż wcześniej, tak samo jak dekolt, który obcałowywał jeszcze chwilę wcześniej. Sukienka, którą na sobie miała w tej chwili bardzo ją irytowała, najchętniej by się jej pozbyła, żeby nic nie oddzielało od siebie ich ciał.
Nie musieli się przejmować tym, że ktoś ich zobaczy, Piaskownica była ich własnym domem, oni byli przecież parą, może nie teraz, ale kiedyś, to chyba normalne, że nadal darzyli się uczuciem. Ten rok był parszywy i okropny, przyszłość pewnie malowała się w podobnych barwach, więc warto było wykorzystać teraźniejszość, skoro nadarzyła się ku temu okazja. Można to było uznać za desperację, zdecydowanie, ale czy to było ważne?
Oddech Yaxleyówny robił się coraz cięższy, zwłaszcza kiedy poczuła dłonie, które zacisnęły się na jej kolanach, później było tylko gorzej, a może i lepiej? W końcu tego właśnie pragnęła. Chciała, żeby się w niej zateacił, potrzebowała tego, aby dał jej wszystko.
Mruknęła cicho, gdy pozbył się całkiem wprawnie jej bielizny, w tym geście nie było już tej delikatności. Odchyliła głowę do tyłu, jej włosy mieszały się z trawą na której leżeli. Przymknęła oczy, starała się uspokoić oddech, ale nie potrafiła tego zrobić, nie kiedy jej to robił. Właściwie, to czy w ogóle powinna się jeszcze hamować, czy to miało jakikolwiek sens?
Tym razem to on wygrywał to starcie, jego dotyk spowodował, że Geraldine zupełnie zatraciła się w tej chwili i straciła kontrolę nad tym, co się z nią działo. Najwyraźniej chciał się jej odwdzięczyć za to, co działo się wcześniej, tyle, że w dużo przyjemniejszy sposób. Może powinna częściej z nim wygrywać?